ignorant11
16.09.04, 13:48
Sława!
Czy przyjmować Turcję do Europy?
serwisy.gazeta.pl/ue/1,36136,2277351.html
ZOBACZ TAKŻE
• Rząd Turcji chce kary więzienia za cudzołóstwo (09-09-04, 17:24)
Robert Sołtyk 09-09-2004 , ostatnia aktualizacja 09-09-2004 17:39
Jeśli Europa powie Turcji "nie", to nowej wojny trojańskiej może nie będzie,
ale świat nie stanie się przez to bezpieczniejszy. Jeśli powie "tak", to nasz
kontynent czeka fascynująca wyprawa w nieznane. Polska powinna gorąco
wspierać przyjęcie Turcji do Unii Europejskiej
Od tureckich polityków w Ankarze można usłyszeć ponoć taki dowcip: "Podczas
rozszerzania Unii kandydatom zrobiono egzamin. Polskę spytano, kiedy
spuszczono bombę atomową na Hiroszimę. Odpowiedź była poprawna i Polska
weszła do wspólnoty. Bułgarię zapytano, ile osób zginęło - także zdała ten
test. A od Turcji zażądano, by podała nazwiska wszystkich ofiar wraz z ich
adresami".
Nieśmieszne? Bo tureckim politykom nie jest do śmiechu. Już 45 lat dobijają
się bezskutecznie do drzwi jednoczącej się Europy. Choć od lat tureccy
piłkarze grają, rzecz jasna, w mistrzostwach naszego kontynentu, a Turcję
przyjęto już do wszystkich zachodnich organizacji włącznie ze stojącą na
straży praw człowieka Radą Europy, to do najważniejszej z nich - Unii
Europejskiej - nadal nie może się dostać. Turcy mają wrażenie, że gdy są tuż-
tuż, na kilka miesięcy przed historyczną decyzją, stawia im się nowe
przeszkody.
- Oczywiście, że nie będzie dodatkowych warunków - oświadczył niedawno w
Izmirze komisarz UE ds. rozszerzania Günter Verheugen, ten sam, któremu
Polska tyle zawdzięcza na drodze do Unii. Raport Niemca, który Bruksela ma
przyjąć 6 października, ma być dla Turcji pozytywny, ma docenić ogrom
dokonanych ostatnio reform, zachęcać do ich kontynuacji, bo do zrobienia jest
jeszcze wiele. Na podstawie tego raportu przywódcy Unii powinni zdecydować o
starcie negocjacji z Ankarą, zapewne wiosną 2005 r. Rośnie jednak presja, by
odłożyli decyzję na później.
Nie wszyscy w Brukseli podzielają proturecki entuzjazm Verheugena.
Holenderski komisarz ds. jednolitego rynku Frits Bolkestein w kasandrycznym
tonie ostrzega przed próbami odwracania historii, która za sprawą Jana III
Sobieskiego i bitwy pod Wiedniem wypycha Turków z naszego kontynentu. Zdaniem
Bolkesteina wejście Turcji spowoduje „implozję" UE, zmusi do radykalnych
zmian w jej polityce rolnej i regionalnej. Bolkestein w odczycie na
uniwersytecie Leiden mówił: „ktokolwiek przyjmie Turcję, będzie musiał też
zaakceptować Ukrainę i Białoruś. Te kraje są bardziej »europejskie «. Za 15-
20 lat możemy mieć w Unii do 40 członków".
Federalistów taka perspektywa poraża, choć dla Polski wydaje się to czymś
normalnym, a nawet pożądanym. - Moje marzenie przegrało, nie wierzę już w
projekt federalny. Mit Europy karolińskiej ograniczonej do kilku państw wokół
Francji i Niemiec jako przeciwwagi dla USA umarł - odpowiada na to były
premier Francji Michel Rocard. - Jeśli jestem za przyjęciem Turcji do Unii,
to dlatego, że dzięki temu Europa będzie więcej znaczyć na świecie. A w Unii
mamy masę rzeczy do zrobienia razem bez zabierania się za stosunki z USA, co
nas nieuchronnie podzieli.
Rocard mówi językiem realisty, a raczej pesymisty. Uważając, że plusy wejścia
Turcji do Unii przeważają nad minusami, stawia diagnozę: "nie można budować
Europy na umarłych mitach". Polemizuje z nim prof. Bronisław Geremek,
skądinąd także wielki zwolennik członkostwa Turcji. "Nie można także budować
zjednoczonej Europy bez marzeń. Pokój już jest naszym osiągnięciem, ale
potrzebujemy wizji, co chcemy robić razem".
Turecki dylemat jest realny. Można próbować sobie wyobrazić, choć z trudem,
Europę bez Turcji, ale bez islamu już nie sposób. To druga religia naszego
kontynentu, wyznaje ją 20 mln Europejczyków, liczba ta szybko rośnie. Ich za
nawias wyrzucić się nie da, tak jak nie da się usunąć z historii wieków,
którymi jesteśmy spleceni.
Choć geograficznie zaledwie 3 proc. terytorium Turcji leży w Europie, to
zamieszkuje je aż 11 proc. mieszkańców Turcji i ta liczba także rośnie, wraz
z migracją z Anatolii do Istambułu. Kolejne 3 mln żyje w Niemczech, Francji,
Holandii, Austrii, Belgii itd. Mają takie same unijne paszporty jak Polacy.
Istambuł jest niemniej europejski niż Bukareszt, nawet jeśli był, jest i
będzie wrotami Europy do Azji.
Przez Turcję wiodą nie tylko ścieżki przemytników imigrantów, którymi chętnie
się na Zachodzie straszy, ale i alternatywne wobec Rosji szlaki dostaw
surowców energetycznych znad Morza Kaspijskiego. Wielka i potężna turecka
armia oraz samoloty amerykańskie w Incirlik chronią Europę przed zalewem
niestabilności z Azji. Laicka, demokratyczna Turcja to może być także wzór
dla innych państw islamskich.
No dobrze, mówią na to przeciwnicy Turcji w Unii, ale co z naszymi
pieniędzmi? Czy naprawdę chcemy je topić w autostradach wiodących do granicy
z Irakiem, wspierać tureckie rolnictwo, zacofane i mało produktywne? Dla
Polski to poważne wyzwanie - bogate kraje Europy więcej pieniędzy na Unię nie
wyłożą, więc trzeba się będzie z biednymi Turkami podzielić. Może właśnie
dlatego na Polsce w debacie o przyjęciu Turcji do Unii ciąży szczególna
odpowiedzialność. Możemy bronić mitu Europy jednorodnej, w który nie wierzą
już nawet federaliści, za czym kryć się będzie tak naprawdę egoizm, niechęć
do dzielenia się z jeszcze biedniejszymi od nas pomocą z Brukseli. Możemy
przy tym do woli szermować argumentami o łamaniu w Turcji praw człowieka, nie
zwracając uwagi na głos ich tureckich obrońców, którzy błagają o rychły start
negocjacji, bo dzięki temu sytuacja radykalnie się poprawia.
Choć Sobieski pobił Turków pod Wiedniem, to historia uczy, że dla Polski
Turcja zwykle była w Europie sojusznikiem, bo mieliśmy tych samych wrogów. W
Unii też tak będzie, tylko musimy jej drzwi Turkom otworzyć.
Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie