witomir
21.10.04, 18:47
Kultura europejska opiera się nie tylko na dziedzictwie antyku i
chrześcijaństwa, ale również na pogańskim barbarzyństwie. Przekonuje o tym
Karol Modzelewski, znakomity mediewista, w swej burzącej stereotypy
książce „Barbarzyńska Europa”.
AGNIESZKA KRZEMIŃSKA
W starożytności Europa z grubsza podzielona była na dwa światy: cywilizowany
i barbarzyński. Greckie słowo bárbaros – naśladujące niezrozumiałą mowę
obcokrajowców: bar-bar – pierwotnie oznaczało cudzoziemca, a dopiero z czasem
nabrało pejoratywnego zabarwienia – nieokrzesany, ignorant. Co prawda już
przed ekspansją Imperium Romanum starożytni handlowali z mieszkańcami Europy
Środkowej i Północnej. Jednak interesowali się swymi sąsiadami z drugiej
strony limesu (granicy) głównie wtedy, gdy wyruszali na podbój lub gdy im
samym groziła inwazja barbarzyńców.
Ponieważ, poza sakralnymi runami, barbarzyńcy nie znali pisma, nie
pozostawili po sobie żadnych własnych przekazów pisanych. Znamy tylko relacje
z drugiej ręki, naocznych świadków wydarzeń lub antycznych historyków, którzy
opisywali głównie to, co było dla nich kuriozalne, bo odstawało od ich
własnych norm. Podobnie postępowali tysiąc lat później misjonarze i
dziejopisowie chrześcijańscy. Dlatego badacz analizujący kultury i ludy
barbarzyńskie musi świadomie odkładać rzymskie i chrześcijańskie okulary.
Modzelewski odtwarza świat barbarzyńców w nowatorski sposób. Po pierwsze, nie
dzieli ich na ludy germańskie i słowiańskie, do czego jesteśmy
przyzwyczajeni, a po drugie, opiera się na źródłach z bardzo różnych epok, od
tekstów rzymskich począwszy, a na średniowiecznych kronikach i spisach praw
skończywszy. Ta lektura wymaga wysiłku. Czytelnik przedziera się przez nazwy
nieznanych już ludów, imiona dziejopisów i tytuły ich dzieł. Niemniej z tego
gąszczu wyłaniają się skomplikowane, ale w końcu przejrzyste struktury
społeczne i polityczne, które kiedyś stały się substancją wielu –
chrześcijańskich już – państw europejskich, a i dziś mogą być dostrzegalne w
naszych publicznych odruchach.
Autor sygnalizuje tę ciągłość, ale trochę szkoda, że – jako polityk i
działacz społeczny (w PRL działacz opozycyjny, współzałożyciel
Solidarności) – nie poświęca w swojej naukowej analizie przeszłości nieco
więcej miejsca na eseistyczny zarys żywego spadku po naszych barbarzyńskich
przodkach. Szkoda też, że opiera się na tekstach, pomijając archeologię,
podczas gdy odkopywane relikty kultury materialnej, zwłaszcza w naszej części
Europy, są jedynymi autentycznymi pozostałościami po dawnych ludach.
Archeologia pozwala lepiej zrozumieć barbarzyńców, uzupełnia teksty i –
zwłaszcza w Polsce – dawno już wyszła poza bojową ideologię historyczną,
spisaną przez Józefa Kisielewskiego w „Ziemi gromadzącej prochy” czy
w „Świcie słowiańskiego jutra” Pawła Jasienicy.
Ze starożytnych tekstów wyłania się dość spójny obraz barbaricum. Historycy z
kręgu kultury klasycznej opisywali te same zjawiska. Przede wszystkim rzucała
się im w oczy gościnność barbarzyńców. Opieka nad gościem była sakralnym
obowiązkiem wspólnoty plemiennej. Jego łamanie surowo karano. Ta cecha
wpisywała się w późniejszy stereotyp szlachetnego dzikiego, tuż obok, nie do
końca prawdziwego, przekonania o braku zainteresowania bogactwami tego
świata. Zwłaszcza Tacyt chwalił surowe obyczaje Germanów. Był to jednak swego
rodzaju chwyt propagandowy: szlachetni barbarzyńcy mieli być przykładem dla
Rzymian skażonych cywilizacją, a tym samym rozpustą i dobrobytem. Nie jest to
motyw tak znów obcy dzisiejszym pesymistom cywilizacyjnym i etnologom
zachwyconym życiem seksualnym dzikich, smutkiem tropików czy choćby naszych
nowych chłopomanów, szukających w sielskim życiu odtrutki na wielkomiejskie
miazmaty.
Poza swą gościnnością barbarzyńcy zwracali uwagę świata cywilizowanego
odmiennym podejściem do zagadnień społecznych, a przede wszystkim prawnych.
Według spisanych relacji istniały w tej materii różnice między poszczególnymi
ludami, a jednak wiele elementów było wspólnych. Przede wszystkim instytucja
wiecu, na którym podejmowano najważniejsze dla wspólnoty decyzje i wydawano
wyroki sądowe. Prawo przekazywano ustnie z pokolenia na pokolenie. Dlatego
ważną rolę odgrywali recytujący pieśni starcy, będący kustoszami tradycji
zarówno historycznej jak i prawnej. Modzelewski zwraca uwagę, że akurat ta
tradycja została gwałtownie zaatakowana w trakcie chrystianizacji ludów
barbarzyńskich, ponieważ „tradycja ustna przekazywała prawo zwyczajowe w
połączeniu z mitami i wartościami, których chrześcijaństwo nie mogło
akceptować”. Co z tej barbarzyńskiej mentalności politycznej i społecznej
pozostało – nie do końca wyartykułowane, ale żywe – pod chrześcijańskim już
płaszczem? Duchowni chrześcijańscy z jednej strony mieli duży wpływ na
oddzielenie prawa od barbarzyńskiego sacrum, ale zarazem na spisanie praw
barbarzyńców, które zarówno u Germanów jak i u Słowian długo tolerowano jako
prawa zwyczajowe.
Barbarzyńskie wiecowanie miało wymiar sakralny. Obrady rozpoczynano od
złożenia ofiar bogom, następnie odwoływano się do wróżbitów. Wyrocznia była
sposobem komunikowania się z bogami i jedną z najważniejszych pogańskich
praktyk kultowych, pozwalała podjąć decyzję w najbardziej ważkich sprawach.
Decyzje musiały zapaść jednomyślnie. Kto chce, ten może w jednomyślności
sejmu rzeczpospolitej szlacheckiej – by nie sięgać do bardziej aktualnych
przykładów – dopatrywać się reliktu przedchrześcijańskich zachowań.
Do utrzymanych w czasach chrześcijańskich elementów ustroju plemiennego
barbarzyńców należała zemsta rodowa, zwana też wróżdą. Wendetta mogłaby być
przyczyną wielu zamieszek i wojen, gdyby nie możliwość zapłacenia okupu
(germański wergeld, słowiańska główszczyzna), którego wysokość wiązała się ze
statusem społecznym ofiary. Mordercę, który nie zapłacił okupu, mogli
bezkarnie zabić krewni zamordowanego. Wróżda była oczywiście sprawą mężczyzn,
oni też dostawali okup, który dzielili między siebie w zależności od stopnia
pokrewieństwa. Natomiast na okup składała się rodzina sprawcy, której
obowiązkiem było wsparcie krewniaka. Banicja była jedynym wyjściem, jakie
pozostawało niewypłacalnemu mordercy, z tym, że w takim wypadku wendetta
spadała na innych członków jego rodziny. Czy nie można się zatem dopatrzeć
barbarzyńskich pozostałości we wszelkich wyobrażeniach wrogości dziedzicznej
i wieczystego wroga?
W świecie barbarzyńców jednostka była jedynie ogniwem rodu, wspólnoty
plemiennej i wspólnoty krwi, a zabójstwo było zamachem na wspólnotę
krewniaczą. „Dziś kategoria zbiorowej winy nie mieści się już w uznanym
kanonie europejskiej kultury” – pisze Karol Modzelewski; może nazbyt
optymistycznie, jeśli wziąć pod uwagę pamiętliwość i historyczną mściwość w
Europie całkiem już nowożytnej. „Nie zrozumiemy niczego z tradycyjnych kultur
barbarzyńskiej Europy, jeśli zamkniemy oczy na kolektywistyczny charakter ich
norm moralnych”. Ich fundamentem było przekonanie o wspólnym honorze grupy
krewniaczej. Ponieważ barbarzyńskie wyobrażenie winy zbiorowej było sprzeczne
z normami chrześcijańskimi, próbowano dokonać odpowiednich modyfikacji. Ale,
jak pisze autor, „mimo redakcyjnych i cenzorskich zabiegów, pogańska religia
i związana z nią tradycyjna kultura przezierała spod cienkiego pokostu
chrystianizacji, którym powleczono spisy praw”.
Prawo dotyczyło wyłącznie ludzi wolnych. Niewolnicy nie stanowili części
wspólnoty. Nie posiadali też rodziny, a ta była gwarantem podmiotowości
prawnej. Kobiety były podporządkowane władzy mężczyzn. Opiekę nad kobietą,
zwaną w językach germańskich mundem, kupował od ojca przyszły mąż. „Mund nie
był instytucją chrześcijańską, przeciwnie – wywod