eliot
06.06.05, 09:42
serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34181,2746499.html
Najbliższa zagranica Chin
Andriej Piontkowski* 03-06-2005, ostatnia aktualizacja 03-06-2005 15:29
Widziane z Moskwy
Niemrawo toczące się rozmowy Rosji i Ukrainy o Wspólnej Przestrzeni
Gospodarczej skazane są na klęskę. Wcale nie dlatego, że w Kijowie dzięki
pomarańczowej rewolucji doszły do władzy siły "antyrosyjskie". Rozmowy
uroczyście wyzionęły ducha jeszcze za poprzedniej ekipy.
Moskwie i Kijowowi chodziło w nich o diametralnie różne cele. Ukraińcy chcą
jechać, a my wybrać kolor taksówki. Ukraina jest naprawdę zainteresowana
utworzeniem między obydwoma państwami strefy wolnego handlu, tj. tym, co
stanowi istotę i podstawowy atut każdej wspólnej przestrzeni gospodarczej.
Zyskałaby chłonny rynek dla swej produkcji, mogłaby też korzystać z nośników
energii po cenach obowiązujących w Rosji. Rosja natomiast, występując z
niezliczonymi inicjatywami integracyjnymi, ma na myśli jakieś rozmyte cele
polityczne, albo wręcz psychologiczne. W WPG pożądamy organów. Narodowych
organów z dominującą przewagą udziałów rosyjskich. Najwidoczniej istnienie
takich organów miło łechtałoby strefy erogenne naszej urojonej potęgi
imperialnej.
Mniej więcej rok temu pewien dyplomata ukraiński w szczerej rozmowie ze mną
mówił: "Czego właściwie wy, Moskale, od nas chcecie? Żebyśmy powtarzali, jacy
jesteście wielcy, wspaniali, jakie macie liberalne imperium? No dobrze, czort
z wami, raz na pół roku będziemy wam wciskać ten kit, skoro to dla was takie
ważne. Ale nie za darmo! W zamian: rynek rosyjski dla naszych rur i cukru,
ropa i gaz dla nas po cenach rosyjskich".
Właśnie na takim obłudnym, fałszywym i upokarzającym dla Rosji handlu
polegała cała nasza polityka na obszarze poradzieckim w ciągu ostatnich 15
lat - my wam trochę ropy i gazu, a wy napomkniecie coś niecoś o naszej
wielkości;
- a panu, Aleksandrze Grigorijewiczu [Łukaszenko - red.], damy dużo ropy i
gazu, tylko niech pan jeszcze przez kilka lat wodzi nas za nos bajeczką o
waszym historycznym zjednoczeniu z nami. Tak przyjemnie jest czuć, że
wstajemy z kolan i odradzamy Wielkie Mocarstwo;
- a panu, Nursułtanie Abiszewiczu [Nazarbajew, prezydent Kazachstanu - red.],
korzystny podział Morza Kaspijskiego i ostateczny układ graniczny, tylko na
miłość boską, niech pan co pół roku wychodzi z kolejną wielką inicjatywą
euroazjatycką.
Przywódcy państw poradzieckich doskonale rozumieli wszystkie kompleksy
rosyjskiej elity politycznej i jako doświadczeni psychoanalitycy umiejętnie
je eksploatowali. Ze szczególną maestrią czynił to Wielki Słowianin
Łukaszenko. Jak większość dyktatorów XX wieku ten słabo wykształcony człowiek
był urodzonym psychologiem. Przez wiele lat regularnie przyjeżdżał do Moskwy,
podpisywał kolejny papierek o ostatecznym i totalnym zjednoczeniu z Rosją,
rozbijał w Sali Granitowej [Kremla] kieliszek wódki i wyjeżdżał z następnymi
przywilejami ekonomicznymi wartości kilku miliardów dolarów, które pozwalały
mu podtrzymywać swoją niewydolną gospodarkę. Nigdy jednak nawet przez sekundę
nie myślał poważnie o tym, żeby zastąpić status dyktatora europejskiego
państwa średniej wielkości stanowiskiem sekretarza komitetu obwodowego Mińska
albo gubernatora.
Jego koledzy z państw poradzieckich nie byli takimi mistrzami stosunków z
Rosją, ale każdy z nich wyciągnął sporo korzyści, do czasu sprytnie
podtrzymując złudzenia Rosji w kwestii odbudowy "liberalnego" lub mniej
liberalnego imperium.
Moskwa miała nadzieję, tęsknie czekała i wierzyła wbrew podszeptom serca,
potem popadała w rozdrażnienie i histerię. Ileż radości przeżyła, kiedy w
Mołdawii doszedł do władzy rosyjski komunista Władimir Woronin! Wkrótce w
oczach Moskwy okazał się on "antyrosyjski". Jestem pewien, że podobnie byłoby
z Wiktorem Janukowyczem, gdyby mimo wszystko udało się go przeforsować na
stanowisko prezydenta Ukrainy. Moskwa nigdy nie doczeka pojawienia się na
terytorium WNP sił "prorosyjskich" w jej rozumieniu tego słowa. Szemrana i
pozbawiona talentów, zadufana w sobie i tchórzliwa rosyjska "elita"
polityczna nijak nie może zrozumieć, że w przestrzeni poradzieckiej nikt jej
nie potrzebuje w charakterze nauczyciela i ośrodka przyciągania.
Moment gorzkiego otrzeźwienia jest jednak bliski. Świadczy o tym na przykład
całkiem realistyczna ocena historycznej roli WNP, jakiej dokonał Władimir
Putin podczas wizyty w Armenii [Putin stwierdził, że zadaniem WNP było
jedynie przeprowadzenie rozpadu ZSRR w cywilizowany sposób - red.].
Inne ośrodki przyciągania są dziś o wiele atrakcyjniejsze dla naszych byłych
sąsiadów z "komunałki". Ukraina, Mołdawia, państwa Zakaukazia widzą swą
przyszłość w przestrzeni euroatlantyckiej. Chciałby do niej wskoczyć także
charyzmatyczny baćka, ale dobrze rozumie, że na niego w całej Wielkiej
Europie czekają jedynie w Hadze.
Azja Środkowa stopniowo staje się najbliższą zagranicą dla coraz
potężniejszych gospodarczo Chin.
Dziś, po dramatycznych wydarzeniach na Ukrainie, w Kirgizji i Mołdawii,
rosyjska klasa polityczna doświadcza najokrutniejszej klęski geopolitycznej,
jeszcze boleśniejszej niż w 1991 r. Wtedy TO wydawało się jeszcze tymczasowe.
Dziś widać, że TO stało się na zawsze. Słowa "najbliższa zagranica" straciły
swój obiecująco ambiwalentny sens.
"Najbliższa zagranica Chin" - oto nowe pojęcie, którego smak na razie z
wielką ostrożnością wypróbowuje rosyjska "elita" polityczna, zjednoczona
niezłomną nienawiścią do Zachodu. Namiętne pragnienie przynależności do
czegoś Wielkiego i Euroazjatyckiego może znaleźć nieoczekiwane, ale logiczne
zaspokojenie.
"Choć imię dzikie - panmongolizm!
Im jednak mile ucho pieści"
Tłum. Michał B. Jagiełło. Fragment wiersza „Panmongolizm” Włodzimierza
Sołowiowa w przekładzie Wiktora Woroszylskiego
* Andriej Piontkowski jest dyrektorem Moskiewskiego Centrum Studiów
Strategicznych