witomir
09.06.05, 10:48
Co czwarty poważny duński hodowca trzody chlewnej chce przenieść produkcję do
Europy Środkowo-Wschodniej. Wskazują na to wyniki sondażu przeprowadzonego
przez Duńskie Centrum Doradztwa Rolniczego (Dansk Landbrugsraadgivning) w
Skejby, podaje duński dziennik „Berlingske Tidende”.
„Zapytaliśmy większych hodowców trzody chlewnej czy w ciągu najbliższych 3-5
lat rozważają możliwość albo przeniesienia albo zainwestowania w produkcję
świń za granicą. 25%, a więc co czwarty producent odpowiedział, że nosi się z
takim zamiarem” – mówi Gustav Bock z Duńskigo Centrum Doradztwa Rolniczego.
Warto dodać, iż badanie nie obejmowało tych hodowców, którzy albo już
przenieśli albo są w trakcie przenoszenia produkcji poza granice kraju – jak
np. 60 producentów i akcjonariuszy, którzy utworzyli w Polsce spółkę Polen
Invest, która dzisiaj w podległym jej Poldanorze produkuje powyżej 400.000
tuczników rocznie w ok. 25 należących do Duńczyków fermach.
Jak wynika z wstępnych szacunków za 10 lat roczna produkcja w duńskich
spółkach w tym regionie Europy będzie wynosiła 20-25 mln świń, a więc tyle
samo ile na dzień dzisiejszy wynosi roczna produkcja w samej Danii. Scenariusz
przewidujący produkcję rzędu 50 mln tuczników na duńskich fermach ulokowanych
zarówno w Danii jak i w Europie Środkowo-Wschodniej wydaje się być całkiem
realny. To produkcja równa niemal połowie obecnej produkcji trzody chlewnej
jaką odnotowuje się na fermach w USA.
Wyścig
Duńscy inwestorzy dosłownie przypuszczają szturm na Europę Środkowo-Wschodnią.
Jak do tej pory, ok. 300 hodowców zainwestowało w 60 ferm tuczu trzody
chlewnej w takich krajach jak Słowacja, Polska, Łotwa, Litwa oraz na terenach
byłej DDR. Z nieco mniejszym rozmachem zainwestowali w fermy na Ukrainie, w
Rosji i na Węgrzech. Do kolekcji należałoby jeszcze dodać obecnie tworzoną w
obwodzie kaliningradzkim norwesko-duńską spółkę Russia Baltic Pork Invest.
Jak szacuje Gustav Bock, obecnie dodatkowo 150-200 duńskich producentów trzody
chlewnej angażuje się w produkcję poza granicami kraju – albo inwestując w
nowe, duże fermy, albo startując jako samodzielni przedsiębiorcy. Toczy się
wśród nich swoisty wyścig o opanowanie podstawowych jednostek w strukturze
rolnej nowych krajów, a więc przejmowanie dużych, starych państwowych
gospodarstw rolnych, które obecnie są zrujnowane i można je tanio nabyć. Mają
one stanowić bazę, swoisty punkt wyjścia dla uruchomienia nowoczesnej
produkcji i dalszej ekspansji na rynek przetwórstwa mięsnego.
Należy dodać, że uczestnikami tego wyścigu nie są tylko duńscy producenci
trzody chlewnej, ale także hodowcy z innych państw zachodnio-europejskich jak
i gigantyczne koncerny w branży mięsnej. W Polsce np. o zagarnięcie jak
największych udziałów na rynku mięsa amerykański koncern Smithfield Food
konkuruje z dwoma duńskimi gigantami: Poldanorem i Danish Crown.
Ciężkie życie w Danii
Duńscy producenci trzody chlewnej uciekają ze swojego kraju, ponieważ nie mają
tu łatwego życia. Dania jest jednym z tych państw europejskich, w którym
odnotowuje się największą koncentrację zwierząt hodowlanych, co jest
równoznaczne z ograniczonymi możliwościami zwiększenia produkcji i dochodów.
Do tego dochodzą restrykcyjne przepisy z dziedziny ochrony środowiska
naturalnego i prawa rolnego, surowe wymogi władz administracyjnych, ciągłe
utarczki z mieszkańcami przylegających do ferm terenów oraz politykami, a
także niezadowolenie z cen skupu żywca wieprzowego oferowanego przez
spółdzielnię Danish Crown .
Dlatego Polskę jak i inne państwa Europy Środkowo-Wschodniej postrzegają jako
swoiste eldorado. Tania ziemia, tania siła robocza, łagodne przepisy ochrony
środowiska naturalnego, a w przypadku tych bardziej restrykcyjnych brak ich
egzekucji wynikający z opieszałości organów kontrolno-inspekcyjnych to
argumenty przemawiające do duńskich inwestorów.
„Jest rzeczą oczywistą, że znajdą się wśród nich tacy producenci, którzy będą
chcieli wykorzystać miękkie przepisy prawne jak i niedostateczną kontrolę
odpowiednich organów. Hodowcy, którzy dopuszczają do powstawania dużych
rozlewisk gnojowicy albo tacy, którzy wyrzucają martwe warchlaki bezpośrednio
do lagun z gnojowicą jak zostało to już opisane w naszej prasie” - mówi Gustav
Bock.
Ale o rozwiązanie tych spraw będą musiały już zadbać miejscowe władze.
Anna Zalas Linkowska