ignorant11
25.02.05, 06:19
Sława!
Ziemia niczyja
serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34475,2568165.html
Gojko Berić
arch. autora
Gojko Berić* 23-02-2005 , ostatnia aktualizacja 23-02-2005 18:44
Żyję w Bośni i Hercegowinie. W państwie, które jest i nie jest moje. W kraju,
w którym w Dniu Niepodległości Serbowie obchodzą Dzień Strażaka, dla
Chorwatów jest to normalny dzień pracy, a jedynie Bośniacy cieszą się ze
święta narodowego - ale i oni bez zachwytu
Nawet najdłuższy pobyt w Bośni i Hercegowinie nie wystarczy, by cudzoziemiec
zrozumiał ten kraj. Wygląda na to, że tak było zawsze. Gdy w drugiej połowie
XV w. Turcy zajęli Bośnię, sułtan słał tutaj swoich wezyrów, którzy jako
zarządcy prowincji mieli nieograniczoną władzę. Bośnia widziana z
Konstantynopola to był odległy kraj na samym skraju imperium otomańskiego,
tajemniczy i pełen niebezpieczeństw - nazwano go więc "mroczną prowincją", i
tak pozostało do dzisiaj. W samym sercu wielkiego imperium o Bośni wiedziano
niewiele - zaledwie tyle, że chodzi o niespokojne peryferia, gdzie żyją
narody wyznające wiarę islamską, katolicką, prawosławną i żydowską. To
dlatego wezyrowie udawali się do Bośni z duszą na ramieniu.
Jeśli sułtan był niezadowolony z zachowania albo rozczarowany nieudolnością
jakiegoś wezyra, posyłał w ślad za nim kata z tak zwanym katil-fermanem,
czyli rozkazem uśmiercenia go. Kat dusił wezyra specjalną jedwabną taśmą.
Współcześni wezyrowie, których do Bośni śle wspólnota międzynarodowa, mają
tytuł wysokiego przedstawiciela. Obecnym "wezyrem" jest Brytyjczyk Paddy
Ashdown - czwarty z kolei od podpisania porozumienia pokojowego w Dayton z
1995 r. Nowi bośniaccy wezyrowie nie obawiają się katil-fermanu. Choćby byli
najbardziej nieudolni, w Sarajewie żyją po królewsku. Poprzednik Ashdowna,
Austriak Wolfgang Petritsch, opuszczając Sarajewo, rozpłakał się w obecności
dziennikarzy. Jednakże pewne podobieństwo z niegdysiejszymi wezyrami wciąż
jest oczywiste - ci obecni także przyjeżdżają do Bośni ze skromną wiedzą o
kraju, do którego, niestety, dziś bardziej niż kiedykolwiek pasuje tytuł
noweli Ivo Andricia "Przeklęte podwórze".
Państwo, które nie istnieje
Mógłbym przytoczyć dziesiątki głupich wypowiedzi, które to potwierdzają.
Przytoczę tylko jedną. Kiedy nowy szef misji OBWE amerykański dyplomata
Robert Beecroft przyjechał do Sarajewa dwa i pół roku temu, stwierdził ni
mniej, ni więcej - pozwolę sobie na odrobinę cynizmu - że za dotychczasowe
niepowodzenia wspólnoty międzynarodowej w Bośni i Hercegowinie winę
ponoszą... błędy w orientacji geograficznej. Beecroft powiedział mianowicie,
iż misjonarze wspólnoty międzynarodowej wyobrażali sobie, że będą mieć do
czynienia z krajem takim jak Polska, Czechy czy Węgry. To z kolei
doprowadziło do zastosowania niewłaściwych środków w niewłaściwym miejscu i w
niewłaściwym czasie.
Cudzoziemcom niewiele też pomoże czytanie powieści i opowiadań Andricia -
lektura obowiązkowa, którą zabierają ze sobą w podróż do Bośni. Dziś też
można tu spotkać na każdym kroku bohaterów andriciowskich, ale problem w tym,
że cudzoziemiec nie jest w stanie ich rozpoznać. A kiedy prędzej czy później
wróci do domu, jego wyobrażenia na temat Bośni oraz jej mieszkańców zazwyczaj
sprowadzać się będą do kilku stereotypów, wśród których na jednym z
pierwszych miejsc znajdą się hedonizm i zniewalające sarajewskie ciewapczici
[bośniacka wersja kebabu, pikantne kiełbaski z siekanego mięsa baraniego i
wołowego - red.]. Większość cudzoziemców wspomina mieszkańców Bośni jako
ludzi serdecznych, dobrodusznych i bezpośrednich, a Bośnię jako kraj piękny,
choć zapuszczony. Nie są dalecy od prawdy.
Ale jednego nie mogą zrozumieć - jak to się dzieje, że jej mieszkańcy nie są
oddani swojemu krajowi? To pytanie słyszałem wielokrotnie od przedstawicieli
wspólnoty międzynarodowej, którzy w minionych latach przebywali w Sarajewie.
Nie mogli pojąć, że mieszkańcy na każdym kroku i na taką skalę okradają
własne państwo, nie płacą podatków, dewastują miejskie tramwaje i trolejbusy,
obrzucają kamieniami pociągi, że mieszkańcy Sarajewa niszczą budki
telefoniczne, sikają na klatkach schodowych i wyrzucają plastikowe torby ze
śmieciami z okien swoich wieżowców.
Dla Anglika, Szweda czy Duńczyka jest to niewyobrażalne. Własne państwo to
świętość, nawet gdy o własnych obywateli dba w taki sposób, że gra im na
nerwach - np. zamieniając ich w numer komputerowy. Stosunek Amerykanów do ich
państwa najlepiej ilustruje anegdota głosząca, że w tym kraju dwie sprawy są
nieuniknione - śmierć i zapłacenie podatku!
Jednak jak człowiek ma szanować państwo, które nie tylko nie odpłaca mu
niczym dobrym, lecz także w sensie funkcjonalnym właściwie nie istnieje? A to
jest właśnie casus Bośni i Hercegowiny. Istnieje wprawdzie kraj, który tak
się nazywa, ale brak tego, co wyróżnia każde normalne państwo. Nawet
najbardziej fanatyczni patrioci nie mają w tej sprawie żadnych złudzeń.
Sytuacja wygląda tak, że mentalnie tutejsi Bośniacy [mieszkańcy Bośni, w
b.Jugosławii klasyfikowani jako Muzułmanie - red.], Chorwaci i Serbowie nie
żyją w tym samym państwie. Potwierdzenie z urzędu podatkowego informuje
obywatela, że jego państwa nie ma! Potwierdziły to także tegoroczne obchody
Dnia Niepodległości. "Świątecznie i biednie" - taki był tytuł jednego z
tekstów poświęconych tej narodowej farsie
Jak, dajmy na to, wytłumaczyć przeciętnemu Polakowi, że państwo, w którym
żyję, od ośmiu lat nie ma specjalnej jednostki, która oddaje honory
przedstawicielom państw odwiedzającym Sarajewo? Albo, co jeszcze bardziej
niezwykłe, jak mu wytłumaczyć, że nikt w tym kraju nie wie, ilu w nim żyje
mieszkańców? Oceny są tak odmienne, że różnice sięgają nawet miliona ludzi. A
jednocześnie przyjęto ustawę, w myśl której wkrótce zacznie się spis bydła,
kóz i owiec!
Ani w niebie, ani na ziemi
Podczas referendum dotyczącym niezawisłości Bośni i Hercegowiny, które odbyło
się 1 marca 1992 r., tuż przed serbską agresją, 64 proc. obywateli -
Bośniacy, Chorwaci i pewien procent Serbów - wyraziło chęć życia w
niezawisłym państwie wyłączonym z fantomowej Jugosławii Slobodana
Miloszevicia. Ten dzień uznany został za Dzień Niepodległości. Jednak
Serbowie nie uznają tego święta. "To data, która w narodzie serbskim budzi
nieprzyjemne skojarzenia" - twierdzi Borislav Paravac, członek Rady Państwa,
człowiek, który wysokiemu przedstawicielowi pochwalił się, że jego ojciec był
czetnikiem. By pójść na całość w swoim cynicznym stosunku do własnego
państwa, Serbowie w Republice Serbskiej świętują 1 marca jako Dzień Strażaka!
Na terytorium Federacji Chorwacko-Bośniackiej sprawy są bardziej
skomplikowane. Tutaj to Chorwaci są tymi, którzy bojkotują wspomniane święto.
Formalnie niby tego nie robią, ale w tym dniu pracują jak w każdym innym. Tak
czy owak, "pierwszomarcowe państwo" istnieje jedynie w głowach Bośniaków.
Tylko oni sławią jego narodziny. Szczerze mówiąc, robią to bez szczególnego
zachwytu, wiedząc, że to państwo obejmuje tylko jedną czwartą swojego
przedwojennego terytorium.
Oczywiście narodziny państwa to nie jest powód, dla którego człowiek miałby
zapomnieć o całym świecie i od świtu do zmroku jedynie oddawał mu cześć.
Chodzi o co innego. O to, że ani Serbowie, ani Chorwaci, ani Bośniacy nie
mają państwa, za które wspólnie walczyliby w minionej krwawej wojnie.
Serbowie widzieli siebie w Wielkiej Serbii, Chorwaci w Wielkiej Chorwacji, a
Bośniacy w jednolitej, scalonej Bośni i Hercegowinie. A gdy wojna się
skończyła, żaden z tych wariantów nie stał się rzeczywistością. W zamian
światło dzienne ujrzał zarys jakiegoś "czwartego państwa" zaprojektowanego w
Dayton, które jest tak naprawdę niczym jakaś strażnica - ani w niebie, ani na
ziemi. To, że podobne państwo