Narodowcy wobec Niemiec i komunizmu

23.01.05, 03:02
Sława!
Islam by przyjął i bruderszaft ze Stalinem wypił, gdyby to gwarantowało
obecność Polski na ziemiach odzyskanych.Opowieść o historyku i prawniku
Zygmuncie Wojciechowskim i o tym, jak po II wojnie działacze endecji poszli
na współpracę z komunistami



W mieszkaniu Wojciechowskich w Milanówku pod Warszawą uderza cisza i pustka,
gdy 13 lutego 1945 roku odwiedza ich Edward Serwański, członek
antykomunistycznej Ojczyzny. Blada profesorowa siedzi skurczona w fotelu.
Wojciechowski: - Pojedzie pan ze mną do Osóbki-Morawskiego.

"Ach, to tak! Więc dlatego wszyscy pouciekali!" - myśli Serwański.

Profesor daje mu do przeczytania memoriał o Instytucie Zachodnim, który chce
przekazać Edwardowi Osóbce-Morawskiemu, premierowi Rządu Tymczasowego.
Zgłasza w nim "pełną gotowość współpracy z władzami".

Serwański: - Panie profesorze, jestem oficerem Armii Krajowej! Jestem z
Delegatury Rządu!

Wojciechowski, oparty czołem o framugę okna: - A ja to co!

„Kto dziś zrozumie tę scenę (...) - pisał po latach Edward Serwański, prawnik
i współorganizator Instytutu. - Więc jak tu tak od razu »wskoczyć « w Polskę
Ludową?”.

Komuniści przejdą, polskość pozostanie

Mówi prof. Andrzej Sakson, dyrektor Instytutu Zachodniego: - Podejmując
decyzję o współpracy, wpadał automatycznie w konflikt ze swoim środowiskiem,
które było w tej kwestii podzielone. Niektórzy odbierali ją w kategoriach
zdrady. Wojciechowski brał na siebie odpowiedzialność za dalszy los
środowiska Ojczyzny, które bez tej jego decyzji byłoby skazane na
unicestwienie. Dzięki niemu Poznań znów stał się centrum myśli zachodniej.

Profesorowa podaje mężowi kapelusz, szalik, rękawiczki, laskę. Przez zasnute
śniegiem pola Serwański i Wojciechowski wloką się na Pragę. Profesor ma za
ciężkie futro, kuleje. Wreszcie Wisła, tłok na promie. Gdy wychodzi z
gabinetu premiera, nie zamienia z Serwańskim ani słowa.

Memoriał złożony premierowi przypominał w gruncie rzeczy - zauważa historyk
Zbigniew Mazur w pracy o Instytucie Zachodnim - "roszczenie przejęcia
kontroli nad poniemieckim mieniem kulturalnym oraz uzyskania znacznego wpływu
na politykę wobec ludności autochtonicznej, a także politykę zasiedlania ziem
nowo nabytych. Sporo".

Profesor odbiera 50 tys. zł na potrzeby Instytutu.

Zaledwie parę dni wcześniej pisał w liście do przyjaciela, językoznawcy prof.
Tadeusza Lehra-Spławińskiego: "Ostatnim półroczem czuję się tak wyczerpany,
że mam lęk przed pracą pionierską, która czekałaby nas na zachodzie".

Andrzej Sakson: - Dostał placet od premiera, bo rząd lubelski potrzebował
fachowców, którzy by legitymizowali nową władzę. Gomułka jako minister ziem
odzyskanych weźmie do swojego resortu wielu współpracowników Wojciechowskiego.

Wchodząc w mariaż z komunistami, środowisko Ojczyzny nie musiało dokonywać -
przynajmniej na początku - koncesji światopoglądowych - stwierdza Mazur - i
mogło podjąć działalność, o której słuszności było całkowicie przekonane.

Na zjeździe likwidacyjnym Ojczyzny latem 1945 r. powiedziano w referacie: -
Nieobecni nie mają racji. Nie zmienimy tego, co nam się nie podoba,
narzekaniem i uchylaniem się od pracy...

Na liście 62 pracowników Instytutu znalazło się 23 członków tej organizacji.

- W swym własnym mniemaniu zajęli postawę patriotyczną - mówi historyk Jan
Żaryn - słuszną z punktu widzenia długofalowego: komuniści przejdą, a
polskość tych ziem pozostanie.

Amerykański żołnierz policzkuje matkę

Rozmowy prof. Anny Wolff-Powęskiej, do wiosny zeszłego roku kierującej
Instytutem Zachodnim, z mężem prof. Eberhardem Schulzem, często dotyczą
przeszłości. Jej wiedza literacka o wojnie, naukowa i prywatna - zaczerpnięta
z opowieści rodzinnych - miesza się z jego przeżyciami. Wciąż kręcą się wokół
zagadnienia: czym była wojna? Jej stosunek do Niemców ewoluuje do dziś.


Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
    • ignorant11 Re: Narodowcy wobec Niemiec i komunizmu(2) 23.01.05, 03:03
      Jedno z pytań: - Jak zapamiętałeś dzień, w którym zostaliście wyzwoleni?

      Odpowiedź ją zdumiewa. Bo Eberhard Schulz wcale nie mówi o uldze uwolnienia od
      reżimu hitlerowskiego. Wrócił ranny z Ardenów, leży w łóżku. Do domu wchodzi
      amerykański żołnierz, policzkuje matkę. Ten dzień wiąże mu się z palącym
      wspomnieniem osobistej klęski.

      Na zjazdach jego dawnej klasy gimnazjalnej z Getyngi Anna Wolff-Powęska słyszy
      czasem od starszych panów: - Myśmy nie wiedzieli...

      Nie może uporać się z tą odpowiedzią.

      Czasem wyłania się z tych opowieści obraz chłopców, którzy szli na wojnę, żeby
      wykazać swą przydatność dla ojczyzny. Trudno jej ten obraz skonfrontować z
      obrazami martyrologii polskiej.

      Rozważania, które nie mają sensu, ale jednak je toczą: co by było, gdyby dostał
      powołanie na front wschodni? Jak by się zachował, gdyby mu kazano
      rozstrzeliwać? Czy zdezerterowałby? Wybrałby własną śmierć?

      - "Łaska późnego urodzenia" uwolniła mojego męża od odpowiedzi - mówi Anna
      Wolff-Powęska.

      Wojciechowski: Nie chcemy Niemców na naszej ziemi

      Ulotka z 1945 r.: "Chłopi! Nie musicie już emigrować za morze. Chcecie chleba -
      na zachodzie jest chleb. Chcecie ziemi - na zachodzie jest ziemia...".

      Jarosław Iwaszkiewicz w pierwszym numerze "Życia Literackiego": "Odwrócenie
      naszych drogowskazów na zachód może mieć zasadnicze znaczenie w kształtowaniu
      się polskiej psychiki zbiorowej". Powrót Polski na ziemie zachodnie to
      największe wydarzenie naszej historii nowożytnej, pisze.

      Rok po kapitulacji Niemiec Zygmunt Wojciechowski wygłasza cykl odczytów podczas
      Tygodnia Ziem Odzyskanych. Mówi, że kolejarz, który sprawnie ekspediuje pociągi
      z Niemcami na Zachód, spełnia zadanie państwowe pierwszorzędnej wagi. I
      milicjant, który nie dopuszcza do niepotrzebnych nadużyć. I kolejarz, który
      przywozi tu polskich osadników. Nie mścimy się na Niemcach i nie reprodukujemy
      ich metod. Nasze zadanie numer 1: nie chcemy, ażeby zostali na naszej ziemi!

      W 60. rocznicę powstania Instytutu Zachodniego przemawia Anna Wolff-Powęska:
      osadnicy mieli odczuć, że „idą po swoje”. Po doświadczeniach okupacji „łatwo
      było odrzucić to, co obce, i przyswoić sobie mit »odwiecznej polskości « tych
      ziem”.

      Wojciechowscy wynajmują piętro willi w Poznaniu przy Góralskiej 3. Dom znów
      tętni życiem. Mieszkają tu z trójką dzieci, kuzynem, gosposią, przyjaciółmi
      (rozbitkami ze Lwowa) i ich wujem aptekarzem...

      Wspomina archeolog prof. Zofia Kurnatowska, jako studentka mieszkała wówczas u
      profesorostwa: - Przy stole mówiło się wciąż o ogromnym wysiłku przyswojenia
      ziem zachodnich. Profesor krążył po domu, dyktując stenotypistce artykuły.
      Odnowił też wtedy kontakty naukowe z Paryżem.

      Czasem nocuje u nich Tadeusz Lehr-Spławiński z Krakowa, jest prezesem
      Kuratorium Instytutu. Wybuchają dyskusje językoznawców. Właśnie trwają prace
      nad nowym nazewnictwem miejscowości. Lehr-Spławiński chce nazwy "Nisa" Łużycka.
      Kazimierz Nitsch, prezes Polskiej Akademii Umiejętności, wołałby "Nysę". Lehr-
      Spławiński: - Jeśli on chce Nysę, to my mu zrobimy Wąwel nad Wysłą.

      W siedzibie Instytutu przy Chełmońskiego rozdzwonione telefony, stukot maszyn
      do pisania, petenci potykają się o paki z książkami. Wrócił z obozu prawnik
      Kirył Sosnowski; obejmuje dział wydawniczy i "Przegląd Zachodni". Karol Marian
      Pospieszalski, prawnik i historyk, organizuje pracownię badań dziejów okupacji
      hitlerowskiej. (Inicjuje serię wydawniczą "Documenta Occupationis".)

      Dojeżdża z Warszawy wicedyrektor Instytutu - ekonomista i historyk gospodarczy
      Andrzej Grodek. Z Anglii wrócił historyk państwa i prawa prof. Marian Z.
      Jedlicki. Do grona uczonych, których skupia Instytut, dołączają prawnik Seweryn
      Wysłouch, historyk Janusz Pajewski z Warszawy, historyk Gerard Labuda. Poznań
      znów musuje.

      Jesienią 1946 r. wyrusza w objazd Dolnego Śląska ekspedycja naukowa (jej owocem
      będzie monografia tej krainy). Instytut pączkuje w nowe oddziały i filie; ma
      stację naukową, dom pracy twórczej w poniemieckim zamku, własny folwark na
      trzystu hektarach. Wydaje książki w ogromnych nakładach. Wprzęga polską
      humanistykę do prac nad integracją ziem, które stanowią jedną trzecią obszaru
      kraju. Walczy na pierwszej linii frontu ideologicznego.

      Wojciechowski śle listy: do prezydenta Bieruta (próbom ubrania hitleryzmu w
      szatę legendy trzeba dać odpór w postaci dokumentacji zbrodni hitlerowskich);
      do Ministerstwa Administracji Publicznej (należy zorganizować wycieczkę dla
      dziennikarzy anglosaskich, żeby zobaczyli, iż wysiedlenia odbywają się w
      warunkach humanitarnych); do innych najwyższych władz (brakuje umiejętnej
      propagandy na temat udziału Polski w wojnie); do MSZ (zagraniczne firmy
      kartograficzne oznaczają ziemie odzyskane jako "tereny pod okupacją polską"), i
      tak dalej.

      "Klimat romantycznego uniesienia - wspominał po latach prawnik prof. Henryk
      Olszewski - niewolny od narodowych czy wręcz nacjonalistycznych fascynacji i
      przerysowań, przenosił się do gabinetów i do publikacji".
    • ignorant11 Re: Narodowcy wobec Niemiec i komunizmu(3) 23.01.05, 03:04
      Osmańczyk: Odrzucić kartę antyniemiecką

      Cykl tekstów Edmunda Osmańczyka zamieszczonych latem 1946 r. w "Przekroju" był
      wołaniem o opamiętanie się. Czy nam się to podoba, czy nie - pisał - trzeba
      odrzucić kartę antyniemiecką i ułożyć stosunki z Niemcami.

      Co polskie, bezkrytycznie kochamy. Z pokolenia na pokolenie przenosimy mit
      kawaleryjskiej szarży i "ofiary na ołtarzu Ojczyzny". W świecie liczy się
      życie, nie śmierć. Zamiast cierpieć mesjanistycznie - weźmy się do pracy! Sława
      przemija, bohaterstwo martwieje "w złotych literach kart historii". Przykład
      Niemiec uczy, że "nawet niesława pierzcha wobec trwałości potencjału pracy".

      Nie łudźmy się - pisał - że naród niemiecki pozostanie obozem zadżumionych w
      środku Europy. Tam krzyżują się interesy świata, a gdzie jest interes - jest
      wola współpracy. Oni są skrzętni, zapobiegliwi, punktualni, gospodarni,
      oszczędni, racjonalni. Te ich cnoty kwitujemy ironicznym uśmieszkiem. My
      jesteśmy rozrzutni, lekkomyślni, bardziej skłonni do improwizacji niż do
      organizacji, rozkochani w sobie. Liczymy, że rozbicie sąsiada wzmocni nas
      samych. Ale "z cudzej słabości nie tworzy się jeszcze własna siła".
      Bojkotowanie kilkudziesięciomilionowego narodu, "zbywanie go pogardą i
      nienawiścią (...), nie da nam ani bezpośrednich korzyści, ani nie zyska nam
      dobrej opinii w świecie".

      - Społeczeństwo nie było mentalnie przygotowane na takie sądy, one wzbudzały
      oburzenie - mówi prof. Andrzej Sakson.

      Prof. Eberhard Schulz: - Czytałem w Niemczech polskie książki i gazety, ale
      dopiero mieszkając w Polsce, zrozumiałem, jak głęboko w duszach Polaków
      zakorzeniony jest mit historyczny. Tutaj nieustannie celebruje się rocznice
      narodowe. Uderza myślenie, że Polacy są szczególnym narodem. Ja sprzed wojny
      znam ideologię głoszącą, że naród ma w świecie misję do spełnienia... Gdy się
      tu przeprowadziłem, spotkałem się z serdecznością, jakiej nigdy w Niemczech nie
      doznałem. Ale też powiedziano mi, że jestem członkiem narodu sprawców. Nikogo
      nie zabiłem i nie czuję się winny.

      - W drugiej połowie lat 50. chodziłam do gimnazjum w Wągrowcu - opowiada Anna
      Wolff-Powęska. - Byłam typowym wytworem tamtych czasów. O Niemcach myślałam w
      kategoriach winy kolektywnej.

      Dla Pana Boga, za Kościół

      Sprawy w Warszawie profesor załatwia osobiście i w cztery oczy. Nigdy nie
      dzieli się wrażeniami ze swych rozmów z partyjnymi dygnitarzami: Władysławem
      Gomułką, Bierutem, Jakubem Bermanem, Edwardem Ochabem. Na nalegania syna
      opowiedział raz o prezydencie: - Co trzecie słowo "panie... tego". I machnął
      ręką.

      W procesie politycznym w 1947 r. zostaje skazany na karę śmierci (złagodzoną
      automatycznie na podstawie amnestii) jego przyjaciel, doktor filozofii Józef
      Zieliński; wspólnie uczestniczyli we Lwowie w seminarium mediewisty Jana
      Ptaśnika. Wojciechowski interweniuje u ich koleżanki z seminarium Julii
      Brystygierowej, dyrektorki w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego.
      Zieliński opuści więzienie po Październiku '56, już po śmierci profesora.

      Opowiada córka Wojciechowskich Agnieszka Żurek: - Pamiętam poczucie zagrożenia -
      zupełnie innego niż w czasie wojny - jakby coś się wokół nas czaiło.

      Edward Serwański wychodzi po papierosy, jest marzec 1948. Służba bezpieczeństwa
      uprowadza go z ulicy. Serwański opracował i wydał w Instytucie relacje na temat
      zbrodni niemieckich popełnionych w czasie Powstania Warszawskiego.
      Brystygierowa zapewnia Wojciechowskiego, że aresztowanie to pomyłka, jego
      pracownik na święta będzie w domu. Serwański opuści więzienie we Wronkach po
      trzech latach.

      Wiosną 1947 r. Kirył Sosnowski jedzie z żoną do Gniezna na uroczystości
      patriotyczno-religijne, nie mogą zgubić asysty agentów. Ubek sterczy tygodniami
      przed ich domem przy ulicy Zbąszyńskiej. Cenzura coraz częściej ingeruje w
      wydawnictwa. Sosnowski nie jest człowiekiem kompromisu, odchodzi z Instytutu w
      styczniu 1948. Mówi do żony: - Jeżeli znów mam siedzieć w więzieniu, niech to
      będzie dla Pana Boga, za Kościół.

      Zabrali go w marcu 1949. W tym samym czasie aresztują Jana Jacka Nikischa,
      byłego kierownika Ojczyzny.

      Wszystkich trzech oskarżono o działalność antypaństwową, będą mieli wspólny
      proces.

      Prof. Wiesław Chrzanowski, były żołnierz AK, w 1950 r. siedział na Mokotowie w
      jednej celi z Sosnowskim. Opowiada: - Sosnowski był wytworny i zasadniczy,
      podkreślający elementy katolicko-polskie, całkowicie wrośnięty w sprawy
      Poznania. Dla nich w dalszym ciągu dominująca była problematyka zachodnia, było
      w tym coś partykularnego... Nie dezawuowali Wojciechowskiego z powodu
      porozumienia z władzą. Uważali, że w czasie tej trudnej próby PRL-u trzeba
      zrobić wszystko, żeby włączenie ziem zachodnich było trwałe.

      Gdy tamci siedzą, Wojciechowski zatrudnia w księgowości Wandę Serwańską, żonę
      Edwarda. Sprawuje dyskretną opiekę nad rodziną Sosnowskiego, jego dzieci
      przyjmuje na wakacje do domu pracy twórczej w Osiecznej koło Leszna. Na
      przyjęciu w Instytucie, krótko po powrocie Serwańskiego z więzienia, profesor
      sadza go ostentacyjnie przy sobie.

      - Bez mocnego wsparcia w Warszawie takie gesty, jak przyjęcie do pracy żony
      wroga państwa ludowego, byłyby niemożliwe - mówi Andrzej Sakson. - Ale musiał
      sobie zdawać sprawę z tego, że w pewnym momencie ta ochrona mu nie wystarczy.

      Zaklejano na noc drzwi pokoi w Instytucie papierowymi plombami. Pewnego dnia
      Serwański skarży się dyrektorowi, że ktoś się wkrada do jego pokoju.

      - Mój też jest otwierany - mówi Wojciechowski - i biurko też.
    • ignorant11 Re: Narodowcy wobec Niemiec i komunizmu(4) 23.01.05, 03:05
      Wiosną 1949 r. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego podejmuje sprawę o
      kryptonimie "Alfa". Dotyczy działaczy Ojczyzny. Interesują się nimi
      departamenty: do spraw podziemia niepodległościowego oraz do spraw politycznych
      i Kościoła. Bezpieka usiłuje wprowadzić agentów do Instytutu Zachodniego.

      Zwiastun tego, że pozycja placówki się chwieje, pojawia się już w 1947 r.,
      kiedy to mówi się o jej upaństwowieniu (dotychczas działa przy towarzystwie
      naukowym). Wysycha rzeka dotacji. W maju 1948 Zygmunt Wojciechowski zwraca
      władzom uwagę, że należy przerwać istniejącą w stosunku do Instytutu "psychozę
      likwidacyjną", zwłaszcza teraz, kiedy Niemcy otworzyli w Getyndze Instytut do
      spraw Wschodnich.

      Wkrótce władze zlikwidują Ministerstwo Ziem Odzyskanych - mecenasa poznańskiej
      placówki; resort Władysława Gomułki.

      W miejsce junkra - chłop i robotnik

      Politolog niemiecki Markus Krzoska: "Bezpośrednio po 1945 r. treści narodowe i
      katolickie były dalece upowszechnione przy zasadniczej akceptacji ze strony
      władz komunistycznych, co rodzić mogło wrażenie, że z tego może powstać
      relatywnie samodzielny kierunek polityczny. Dla (...) Wojciechowskiego
      oznaczało to, że (...) mógł planować utworzenie własnego centrum władzy wokół
      poznańskiego Instytutu Zachodniego".

      - Wojciechowski był tarczą dla wielu socjologów, historyków, prawników o
      poglądach otwarcie narodowych, którzy w oparciu o Instytut Zachodni mogli
      prowadzić uczciwe badania bez formalnego angażowania się po stronie rządzącej
      monopartii - mówi historyk Władysław Bartoszewski. - To grono byłoby bez tej
      niszy skazane na wepchnięcie w szpony PAX-u Bolesława Piaseckiego.

      - Jednym z powodów, dla których w 1948 r. Władysław Gomułka został odsunięty od
      władzy przez Bieruta, była jego próba unarodowienia komunizmu - opowiada Jan
      Żaryn. - Odbywało się to, szczególnie wkrótce po utworzeniu PKWN, poprzez
      związki z grupami uznawanymi za prawicowe bądź centrowe, dalekie od akceptacji
      komunizmu przed wojną, vide środowisko "Dziś i Jutra" - tygodnika skupiającego
      ludzi późniejszego PAX-u, skłonne do zrozumienia przemian powojennych. Gomułka
      umiejętnie - w sensie propagandowym - włączał te autentyczne polskie
      wrażliwości, jak choćby w sprawie ziem zachodnich i północnych, do swojego
      programu.

      - Oskarżenie Gomułki o odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne zawierało i taki
      argument, że otacza się w ministerstwie endekami - mówi prof. Andrzej Sakson. -
      Zaczęto się przyglądać Instytutowi, Zachodniej Agencji Prasowej, Polskiemu
      Związkowi Zachodniemu. Komunizmowi w wydaniu stalinowskim ideologia tych
      środowisk wydała się wroga. Były to środowiska obce klasowo, silnie związane z
      Kościołem. Dlatego postanowiono je rozpędzić.

      Władza ogłasza całkowite zintegrowanie ziem odzyskanych z resztą kraju
      (przedwcześnie). W 1949 r. powstaje Niemiecka Republika Demokratyczna, uznaje
      granicę na Odrze i Nysie. Polska gwałtownie rewiduje swoją politykę niemiecką.
      Według nowej wykładni partyjnej ekspansja i nacjonalizm to cechy tylko klas
      posiadających; lud niemiecki nastawiony był do Polski przyjaźnie. Oprócz
      Niemców faszystów i imperialistów są też Niemcy demokraci i antyfaszyści... Z
      tą tezą kłóci się dotychczasowy program Instytutu.

      Wojciechowski - historyk, który dzieje Niemiec malował dotąd jednym kolorem -
      teraz wycofuje się z poglądu o "dziedzicznej walce polsko-niemieckiej".

      - Powstanie NRD powitał z entuzjazmem, bo ono zapewniało trwałość granicy na
      Odrze i Nysie - mówi Henryk Olszewski. - Za cenę utrzymania tej granicy i
      swojej roli jako jej strażnika był gotów na koncesje. Islam by przyjął i
      bruderszaft ze Stalinem wypił, gdyby to gwarantowało obecność Polski na
      ziemiach odzyskanych.

      "Jesteśmy świadkami doniosłych przeobrażeń dokonujących się na terenie
      Niemiec" - pisze Wojciechowski w artykule wstępnym w "Przeglądzie Zachodnim"
      jesienią 1949 r. Powstaje typ nowego Niemca. "W miejsce junkra wszedł na
      widownię dziejową chłop i robotnik niemiecki, którego tradycje i naturalne
      tendencje będą odmienne".

      Ostrzega jednak: proces normalizacji obejmuje tylko strefę wschodnią. W
      zachodniej nasila się niemiecki nacjonalizm - narzędzie imperialnej Ameryki - a
      jego hasłem jest rewizjonizm w stosunku do naszej granicy zachodniej.

      Będzie w różnych wariantach powtarzał tezę o postępowych tendencjach w NRD; o
      ważkim wkładzie Niemców wschodnich do pokoju w Europie; i że w braterskim
      stosunku z nimi - i w sojuszu z ZSRR - nastaje świt nowych czasów.

      O NRD aż do upadku komunizmu będzie można pisać tylko dobrze, w myśl
      zaordynowanej przyjaźni. Badacze będą unikali tego tematu jak ognia.

      W grudniu 1949 Instytut śle list na urodziny Stalina. "Wielkiemu
      Budowniczemu... Pogromcy... Przyjacielowi... Obrońcy... Wodzowi...". Ale władza
      Wojciechowskiemu nie ufa.

      Papieżowi wara!

      Wiosną 1948 r. Pius XII, odpowiadając biskupom niemieckim na ich list, w
      zawoalowanej formie porusza sprawę granicy zachodniej. "...Wyrażamy nadzieję,
      że wszyscy zainteresowani mogliby spokojnie rozpatrzyć to, co zostało dokonane,
      i cofnąć w tej mierze, w jakiej da się jeszcze cofnąć...". Papież nie potępia
      wysiedleń Polaków do Generalnej Guberni dokonanych w czasie wojny, natomiast
      wysiedlenia Niemców z ziem zachodnich uznaje za "bezprzykładne" - zawyżając ich
      liczbę do 12 mln (wysiedlono 3 mln).

      - Ten passus posłużył komunistom do ataku medialnego na Watykan - opowiada Jan
      Żaryn. - Chodziło im też o poróżnienie Episkopatu Polski ze Stolicą Apostolską.
      W chórze antypapieskim znalazł się również Wojciechowski. Wspólnie z Tadeuszem
      Lehrem-Spławińskim, rektorem UJ, piszą list otwarty do prymasa Hlonda - kopia
      trafia do Bieruta i Gomułki - z takim hasłem: wara papieżowi od decydowania o
      tym, co polskie, a co niepolskie. List był utrzymany w duchu dużej poprawności
      naukowej, ale wyraźnie wpisywał się w nachalną nagonkę antykościelną.

      "...Każda próba cofnięcia się z obranej przez wysiedlenie drogi - odpowiadają
      dwaj profesorowie papieżowi - byłaby sprzeczna z polskim pojmowaniem
      rzeczywistości i sprawiedliwości dziejowej".
    • ignorant11 Re: Narodowcy wobec Niemiec i komunizmu(5) 23.01.05, 03:06
      Biuro Polityczne KC PPR śle w teren wytyczne, jak wykorzystać propagandowo
      stwierdzenie papieża: uzmysłowić społeczeństwu jego antypolskość, uwypuklać
      szkodliwość politykującego katolicyzmu, zyskać poparcie poważnych
      intelektualistów, zmuszać katolików do publicznego zajęcia stanowiska, aby
      pogłębić pośród nich ferment. "Głos Ludu" zwraca się do prasy
      katolickiej: "Czekamy na odpowiedź - z kim idziecie?".

      - Oburzenia nie trzeba było podsycać, ono było autentyczne i powszechne -
      wspomina historyk prawa i ustroju prof. Jerzy Wisłocki, który właśnie wówczas
      zaczynał studia w Poznaniu. - Społeczeństwo nienawidziło Piusa XII za jego
      obojętną postawę podczas okupacji. Jeśli on zabierał teraz głos w kwestiach
      polsko-niemieckich w ten sposób - to nas ogarniała najwyższa wściekłość.
      Jednocześnie doskonale wyczuwaliśmy podteksty tej sprawy. Wiedzieliśmy, że
      katolicy nie chcieli demonstrować, iż są przeciwko papieżowi - razem z
      komunistycznym rządem.

      Jan Żaryn: - Wojciechowski był niewątpliwie przeświadczony o tym, że broni ziem
      zachodnich. Ta jego prostolinijność, z jaką nieustannie udowadniał ich
      polskość, przysłaniała mu konteksty i sprawiała, że poddał się manipulacji.

      - Nie uważam, że w tym wypadku był propagandystą PPR-owskim - mówi historyk
      prof. Andrzej Garlicki. - Jego celem nie była walka z Kościołem. Był gotów
      atakować Watykan i wszystkich, którzy podważali nienaruszalność granicy
      zachodniej. W tej sprawie szukał sojuszników wszędzie.

      Episkopat, "Tygodnik Powszechny", a także "Dziś i Jutro" - milczeli. Wreszcie
      pod koniec maja Episkopat w orędziu do ludności ziem zachodnich zapewnia, iż
      papież ma dla Polski "ojcowskie serce" i pełne zrozumienie. Dopiero wtedy
      odzywają się środowiska katolickie: nie potępiają papieża, bronią polskości
      ziem zachodnich. "Tygodnik Powszechny" tłumaczy w czerwcu: "Ojciec św. był
      jednostronnie poinformowany. (...) A przyczyna leży w (...) braku stosunków
      dyplomatycznych Polski ze Stolicą Apostolską".

      - Do tych dwóch panów, profesorów Wojciechowskiego i Lehra-Spławińskiego,
      mieliśmy stosunek krytyczny i niechętny - wspomina Stanisław Stomma, od 1946 r.
      członek redakcji "Tygodnika Powszechnego" i naczelny miesięcznika "Znak", jeden
      z inicjatorów pojednania polsko-niemieckiego. Inny przedstawiciel tamtego
      środowiska: - Nie kwestionowaliśmy ich dobrej woli, ale uważaliśmy za ludzi
      miękkiego charakteru, którzy dają sobą powodować. Naszym zdaniem Instytut
      Zachodni był manipulowany. Staraliśmy się trzymać od niego z daleka.

      - Kiedy po 1989 r. objęłam Instytut, miał etykietę placówki komunistycznej -
      mówi prof. Anna Wolff-Powęska. - Nikt ze środowiska "Znaku" czy "Tygodnika
      Powszechnego" jeszcze wtedy by nas nie zaprosił.

      W grudniu 1948 Wojciechowski wyraża w "Przeglądzie Zachodnim" poparcie dla nowo
      powstałej PZPR. "Zjednoczenie Partii Robotniczych traktujemy jako wyraz
      konsolidacji tych sił, które umożliwiły uzyskanie przez Polskę granicy na Odrze
      i Nysie...".

      Bierut czyta Dmowskiego

      W swych artykułach wstępnych w "Przeglądzie Zachodnim" z 1951 r. profesor z
      satysfakcją odnotowuje powołanie Polskiej Akademii Nauk i rychłe zastosowanie w
      nauce metodologii marksistowskiej, bo "nauka nie może stać na boku". Popiera
      przemianę "narodu burżuazyjnego" w socjalistyczny - "w ścisłym związku z
      przesunięciem się granic Polski ku zachodowi". Kto się nie włączy w ten proces,
      pozostanie "poza ramami nowo tworzącej się formacji".

      "Naród socjalistyczny" - tego zwrotu użył właśnie Bolesław Bierut na plenarnym
      posiedzeniu KC PZPR w lutym 1951. W czterogodzinnym referacie - wezwaniu
      Polaków do jedności w obliczu zagrożeń ze strony amerykańskiego imperializmu -
      prezydent użył słowa "naród" 130 razy, zaś nazwisko Dmowskiego i cytaty z niego
      przywoływał 13-krotnie. Sala była zaskoczona: dotąd cytowano wyłącznie klasyków
      marksizmu, a jeszcze niedawno tępiono "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne".

      Historyk Marcin Zaremba tłumaczy tę woltę intencją „instrumentalnego
      wykorzystania haseł narodowych dla legitymizacji dyktatury partii”. „Postulat
      jedności narodu w alercie przeciwko narodowym wrogom był zawsze jednym z
      najważniejszych elementów ideologii nacjonalistycznej (widać, że Bierut bardzo
      wnikliwie musiał czytać prace Dmowskiego!) - pisze Zaremba. - Zapożyczył
      również od przywódcy Narodowej Demokracji pojęcie »interesu narodowego «, które
      stoi bez wątpienia w sprzeczności z »interesem klasowym «”. Mobilizacyjne
      zasoby systemu były na wyczerpaniu, stwierdza historyk, trzeba było powrócić do
      języka propagandy z pierwszych lat powojennych; łączyć „wyselekcjonowane treści
      narodowe z marksistowsko-leninowską historiozofią”.

      Wojciechowski w artykule "Spokojnie rozumując..." z tego samego roku podpisuje
      się pod żądaniem władzy, by zlikwidować wreszcie stan prowizoryczny organizacji
      kościelnej na ziemiach odzyskanych i mianować tam biskupów
      ordynariuszy. "...Żądanie to (...) nie jest w sprzeczności z interesami
      katolicyzmu", pisał, gdyż dzięki powrotowi Polski na zachód katolicyzm na tych
      ziemiach się odnowił. Polska socjalistyczna wyciąga rękę "w kierunku współpracy
      z czynnikami kościelnymi...". Stan prowizoryczny to jest "szczypta zachęty do
      wojny".

      - Pamiętam, że ten artykuł nie zrobił na mnie dobrego wrażenia - wspomina
      historyk prof. Henryk Samsonowicz. - Choć trzeba przyznać, że Wojciechowski
      kierował się dosyć mocno rozwiniętym zmysłem państwowym.

      Oczywiście wybierali nacjonalizm

      Przysłali po niego samochód z Warszawy. Jest wrzesień 1953. Wizyta u ministra
      szkolnictwa wyższego trwa krótko. Wojciechowski wychodzi z zastygłą twarzą.
      Synowi rzuca: - Chcą aresztować prymasa Wyszyńskiego... Powiedziałem, że to
      krok nie do przyjęcia...

      W drodze do Poznania milczy przez wzgląd na kierowcę.

      Trzy tygodnie po aresztowaniu prymasa, w październiku, zamieszcza obszerny
      tekst - apel w "Tygodniku Powszechnym" przejętym niedawno przez Bolesława
      Piaseckiego. (Przewodniczącym nowego komitetu redakcyjnego jest prof. Tadeusz
      Lehr-Spławiński.) Wojciechowski przestrzega przed wszelką próbą walki
      religijnej, gdyż związałaby ona katolicyzm w Polsce z "politycznymi interesami
      katolicyzmu niemieckiego". Ten zaś znajduje się w służbie imperializmu i
      rewizjonizmu.

      Stosunki między Polską a Stolicą Apostolską ułożyły się źle - przyznaje. "W
      Watykanie reprezentowana jest nie Polska, lecz emigracja. (...) Nie zmieniło
      się też zasadnicze stanowisko Stolicy Apostolskiej w stosunku do reform
      społecznych dokonujących się na terenie Związku Radzieckiego i krajów
      demokracji ludowych. Tym samym jednak zarysowała się linia podziału pomiędzy
      Watykanem a światem słowiańskim".

      Niech społeczeństwo nie da się wciągnąć w próby zaburzenia spokoju wewnętrznego
      kraju na tle religijnym - apeluje Wojciechowski. Różnice światopoglądowe w
      Szczecinie są mniej ważne niż jego trwała przynależność do Polski. Nie wolno
      zapominać o sprawie nadrzędnej - integralności państwa.
    • ignorant11 Re: Narodowcy wobec Niemiec i komunizmu(6) 23.01.05, 03:07
      Do śmierci w 1955 r. Wojciechowski kilkakrotnie będzie publikował w
      zagarniętym "Tygodniku Powszechnym" i tygodniku PAX-u "Dziś i Jutro". Zaś w
      wydawanym przez Instytut Zachodni piśmie "Życie i Myśl" zamieści w 1954 r.
      głośny szkic Piaseckiego "Zagadnienia istotne", w którym autor przekonuje, że
      komuniści nie są wrogami religii, i wzywa katolików do "coraz szerszej
      aktywności w obozie postępu". Rok później Stolica Apostolska umieści książkę
      Piaseckiego oraz tygodnik "Dziś i Jutro" na indeksie książek zakazanych.

      Historyk prof. Jerzy Holzer: - Odległość ideologiczna pomiędzy
      środowiskami "Dziś i Jutra" a Wojciechowskiego była niewielka. I jedni, i
      drudzy mieli poglądy nacjonalistyczne, uważali, że w istniejących warunkach
      trzeba się pogodzić z dominacją ZSRR, być antyniemieckim. Przy wyborze pomiędzy
      racjami Kościoła a nacjonalizmu jedni i drudzy wybierali oczywiście nacjonalizm
      i nie dostosowywali się do poglądów hierarchów.

      - Piasecki i Wojciechowski zajmowali zupełnie inne pozycje - mówi Andrzej
      Garlicki. - Pierwszy grał wielką grę polityczną: chciał stać się pośrednikiem
      między władzą a Kościołem, pozyskać Kościół dla władzy, zostać partnerem dla
      Moskwy... Uważał, że jest predestynowany do kariery politycznej. Wojciechowski
      karierę polityczną już zakończył. Walczył o utrzymanie za wszelką cenę ziem
      zachodnich, bo gdyby nie one, to Polska zostałaby Księstwem Warszawskim. I
      walczył o przetrwanie Instytutu.

      Zaatakował mnie Adenauer

      Inwigilację Instytutu utrudnia jego hermetyczność. Funkcjonariusze stwierdzają,
      że nie mogą tam "nasadzić" agentury, bo Wojciechowski zatrudnia wyłącznie
      swoich znajomków z Ojczyzny i otacza się przedwojennymi przyjaciółmi.

      - Mój ojciec po powrocie z Anglii nie mógł dostać posady jako andersowiec -
      mówi prof. Zofia Kurnatowska. - Zatrudnił go Instytut w księgowości. Drugim
      azylem było Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk kierowane przez
      Wojciechowskich. Oni trzymali rozmaite nici życia naukowego w Poznaniu.

      Około 1952 r. pada rozkaz głębszego zainteresowania się służb bezpieczeństwa
      osobą profesora. Z ich analiz wyłania się obraz przewrotnego despoty.

      Rozbija się służbowymi samochodami; prowadzi wystawny tryb życia; kpi z
      komunistów. Stworzył państwo w państwie, strukturę wyalienowaną z
      komunistycznego aparatu władzy.

      Jan Żaryn: - W ten sposób przygotowywano materiał na jego proces. Miała to być
      postać o faszystowskiej i burżuazyjnej mentalności, wróg Polski Ludowej.
      Wojciechowski mógł nie doceniać zagrożenia, bo był pewny, że władzy
      komunistycznej jest potrzebny... Po ostatecznym - jak się zdawało - upadku
      Gomułki w 1951 r., w okresie bierutowskim, i po powrocie Gomułki, czego
      Wojciechowski już nie doczekał, hasło polskości tych ziem było wałkowane w
      nieskończoność, a bez profesora i jego ludzi traciło na wiarygodności. Gdyby
      głosili je tylko marksiści, nie miałoby takiego rezonansu w społeczeństwie.
      Traktował siebie jako autentyczny autorytet - nie tylko wobec władzy, lecz
      także opinii publicznej - i z tego tytułu mógł się czuć bezpieczniejszy. Czy
      słusznie, to inna sprawa.

      Wydział nauki i szkolnictwa wyższego KC PZPR zarządza kompleksową ocenę
      działalności Instytutu. Wiosną 1952 r. dokonuje jej prof. Juliusz Bardach z
      Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego.

      Historię ziem odzyskanych bada się w Instytucie z nacjonalistycznego punktu
      widzenia - stwierdza Bardach. Chociaż w pracach pisanych po "rozbiciu
      gomułkowszczyzny" widać "chęć przestawienia się", nadal występują w nich
      akcenty nacjonalistyczne. "Politycznie Instytut jest opanowany całkowicie przez
      grupę katolików, których skupił wokół siebie prof. Z. Wojciechowski. (...)
      Partia nie ma żadnego realnego wpływu na prace Instytutu". Wydawane przezeń
      czasopismo "Życie i Myśl" bezkrytycznie popularyzuje literaturę katolicką.
      Jest "chemicznie wyprane z wszelkiej tematyki związanej z życiem Polski
      Ludowej", należy je zlikwidować. Bardach postuluje, by "stworzyć w łonie
      Instytutu grupę partyjną".

      Mówi prof. Gerard Labuda: - Bardach swoją ocenę napisał kulturalnie, tam nie ma
      ataku personalnego.

      Jego notatka staje się przedmiotem narady wydziału nauki KC PZPR. Padają
      wnioski: ograniczyć dotacje, skierować na wicedyrektora człowieka lojalnego i
      dyspozycyjnego, zakazać tłumaczeń publikacji Instytutu na języki obce,
      zlikwidować sekcje, oddziały... Ta polityka wobec Instytutu to fragment
      centralistycznej reformy nauki w Polsce i przestawiania jej na marksistowski
      tor. Wkrótce Instytut zostanie oddany pod nadzór organizacyjny i finansowy PAN.

      Chcąc wykazać nieodzowność placówki, Wojciechowski wysuwa skuteczny dotąd
      argument: znacznego nasilenia rewizjonizmu niemieckiego. "Adenauer (...) w
      ubiegłym miesiącu tak ostro zaatakował Instytut Zachodni i mnie osobiście..." -
      pisze do ministra szkolnictwa parę dni po cenzurce wystawionej placówce przez
      Bardacha. Przejaskrawia. - Przejrzałem zachodnioniemiecki biuletyn rządowy z
      tamtego okresu - opowiada Zbigniew Mazur - a kolega - wydawnictwa Bundestagu.
      Śladu tego ataku nie znaleźliśmy. To było pokerowe zagranie; bo jakże można
      wyrzucić człowieka, którego zaatakował sam kanclerz RFN?

      Podobnym argumentem Wojciechowski usiłuje obronić przed likwidacją Poznańskie
      Towarzystwo Przyjaciół Nauk. Byłby to krok politycznie szkodliwy, pisze w
      memoriałach do partii, bo Towarzystwo broni polskości ziem zachodnich przed
      dywersją niemieckiego imperializmu. PTPN ocaleje.

      - W grudniu 1952 przesłuchiwano mnie we Wrocławiu - opowiada prof. Karol Marian
      Pospieszalski - wypytywano o Instytut i Wojciechowskiego. Powiedziałem mu o tym.

      "Kwartalnik Historyczny" atakuje w 1953 r. "burżuazyjną i nacjonalistyczną
      historiografię" Polski międzywojennej. Wymienia Wojciechowskiego wśród tych
      historyków, którzy głosili hasła "imperialistycznej agresji przeciwko Związkowi
      Radzieckiemu", aprobowali ucisk narodowościowy na ziemiach ukraińskich i
      białoruskich oraz operowali frazesami o misjach dziejowych Polski. Syn
      profesora napisał w "Przeglądzie Zachodnim" we wspomnieniu o ojcu, że był to
      przejaw walki z "wojciechowszczyzną".

      W teczce o kryptonimie "Alfa" meldunki agentów na temat dyrektora Instytutu
      urywają się trzy tygodnie przed jego śmiercią.

      Odbierają placówce folwark i dom pracy twórczej w Osiecznej. W siedzibie przy
      Chełmońskiego wiosną 1953 r. PAN przejmuje dwa pokoje na parterze i żąda trzech
      na piętrze. Dyrektor się zgadza. Brakuje pieniędzy na pobory dla pracowników.
      Dyrektor żebrze w Warszawie. Stefan Żółkiewski, sekretarz I Wydziału PAN,
      załatwia subwencję. Wojciechowski wylewnie dziękuje: "Byłem już u końca moich
      sił fizycznych i umysłowych".

      W dniu śmierci Stalina 5 marca 1953 siedzi w niebieskim szlafroku u szczytu
      stołu w mieszkaniu na Góralskiej. Mówi z zagadkową twarzą do córek: -
      Zobaczycie, za trzy lata nie poznacie świata... W Instytucie organizuje żałobne
      zebranie. (Dwa miesiące później wyjdzie z więzienia zwolniony warunkowo Kirył
      Sosnowski).

      Juliusz Bardach w liście z 2002 r. wyjaśniał Gerardowi Labudzie, dlaczego
      ostatecznie władza nie pozbyła się Wojciechowskiego: "Liczono się, widząc w nim
      reprezentanta poważnego odłamu prawicy (dawnej Narodowej Demokracji), która
      podjęła współpracę z rządem...".

      Dokończenie za tydzień


      Magdalena Grochowska
Pełna wersja