ignorant11
08.07.05, 15:31
Sława!
Renta spóźnialskiego Chińczyka
Tygodnik "Wprost", Nr 1179 (10 lipca 2005)
www.wprost.pl/ar/?O=78253
Witold M. Orłowski
Szef zespołu doradców ekonomicznych prezydenta RP
Do Polski nadeszła fala powszechnego strachu przed konkurencją Chin. Nie
jesteśmy pod tym względem osamotnieni. Państwo Środka ma nadwyżkę handlową ze
światem sięgającą 60 mld USD, a jego eksport przekracza już 300 mld USD.
Właśnie w tej chwili Chiny dystansują pod tym względem kolejne wielkie
gospodarki - Wielką Brytanię i Francję - stając się czwartym po USA,
Niemczech i Japonii eksporterem świata. Chińskie towary zaczynają królować na
dolnych półkach hipermarketów, bijąc wszystkich konkurentów niezwykle niską
ceną. Nic dziwnego, skoro koszty pracy są tam kilkadziesiąt razy mniejsze niż
w Europie i USA (w uboższych rejonach Chin godzina pracy kosztuje nawet 25
centów, czyli 80 gr, a są miejsca, gdzie ludzie byliby skłonni pracować
jeszcze taniej). Niezwykle niskie koszty pracy nakładają się na tradycyjną
chińską dokładność i pracowitość, czyniąc z Państwa Środka postrach dla
konkurentów.
Jednocześnie z rosnącą aktywnością chińskich eksporterów rośnie cała chińska
gospodarka. Kraj nadal jest bardzo ubogi, a PKB na mieszkańca wynosi około
tysiąca dolarów. Jego tempo wzrostu jednak oszałamia. W minionym
dziesięcioleciu średnioroczna stopa wzrostu PKB wynosiła prawie 8 proc.,
ostatnio oscyluje wokół 10 proc. Wielkie chińskie metropolie - Szanghaj,
Pekin czy odzyskany Hongkong - przyprawiają o zawrót głowy lśniącymi
wieżowcami wyrastającymi w niebywałym tempie, ogromnymi pracami
infrastrukturalnymi i zwiększającym się niemal z dnia na dzień ruchem
samochodowym. Jeśli ktoś był tam kilkanaście lat temu i ma w pamięci ruch
zdominowany przez rowery, bardzo by się zdziwił, patrząc dziś na chińską
ulicę. Podobnie mógłby się zdziwić, patrząc na wielkie ulice handlowe, gdzie
coraz liczniejsza chińska klasa średnia kupuje luksusowe towary z Europy i
USA. Kiedy kraje kontynentu europejskiego znajdują się w gospodarczej
stagnacji, zamieszkałe przez 1,3 mld ludzi Chiny stają się powoli nie tylko
jednym z największych wytwórców, ale także jednym z największych rynków
świata.
Cyrk Denga
Dlaczego jest możliwe tak niesłychane przyspieszenie rozwoju gospodarczego
kraju, który 100 lat temu był symbolem największej na świecie nędzy i
ekonomicznego zacofania, w pierwszych dziesięcioleciach ubiegłego wieku
przeżył okres chaosu i rozpadu władzy państwowej, a potem stał się ofiarą
serii pustoszących i długotrwałych wojen (kosztowały one kraj około 30 mln
ofiar, z których mniej więcej połowa zmarła z głodu)? Po wojnie przez
kilkadziesiąt lat Chiny znalazły się pod władzą komunistów. Zniszczono
wszelkie pozostałości rynku i wolnej gospodarki, zamiast tego usiłując
dokonać "wielkiego skoku", który miał w ciągu kilku lat uczynić z
komunistycznego molocha gospodarczego giganta. Pomysły polegające m.in. na
wytwarzaniu przez wszystkich Chińczyków stali w prymitywnych dymarkach
okazały się propagandowym sukcesem i ekonomicznym absurdem. Podobnie jak
wielkie polowania na wróble (które za namową imperialistów zajmowały się
niszczeniem plonów), pełne upaństwowienie przemysłu i poddanie rolnictwa
całkowitej kontroli państwa. Zamiast oczekiwanego komunistycznego dobrobytu
rzeczywistością kraju stała się urozmaicona jedynie czerwonymi flagami
szarzyzna, nędza i głód.
Gospodarka chińska ruszyła z miejsca dopiero w latach 80. Na czele państwa i
rządzącej partii komunistycznej stanął Deng Xiaoping, jedna z wielkich
postaci XX wieku. Nie wiadomo, co należałoby u niego najbardziej podziwiać.
Może zręczność polityczną, dzięki której potomek ziemiańskiej rodziny stał
się w latach 50. wicepremierem komunistycznego rządu, a potem u boku Mao -
sekretarzem generalnym i głównym ideologiem partii? Ta sama zręczność
pozwoliła mu ujść z życiem w czasie nagonki w okresie "rewolucji kulturalnej"
(po prześladowaniach pozostało mu jedynie kalectwo), a następnie ponownie
przejąć władzę w końcu lat 70. Największe znaczenie ma jednak to, czego
dokonał później. Dzięki finezyjnym pałacowym intrygom i kompromisom zdołał
wprowadzić kraj na drogę dogłębnych reform ekonomicznych. Jak treser
spacerujący po klatce, w której żyją wygłodzone tygrysy, Deng dokonał
prawdziwie cyrkowej sztuki. Z jednej strony utrzymał kontrolę nad partią i
rządem, jednocześnie radykalnie liberalizując gospodarkę i otwierając pole
dla rozwoju wolnego rynku i prywatnej przedsiębiorczości. Z drugiej strony
wskazał społeczeństwu drogę do wolności ekonomicznej, w niczym nie naruszając
podstaw opresyjnego reżimu politycznego. W rezultacie w Chinach zdarzył się
cud: partia komunistyczna, zachowując swój monopol władzy, zezwoliła na
powstanie liberalnej gospodarki wolnorynkowej, zdolnej do błyskawicznego
rozwoju, przyjmowania corocznie dziesiątków miliardów zagranicznych
inwestycji i konkurencji w skali globalnej.
Głód sukcesu
Aby zrozumieć, dlaczego możliwy jest aż tak szybki rozwój Chin, należy zdać
sobie sprawę ze zjawiska, które ekonomiści nazywają czasem rentą
spóźnialskiego. W największym uproszczeniu chodzi o to, że kraj, który z
powodów historycznych jest poważnie zapóźniony w stosunku do swoich rywali, a
jednocześnie wchodzi na drogę gruntownych reform otwierających możliwość
rozwoju i pełnego wykorzystania własnego potencjału, ma w wielu dziedzinach
szansę pójść drogą na skróty. Jego naukowcy nie muszą wymyślać nowych maszyn
i technologii, bo zostały już one wymyślone przez innych - wystarczy je więc
importować. Jego pracownicy chcą się wyrwać z nędzy, są więc gotowi do
cięższej pracy niż u rozleniwionych powodzeniem rywali, akceptują znacznie
niższe płace, dłuższy czas pracy i mniejsze zabezpieczenia socjalne. Jego
przedsiębiorcy liczą tylko na własne siły, są głodni sukcesu i ekspansywni.
Jego rynek nie jest przeregulowany, jak to zazwyczaj bywa skutkiem nacisku
różnych grup interesów w tych krajach, które od dziesięcioleci żyją w
komforcie gospodarczego sukcesu. Słowem, społeczeństwo takiego kraju może
zaakceptować zasady najbardziej dzikiego, bezwzględnego kapitalizmu, nie do
pomyślenia w gospodarkach bardziej zamożnych i ustabilizowanych - a
jednocześnie w pełni wykorzystać szanse rozwojowe, jakie daje nieskrępowane
działanie rynku.
Gigant się budzi
Mimo wspaniałych osiągnięć ostatnich lat chińska droga do nowoczesności i
dobrobytu jest jeszcze bardzo daleka i skomplikowana. Ekonomiści
zafascynowani znakomitymi wynikami wzrostu PKB zapominają często o tym, że
dalekowschodnie mocarstwo ma swoje ogromne nie rozwiązane problemy. Turysta
podziwiający lśniące szanghajskie drapacze chmur nie wie o tym, że są to w
większości siedziby wielkich przedsiębiorstw państwowych, a nie dynamicznie
zwiększających eksport firm prywatnych. Sektor przedsiębiorstw państwowych,
niewydolnych i przynoszących często straty, jest ogromnym obciążeniem dla
całej gospodarki. Jednocześnie problemu tego nie daje się rozwiązać bez
jeszcze bardziej gruntownego zerwania z partyjną ideologią, co najwyraźniej
nie jest wcale takie łatwe. Drugim problemem jest to, że podziwiając
wspaniałe osiągnięcia Chin, podziwiamy to, co udało się osiągnąć dwustu
kilkudziesięciu milionom ludzi mieszkających w pobliżu wielkich metropolii
i "specjalnych stref ekonomicznych". Poza nimi Chiny zamieszkuje jednak
jeszcze ponad miliard ludzi ubogich, tylko w minimalnym stopniu odczuwających
postęp i sukces, w którym pławi się mniejszość. No i wreszcie po trzecie,
wiele wskaźników sugeruje, że dotychczasowy trend rozwojowy może być trudny
do utrzymania w dłuższym okresie. Gospodarka chińska przegrzewa się, czego
głównym skutkiem jest dostrzegany przez całą resztę świata wzrost cen
surowców. Tak żarłocznego rozwoju, wymagają