wislok1
06.01.05, 22:34
Polscy katolicy mieszkający w Niemczech protestują przeciwko decyzji o
odesłaniu do kraju ich duszpasterzy. - Możemy się integrować z Niemcami na
każdym innym polu, ale chcemy modlić się po polsku - mówią
Pod koniec zeszłego roku wierni z parafii w Essen (Zagłębie Ruhry)
prowadzonej przez polskich księży z zakonu chrystusowców usłyszeli, że w maju
2005 r. pracę straci ich wikary Sławomir Klim. Jedynym polskim księdzem w
kilkunastotysięcznej społeczności pozostanie proboszcz Andrzej Sołopa.
Wiernym powiedziano, że powodem tych decyzji są kłopoty finansowe Kościoła
katolickiego w Niemczech. Inaczej niż w Polsce utrzymywany jest on nie tylko
ze zbiórek na tacę, ale przede wszystkim z podatków płaconych przez
wszystkich wiernych. W ostatnich latach w przeżywającym kłopoty gospodarcze
kraju chętnych do płacenia podatku kościelnego ubywa. Żeby być z niego
zwolnionym, wystarczy zadeklarować w urzędzie bezwyznaniowość. Tak robią nie
tylko bezrobotni, ale i dobrze sytuowani. Z tego powodu niemiecki Kościół
biednieje. Pracę tracą księża, trzeba zamykać też katolickie przedszkola,
domy starców, szpitale i ochronki.
W archidiecezji kolońskiej (do niej należy Essen) budżet ma być obcięty o 20
proc., ale wobec Polskich Misji Katolickich nawet o 66 proc.! Z dziesięciu
pracujących na tym terenie polskich księży oprócz wikarego z Essen do Polski
ma wrócić jeszcze pięciu innych duchownych.
Polacy z Essen powołali Komitet Obrony Parafii. - Po niemiecku możemy
recytować wiersze i rozmawiać przy stole, ale spowiadać się można tylko w
języku serca, a dla nas zawsze będzie to język polski - mówi Piotr Płonka,
jeden z założycieli komitetu. Przyjechał z Wrocławia sześć lat temu, ale
zachował polski paszport. Na polskie lekcje religii wysyła swojego syna,
który dzięki temu całkiem dobrze jeszcze mówi po polsku.
Płonka zapewnia, że nikomu z Polaków nie zależy na konflikcie z niemiecką
hierarchią. - Wychodzimy z założenia, że niemiecka kuria nie miała właściwego
rozeznania, i liczymy na to, że wszystko jeszcze uda się naprawić - mówi.
Z jego wyliczeń wynika, że polscy wierni odprowadzają co roku do kościelnej
kasy w Niemczech 15 mln euro, z czego tylko dwie trzecie powinno wystarczyć
na utrzymanie polskiego duszpasterstwa. W samym Essen do jednego kościoła na
polskie msze święte chodzi 15 tys. osób. - Czasami myślę, że Niemcy nam po
prostu zazdroszczą tych tłumów na mszach, bo u nich przychodzi zaledwie po
kilkanaście osób - mówi Płonka
- To nie jest żaden antypolski spisek. Diecezji w Essen na polską misję
katolicką nie stać - tłumaczy ks. dr Henryk Rak, kapłan z Górnego Śląska
pracujący w jednej z parafii w Duisburgu. Sytuacja Kościoła w Zagłębiu Ruhry
jest dramatyczna. Diecezja stanęła przed groźbą bankructwa, w kasie zabrakło
przeszło 40 mln euro. Wcześniej zbankrutowały już diecezje w Berlinie i
Akwizgranie.
Nowy biskup Essen Felix Genn zarządził drastyczne oszczędności. W ciągu kilku
lat chce spłacić długi i zaoszczędzić 75 mln euro. By tak się stało, z
kościelnych instytucji musi odejść tysiąc osób.
Ulrich Lota, rzecznik biskupa Essen: - Nic nie jest jeszcze przesądzone. Nad
cięciami dyskutujemy od kilku miesięcy. Fundusze obetniemy również misjom
włoskim i chorwackim. W końcu dlaczego mszy dla obcokrajowców nie miałby
odprawiać niemiecki ksiądz? - pyta retorycznie.
Los polskiej misji katolickiej rozstrzygnie się w przyszłym tygodniu. 10
stycznia biskup Genn ma opublikować szczegółowy plan ratowania finansów
diecezji. - Biskup Genn na pewno odpowie na list Polaków i będzie szukał z
nimi kompromisu - zapewnia Lota.
Polski ksiądz (anonimowo): - Mnie nie dziwi, że Niemcy chcą pozbyć się
polskich księży. Polskie parafie dublują pracę niemieckich, a są niezwykle
kosztowne w utrzymaniu - mówi polski ksiądz.
wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,2480847.html