Nasi rosyjscy bracia

20.03.05, 00:28
relaz.o2.pl/magazyn-artykul.php?id=373
Przemek Głośny 2005-03-14


Czy Rosja nie lubi Polski? Nie bardziej niż inne kraje naszego globu - to
państwo od zawsze nastawione jest konfrontacyjnie: „My vs. Reszta Świata”.
Tym niemniej Polska bywa wyjątkowo skuteczna w denerwowaniu kolejnych
rosyjskich władców…

Nie było stulecia w historii wzajemnych stosunków z Rosją, w którym nie
toczylibyśmy z tym krajem jakieś wojny. Skuteczność i sukcesy Polski bywały
wprost proporcjonalne do upływających wieków i zależnie od historycznych
okresów - albo ucieraliśmy im nosa, albo jedynie „nieśmiało” sprzeciwialiśmy
się rosyjskiej hegemonii.

Polska rządzi na Kremlu

I tak Polska pozostaje jedynym krajem, któremu udało się kiedykolwiek zdobyć
Moskwę. To, o czym marzyli Napoleon i Hitler, osiągnęli polscy watażkowie,
którzy przez kilkanaście miesięcy, do 1613 roku, rządzili na Kremlu i nim
zostali przepędzeni przez ludność miejską (pod przywództwem przyszłego cara
Michała Romanowa) zdążyli jeszcze spalić przyszłą stolicę kraju. W następnych
stuleciach szło nam cokolwiek średnio i gdy Polska stawała się coraz słabsza
i bardziej nieudolna, Rosja rosła w siłę, czego konsekwencją był fakt, iż to
nasz kraj znalazł się pod rosyjskimi zaborami, a nie na odwrót. W okresie
niewoli stać nas było jedynie na nieśmiałe zrywy powstańcze, których finałem
były kolejne pogromy i zwiększanie prześladowań. Jednak gdy tylko poczuliśmy
nosem wolność, Rosja znalazła się na kolejnym tzw. rewolucyjnym rozdrożu
(pierwsze lata władzy czerwonych). Zaraz potem zdarzył się niejaki „Cud nad
Wisłą”, gdy w 1920 roku polska armia pod przywództwem Piłsudskiego, Józefa
Hallera i Władysława Sikorskiego rozbiła w pył Rosjan pędzących na Europę z
hasłem rewolucji komunistycznej na ustach. Bitwa ta uznawana jest za jedną z
dziesięciu najważniejszych w historii świata i tak naprawdę nie wiadomo, czy
to nie tylko dzięki Polakom Niemcy i Francja mogą dziś uznawać się za
państwa, które „skutecznie broniły się” przed wpływem ideologii Marksa.

W następnych latach biliśmy się nie mniej regularnie, ale efekt polityczny
był gorzej niż mierny – Polska, będąc czwartą (pod względem liczebności)
armią walczącą podczas II Wojny Światowej, osiągnęła tyle, że na następne
lata dostaliśmy się pod absolutną strefę wpływów Moskwy w związku z czym mało
kto dostrzegał fakt zbrodni katyńskiej, wszyscy zaś wiedzieli, iż „Auschwitz”
po polsku czyta się „Oświęcim”. Po latach jednak znowu doszliśmy do głosu i
choć na Zachodzie synonimem obalenia komunizmu jest upadek Muru Berlińskiego,
to w Moskwie doskonale zdają sobie sprawę z tego, że gdyby nie watażka
Wałęsa, być może dalej istniałby Związek Radziecki. Minęło ledwo kilkanaście
lat, a już zdołaliśmy (w zasadzie w pojedynkę) wyrwać Ukrainę z rosyjskich
objęć. Powiedzmy sobie szczerze – na Wschodzie mają powody, by uważać nas za
wrzód na imperialistycznym tyłku.

Rosja szuka nowego cara

Na łamach Gazety Wyborczej cytowano wypowiedź Francuzki Anne de Tinguy z
Centrum Poszukiwań Międzynarodowych, która uważa, że „pomarańczowa rewolucja”
udała się na Ukrainie, gdyż obywatele tego państwa są świadomi własnych praw
i aspiracji, w Rosji zaś nie i taki przewrót nie miałby tam żadnych szans.
Potwierdza to rosyjski socjolog profesor Jurij Lewada, który mówi wprost, że
w tym kraju dominuje „[…] Infantylny stosunek do siebie, do życia, do
starszyzny i zwierzchności, do rządu i państwa. Większość obywateli liczy na
to, że ktoś im pomoże, ich obdaruje, wesprze. Nawet nie zwyczajnie i
rzeczowo – ale zbawi ich, ocali i rozgrzeszy. Nasi ludzie oczekują ziemskiego
zbawcy. Upatrują go w każdym zwierzchniku, rzucając się w jego objęcia”. Dość
powiedzieć, że generalnie rzecz ujmując Rosjanie jeszcze nigdy nie mieli
pełnego wpływu na wybór swego władcy. Nawet Putin był z namaszczenia, jak
niegdyś car i kolejni sekretarze partii.

Ten kto uważa Rosjan za demokratyczne społeczeństwo musi być chyba niespełna
rozumu. W jakim kraju tak gładko przeszedłby dekret nominowania gubernatorów
(Putin zastąpił wybory ręcznym dobieraniem odpowiadających mu namiestników),
ograniczanie wolności prasy i skandaliczne wręcz błędy administracji w walce
z tzw. terroryzmem (Dobrówka, Biesłan, zabójstwo Maschadowa)? Powiedzmy sobie
wprost – o ile Putin będzie tak skutecznie manipulował opinią publiczną, jak
czyni to do tej pory (z nielicznymi, mało znaczącymi w sumie błędami – patrz
manifestacje emerytów), to bez trudu przepchnie zmianę konstytucji
umożliwiającą mu objęcie władzy na kolejne kadencje. Czym bowiem różni się
dziś władza na Kremlu od tej białoruskiej? Chyba tylko tym, iż Łukaszenko
jest naiwnie głupim uzurpatorem, Putin zaś doskonale wie, co robi.

Trzecia wojna światowa

Jak spojrzeć na to wszystko w kontekście wyjazdu prezydenta Kwaśniewskiego do
Moskwy, na rocznicę „uwolnienia przez Rosjan Europy spod hitlerowskiej
władzy”? To oczywiste, że Rosjanie nas tam nie chcą. W najbliższych
miesiącach czekają nas tylko kolejne upokorzenia ze strony Kremla, tak bowiem
należy odbierać zawieszenie badania sprawy katyńskiej ze względu na „brak
dowodów zbrodni wojennej”. 9 maja, wśród dumnych defilad i ukłonów ze strony
możnych tego świata, Putin ogłosi wszem i wobec, że gdyby nie Rosjanie, to
Europa nigdy nie mogłaby się zjednoczyć. W naszych oczach popełni kolejne
faux paus, tak jak uczynił to na obchodach rocznicy wyzwalania Auschwitz. A w
oczach innych? Hmm…

Nie ma co spodziewać się, że „występujący w imieniu krajów byłego bloku
wschodniego” amerykański prezydent George W. Bush powie coś, co zadowoli
polską opinię publiczną. Rosja to światowa potęga i, mimo iż na glinianych
nogach, to jednak żadne liczące się państwo zachodnie nigdy otwarcie nie
wystąpi przeciw moskiewskim władzom - to zbyt duży rynek, zbyt wielki
potencjał, zbyt duże pieniądze. Świat ewoluuje w stronę wojen ekonomicznych i
tak jak pobożnym życzeniem zdaje się być wiara w globalny pokój, tak w ciągu
najbliższych dziesięcioleci, przynajmniej jeśli chodzi o tzw. państwa
cywilizowane, osiągną one całkowicie inny wymiar – to będą raczej „wrogie
przejęcia”, niż starcia zbrojne. Jeśli wyobrazimy sobie państwa jako
gigantyczną spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, a posiadane w niej
udziały jako realny wpływ na jego funkcjonowanie, tak możemy być pewni, że
historia konfliktów polsko-rosyjskich na pewno nie jest zakończona. I oby
Rosja wreszcie dojrzała do demokracji. I oby Polski kapitał urósł do tego
czasu - by walka z Rosjanami nie była wróciła do poziomu „nieśmiałych zrywów
powstańczych”. Powiedzmy sobie bowiem szczerze – jak zwykle jesteśmy
osamotnieni w walce z radzieckim imperium i niepojechanie do Moskwy może tę
izolację tylko pogłębić.



Pełna wersja