Słowacki przykład

09.06.05, 03:02
Sława!
Załatwione odmownie - Nieoczekiwana zmiana miejsc
Tygodnik "Wprost", Nr 1174 (05 czerwca 2005)
www.wprost.pl/ar/?O=77113

Polska nie przypomina gospodarczego tygrysa, ale wyliniałego kota dachowca

Jan Winiecki

Właśnie tak - "Trading Places" - był zatytułowany jeden z amerykańskich
filmów. Tymczasem zupełnie niepostrzeżenie nie w filmie, a w życiu, dokonała
się prawie nie zauważona zmiana miejsc między Polską a Słowacją. W
Meciarowskich czasach Słowacja była swego rodzaju pariasem Europy Środkowej,
podczas gdy nas nazywano gospodarczym tygrysem. Dzisiaj zmiana miejsc jest
już zakończona. My swoimi reformatorskimi inicjatywami przypominamy raczej
nieco już wyliniałego kota dachowca, podczas gdy Słowacja dzięki reformom
wolnorynkowym jest na ustach wszystkich. Wprawdzie panowie Chirac, Schroeder
et consortes ostro krytykują słowackie reformy, ale to jest w porządku.
Słowacy mogliby się wstydzić, gdyby wymienieni liderzy eurosklerotycznej
części naszego kontynentu chwalili Słowację za jej strategię gospodarczą.

Gdzie nam do Słowacji!
Podatek liniowy PIT, CIT i VAT wprowadzono na Słowacji dopiero od 2004 r. Już
po pierwszym roku jego funkcjonowania gospodarka słowacka jednak
przyspieszyła (zazwyczaj efektów oczekujemy po dwóch, trzech latach). Sam
wzrost gospodarczy był całkiem dobry, ale nie wyższy od polskiego: 5,5 proc.
wzrostu PKB na Słowacji i 5,4 proc. u nas. Ale jakie efekty w sferze, która
najbardziej się liczy, to znaczy w sferze zatrudnienia! W lutym 2005 r.
rejestrowane bezrobocie było tam mniejsze niż przed rokiem o prawie 70 tys.
osób. Ktoś mógłby powiedzieć, że to niewiele, bo w Polsce zmniejszyło się o
prawie 200 tys. osób. Tylko biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców i osób w
wieku produkcyjnym w Polsce, spadek ten musiałby być wyższy niż pół miliona,
aby można było go porównać z efektem osiągniętym u słowackich sąsiadów.
Nie ma ważniejszego wskaźnika rozwoju społecznego niż spadek bezrobocia i
wzrost zatrudnienia. W Polsce, według danych GUS, odsetek gospodarstw
domowych poniżej oficjalnego minimum socjalnego rośnie powoli od roku 1998.
Niespodzianka? Bynajmniej! Przecież przez sześć lat, właśnie od 1998 r. do
2003 r., równolegle spadało zatrudnienie w polskiej gospodarce. Wzrost
niezamożnych gospodarstw i spadek liczby zatrudnionych wykazują silną
negatywną korelację. Głównym źródłem dźwigania się gospodarstw są bowiem
dochody z pracy, a nie socjal: emerytury pomostowe, zasiłki, dopłaty
bezpośrednie i Bóg wie, co jeszcze. Im więcej pracy, tym mniej biednych.
Tego jednak nie potrafią, a częściej jeszcze nie chcą zrozumieć nasi
politycy. Do szybkiego wzrostu zatrudnienia potrzebny jest bowiem trwały
wysoki wzrost gospodarczy. A do wysokiego wzrostu PKB potrzeba niskich
podatków, małych wydatków publicznych, niewielu - ale sensownych - przepisów
oraz uczciwych urzędników. Jeśli politycy obniżą podatki, to skorzystają na
tym wszyscy. Jedni od razu, gdy zapłacą mniej niż poprzednio; inni później,
gdy gospodarka przyspieszy i będzie więcej dochodów, więcej oszczędności,
więcej inwestycji - i w efekcie więcej pracy.
O wiele łatwiej zdobyć wdzięczność jakiegoś konkretnego elektoratu -
kombinują nasze polityczne cwaniaczki za dychę. I dlatego uchwalają na
przykład przed ostatnim dzwonkiem dodatki emerytalne dla najbiedniejszych.
Albo robią tak jak były wicepremier Kołodko, który, głośno reklamując to
przed wyborami samorządowymi, obniżył akcyzę na wódkę. To też jest konkretny
elektorat! Tyle że mniej pewny. Radość tegoż elektoratu z powodu niższych
cen "wody ognistej" mogła bowiem utrudnić mu dotarcie do urn wyborczych...

W kraju byłego tygrysa
Na pierwszym roku ekonomii studenci poznają podstawowy cel przedsiębiorstwa -
jest nim maksymalizacja zysku w długim okresie. Ale podręczniki to tylko
teoria, a praktyka w kraju byłego tygrysa uczy czegoś zupełnie innego. Na
pytanie, kto najbardziej dba o wysokość zysku, odpowiedź brzmi - według
podręcznika - "właściciel przedsiębiorca" lub "menedżer reprezentujący
właściciela bądź właścicieli". I jest to w naszym kraju odpowiedź błędna! O
maksymalizację zysku - tyle że nie w długim okresie, a w danym roku -
najbardziej dba Ministerstwo Finansów! I to tak dba, że zalicza
przedsiębiorcy do zysków jego firmy to, co zyskiem nie jest.
Na niedawnej konferencji w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN pewien znany
warszawski przedsiębiorca przedstawił diagram, na którym widniały dwie
krzywe. Pierwsza odzwierciedlała wyrażoną w procentach oficjalną stopę
podatku CIT w latach 1997-2004. I ta krzywa szła cały czas w dół, czyli
podatki (formalnie!) malały. Druga krzywa pokazywała w procentach efektywną
stopę CIT, to znaczy, jaki procent zysku ów przedsiębiorca płacił
rzeczywiście. I ta krzywa szła w większej części w górę!
Skąd ta rozbieżność między regulacjami a realiami? Właśnie z maksymalizacji
zysku przedsiębiorcy, realizowanej przez Ministerstwo Finansów. Otóż stawki
podatkowe to jedno, a to, co Jego Pazerność minister finansów określa jako
zysk, to drugie. Rok po roku przybywa nam wydatków, których Ministerstwo
Finansów nie zalicza do kategorii kosztów. Jeśli nie zaliczyć jakichś
rzeczywistych wydatków do kosztów, to fikcyjny - bo przecież nie
rzeczywisty! - zysk wzrośnie. I od tego fikcyjnego zysku fiskus każe
przedsiębiorcy płacić podatki. Im więcej pozycji rzeczywiście poniesionych
kosztów nie zaliczy do kosztów, tym większy fikcyjny zysk, od którego
przedsiębiorca płaci bynajmniej nie fikcyjny podatek. Proste jak konstrukcja
cepa!
Na szczeblu wielkiej polityki obserwujemy więc rozmaite "kroki w dobrym
kierunku", takie jak obniżka CIT do 19 proc. Na szczeblu fiskalnej praktyki
Ministerstwo Finansów przepycha jednak z roku na rok kolejne poprawki do
ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Najnowsza lista tego, czego nie
uważa się za koszty uzyskania przychodów, liczy już w art. 16 ustawy aż 64
pozycje plus inaczej numerowane (a, b, c) pozycje dodatkowe. W tych
warunkach, dorzucając nowe wynalazki tego rodzaju, Ministerstwo Finansów
zwiększa dochody budżetu, mimo formalnie malejącej stawki podatku CIT.
Przedsiębiorcę można jednak w ten sposób "doić" bezkarnie do czasu, bo
sztuczki regulacyjne wraz z innymi uciążliwościami wychodzą po pewnym czasie
bokiem.
Nie jest przypadkiem, że z ankiety przeprowadzonej w 2003 r. na zlecenie
ówczesnej Państwowej Agencji Inwestycji Zagranicznych wynikało, iż prawie 90
proc. zagranicznych przedsiębiorców w naszym kraju było niezadowolonych z
wysokości podatków, a prawie 80 proc. z postępowania urzędów skarbowych w
sprawach podatkowych. I traci się inwestorów; najpierw zagranicznych, a potem
także własnych.

Słowacka linia
Wracajmy do naszych sąsiadów, którzy zamienili się z nami miejscami nie tylko
w sprawach podatkowych. Również pod względem skali i zakresu regulacji w
gospodarce Słowacja obecnie jest o wiele bardziej liberalna. Jeszcze w 1998
r. Słowacja nie była nawet brana pod uwagę w analizach państw OECD, ponieważ
nie była nawet członkiem tej organizacji. Polska zaś już wtedy zajmowała mało
zaszczytne ostatnie miejsce pod względem przeregulowania rynków towarowych
wśród krajów członkowskich.
W niedawnym raporcie Polska zajmowała nadal ostatnie miejsce, tyle że
zwiększył się dystans do wyprzedzających ją krajów. Z kolei Słowacja była
najlepsza z krajów postkomunistycznych. To nie wszystko! Słowacja znalazła
się bowiem na czele grupy krajów o zbliżonym do średniego poziomie regulacji,
wyprzedzając m.in. Szwecję, Japonię, Finlandię, Holandię, także kraje
eurosklerotycznego centrum: Niemcy, Austrię, Belgię, Francję i inne. I nasi
politycy dziwią się, że inwestorzy wolą Słowację, mimo kolejnych "kroków w
dobrym kierunku"...


Pozdrawiam i zapraszam na:
<a href="htt
Pełna wersja