Polacy na rumuńskiej Bukowine

09.07.05, 03:46

Sława!

Witam!
wiadomosci.onet.pl/1234567,2678,kioskart.html
Polacy na rumuńskiej Bukowine
Bukowina zasiedlona została przez naszych rodaków w XVIII w.
Według oficjalnych statystyk w Rumunii żyje dziś trochę ponad sześć tysięcy
naszych rodaków.
Najwięcej jest ich na Bukowinie, w północno-wschodniej części kraju, przy
granicy z Ukrainą. Są też rodacy mieszkający w innych regionach Rumunii – np.
w Bukareszcie, Konstancji, Jassach.

Historia stosunków polsko-rumuńskich sięgają XIV i XV wieku. Dzisiejsza
Bukowina stanowiąca część wielkiej Mołdawii zasiedlona została przez naszych
rodaków dopiero w końcu XVIII wieku. Pierwszą miejscowość Kaczyka, rumuńskie
Cacica, założyli w roku 1791 górnicy soli z Bochni i Wieliczki, którzy na
Bukowinie znaleźli nowe miejsca pracy w swoim zawodzie. W następnych latach,
w okresie od 1835 do 1842 roku, przybyła tam kolejna, znacznie liczniejsza
grupa naszych rodaków. Byli to górale czadeccy z pogranicza polsko-
słowackiego, którzy założyli kolejne polskie wsie: Pleszę, Nowy Sołaniec oraz
Pojanę Mikuli. Ostatnia grupa rodaków przybyła na Bukowinę w końcu XIX wieku.
Wśród niej, najliczniejszą grupą byli rolnicy z rzeszowskiego, z okolic
Robczyc i Kolbuszowej. Osiedli osiem km od Suczawy, we wsi Bulaj.

Po wybuchu II wojny światowej, od września 1939 roku, na terenie Rumunii
przebywali, liczni polscy emigranci polityczni uciekający przed Niemcami i
Sowietami a także uchodźcy wojskowi i cywilni. Przyjmuje się, że przez
Rumunię przeszło wówczas ponad sto tysięcy polskich uciekinierów. Wielu z
nich zatrzymało się w Domu Polskim w Suczawie. Był wśród nich nawet gen.
Józef Haller.

Pierwsza organizacja polonijna w Rumunii powstała w Suczawie w roku 1903.
Była to początkowo filia Towarzystwa Bratniej Pomocy i Czytelnia Polska z
Czerniowiec. Dzisiejszy Związek Polaków w Rumunii zrzesza 16 autonomicznych
stowarzyszeń, z których aż 12 działa na terenie Bukowiny. Głównym celem ich
działalności jest troska o zachowanie tożsamości narodowej i nauka języka
polskiego.

W terenie, w odległych i zagubionych w lasach wioskach, dzieci od urodzenia
mówią po polsku. Rumuńskiego uczą się dopiero w przedszkolu. Jednak ich
polski nie jest do końca taki jak dzieci mieszkających w kraju. Te z Rumunii
mówią bowiem gwarą regionu czadeckiego, której już nawet w samym Czadcu dawno
nie znają.

Związek Polaków poświęca też wiele uwagi sprawom promocji polskiej kultury.
Corocznie, we wrześniu, organizuje tzw. Dni Kultury Polskiej. Tradycyjnie
jest to największa impreza trwająca dwa, trzy dni.

Kaczyka

To najbardziej wymieszana dziś etnicznie i kulturowo osada, w której nadal
mieszkają Polacy. Żyje w niej około 300 rodzin, w których przynajmniej jedna
strona jest pochodzenia polskiego. Wielu też Polaków i Ukraińców
skoligaconych jest tam z Niemcami. Kaczyka, o której mówi się, że
jest „Bukowiną w pigułce” nazywana jest także Kaczycą oraz po rumuńsku
Cacica. W całej Rumunii slynie z kopalni soli oraz katolickiego sanktuarium
maryjnego.

Dawniej w pobliżu bijącego w niej słonego źródła stało jedynie kilka nędznych
chałupek, a okolica była prawie bezludna i porosła gęstym lasem. Na
pobliskich zaś bagnach gnieździły się dzikie kaczki i skąd najprawdopodobniej
wzięła się jej dzisiejsza nazwa.

Rozwój wsi rozpoczął się w roku 1792, kiedy to rząd austro-węgierski
sprowadził tam z Wieliczki i Bochni 20 rodzin górników. Dziś Kaczyka jest
osadą rolniczo-hodowlaną. Niewielka część jej mieszkańców pracuje także w
nowej kopalni soli.

Pierwszą osobą, którą spotkałem w osadzie była pani Leokadia Dziubińska,
emerytowana dziś nauczycielka.

- Moi rodzice przybyli tu z Galicji, z okolic Wieliczki – opowiadała mi w
swoim ogrodzie. - Ja jestem z domu Grudnicka. Moja mama, z domu Markiewicz,
była Niemką. Jestem więc pół Polką i pół Niemką. Męża mam zaś Ukraińca, z
którym rozmawiam po rumuńsku. Mój ojciec był z zawodu górnikiem soli. W
tutejszej kopalni pracował także jeden z moich braci, a jego syn był w niej
dyrektorem. Mimo, że moja rodzina tylko w połowie jest polska, nadal
pielęgnujemy stare polskie zwyczaje. Szczególnie te związane ze świętami
wielkanocnymi oraz bożonarodzeniowymi. Zawsze np. starannie przygotowujemy
się do wigilii nazywanej tu „świętym wieczorem”. Na uroczystą wigilijną
kolację gotujemy obowiązkowo 12 potraw, wśród których nie może zabraknąć
barszczu z uszkami, pszenicy, ryb, pierogów z powidłami, ciasta z orzechami i
kompotu. Na Wielkanoc pieczemy natomiast, w specjalnie przygotowanych, dużych
glinianych formach, wielkie baby i serniki – nazywane tu paschą.

Naszą rozmowę o polskich zwyczajach przerwała pani Krystyna Cehaniuk, prezes
kaczyckiego Stowarzyszenia „Dom Polski”, która od sąsiadów dowiedziała się o
naszym przyjeździe.

- Do naszego Stowarzyszenia – wtrąciła się pani Krystyna - powstałego w roku
1990, należy dziś około 200 osób. Wcześniej komuniści nie pozwalali nam na
założenie jakiejkolwiek organizacji etnicznej. Chcieli mieć wszystko pod
kontrolą. Najbardziej jednak prześladowali nauczycieli, inwigilując nas
nieustannie, szczególnie treść prowadzonych lekcji. Dziś jednak rozmawiamy tu
po polsku, tak jak nauczyli nas tego rodzice, i możemy już mówić, że jesteśmy
Polakami, choć wiele naszych rodzin jest tu bardzo etnicznie pomieszanych.
Moja np. matka jest Polką, a tata Ukraińcem. Tam gdzie matka jest Polką, tam
też zazwyczaj i dzieci rozmawiają po polsku, zachowując dawna tradycję. Tam
zaś gdzie tylko ojciec jest Polakiem, a matka Rumunką, rozmawia się już po
rumuńsku.

Większość bowiem dzieci na Bukowinie rozmawia po polsku dzięki swoim
rodzicom. Od roku 1990 mogą się też uczyć języka ojczystego w tutejszej
szkole. Jest tu też specjalna, około 75 osobowa, grupa dzieci uczących się
polskiego jako języka ojczystego. Polskiego uczono w Kaczyka również przed II
wojną światową. Po roku 1945 funkcjonowała tu przez kilka lat sekcja języka
polskiego dla uczniów o polskim pochodzeniu dla klas I – IV. Tak było do roku
1969. Potem nastąpiła długa przerwa.

- W Kaczyka mamy też Dom Polski. Wszystko, co robią tu Polacy, dzieje się
właśnie tam: nauka śpiewu, tańca, dyskoteki. Mamy też własny zespół
taneczny „Duet”, który popularyzuje tańce ludowe i współczesne. Jeździmy też
na warsztatach tanecznych do Polski. Byliśmy w Koninie, gdzie
zaprzyjaźniliśmy się z tamtejszym zespołem o tej samej nazwie. Od nich też
otrzymaliśmy stroje. Dziś nas na wyjazd do kraju nas nie stać. Koszty
przejazdu są dla nas zbyt wysokie, choć zapraszający gwarantują nocleg i
wyżywienie – ciągnie pani Krystyna.

123


Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
    • ignorant11 Re: Polacy na rumuńskiej Bukowine 2 09.07.05, 03:47
      Kobieta zdradza również, że jej marzeniem jest dalsza rozbudowa Domu Polskiego.

      - Chcemy poszerzyć kuchnię, tak aby przy większej ilości gości można było dla
      wszystkich przygotować coś ciepłego – zamyśla się.

      To jednak proste nie jest, bo w prowadzeniu i utrzymaniu Domu Polskiego
      pomagają jedynie rodzice siedmiu studentów uczących się w Polsce oraz jej mąż i
      synowie.

      Ale Kaczyka słynie jeszcze z innego powodu. Znajduje się tu znane sanktuarium
      maryjne Bukowiny. Czczona jest w nim łaskami słynąca kopia obrazu Matki Boskiej
      Częstochowskiej. Pierwszym duszpasterzem, który w roku 1799 osiadł na stałe w
      Kaczyka był ks. Jakub Bogdanowicz. To dzięki niemu, jak podają kroniki
      parafialne, wzniesiono tam w roku 1810 pierwszy kościół pod wezwaniem
      Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej. On też był pomysłodawcą sprowadzenia do
      Kaczyka, z pojezuickiego kościoła w Stanisławowie, obrazu Matki Boskiej
      Częstochowskiej.

      Później parafię w Kaczyka erygował metropolita lwowski ks. abp Franciszek de
      Paula Pischtek w roku 1844. Mieszkało w niej wówczas 1356 katolików, 5490
      grekokatolików, 88 Żydów i 29 ewangelików. Od roku 1902 w Kaczyka pracę
      duszpasterską rozpoczęli misjonarze. Parafia była tam zawsze bardzo
      narodowościowo zróżnicowana. Obok Rumunów mieszkali w niej także Niemcy,
      Polacy, Słowacy, Ukraińcy i Węgrzy.

      Obecny kościół, będący od kilku lat bazyliką mniejszą, zbudowano według
      projektu lwowskiego architekta prof. Talkowskiego w roku 1904. Od tego też
      czasu kaczycka świątynia i łaskami słynący obraz Matki Boskiej Częstochowskiej
      jest celem licznych pielgrzymek, które ściągają tam z całej Bukowiny.

      Po II wojnie światowej i latach reżimu komunistycznego pozycja kaczyckiego
      sanktuarium mocno podupadła. Dopiero ostatnie dziesięciolecia przyniosły wiele
      zmian na lepsze. Ich zapowiedzią były pierwsze uroczystości odpustowe w wolnej
      już Rumunii w roku 1990, w których udział wzięło blisko 20 tysięcy pielgrzymów.
      Obecnie na sierpniowy odpust do Kaczyka przybywa kilkadziesiąt tysięcy
      pielgrzymów z Bukowiny oraz innych części Rumunii, a także coraz częściej z
      Polski. Kaczyckie sanktuarium ponownie odradza się i promieniuje swoja
      duchowością na naszych rodaków na Bukowinie, także po stronie ukraińskiej.

      Pojana Mikuli

      Jest jedną z czterech największych polskich wsi na Bukowinie zamieszkałą
      oficjalnie przez około 450 naszych rodaków przybyłych tam w latach 1834-1842 z
      Tereblesztów i Starej Huty Krasnej w północnej Bukowinie. Do roku 1939 wieś
      zamieszkiwana była także przez Niemców. Polacy zajmowali dolną, a Niemcy górną
      część wioski. Nieformalną granicą pomiędzy obu grupami etnicznymi był kościół
      katolicki wzniesiony w końcu XIX wieku polskimi i niemieckim rękoma. Tak było
      do czasu, kiedy wszyscy Niemcy opuścili Pojanę Mikuli, a na ich miejsce zjawili
      się tam Rumuni.

      Najgorsze chwile Pojana Mikuli przeżyła w końcowej fazie II wojny światowej.
      Wieś została wówczas spacyfikowana i spalona przez Niemców. Jej dawni
      mieszkańcy wrócili tam dopiero po zakończeniu działań wojennych. Wielu też
      Polaków z Pojany Mikuli, w latach 1946-1947, wróciło do Polski oraz
      Czechosłowacji. Pierwsze swoje kroki w Pojanie Mikuli skierowałem do proboszcza
      parafii katolickiej ks. Kazimierza Kotylewicza.

      - Mszę świętą, wyłącznie po polsku, odprawiam dwa razy dziennie – opowiadał. -
      Rano o siódmej dla starszych, a wieczorem o dziewiętnastej dla młodych. Nasi
      parafianie zachowali język polski wyłącznie dzięki kościołowi. Tu zawsze
      wszystkie nabożeństwa odprawiane były w naszym języku ojczystym. Kiedy
      zabraknie polskiego duszpasterza i kiedy ludzie zaczną się modlić po rumuńsku
      wtedy proces asymilacji przebiegnie zdecydowanie szybko.

      Ksiądz Kotylewicz mieszka i pracuje w Pojana Mikuli już 45 lat. Urodził się w
      1920 roku w Kiszyniowie na Mołdawii. Wcześniej duszpasterzował w Kaczycy i
      Serecie. Jego zdaniem w Pojanie Mikuli mieszka dziś jeszcze 600-700 Polaków.
      Wspomina też, że w wiosce obowiązuje nieformalny podział na część katolicką –
      czyli polską i prawosławną – rumuńską

      - Prawie wszyscy ludzie chodzą tu dziś do kościoła. Rocznie udzielam tu około
      pięciu ślubów i dziesięciu chrztów. Nasi katolicy mają wyłącznie polskie
      imiona. Także i obecnie, przy chrzcie, nadają swoim dzieciom tylko takie –
      opowiada.

      Wspomina też, że w czasie reżimu komunistycznego wszyscy byli tu inwigilowani.
      Służba bezpieczeństwa wielokrotnie wzywała księży na przesłuchanie po
      niedzielnych kazaniach.
    • ignorant11 Re: Polacy na rumuńskiej Bukowine 3 09.07.05, 03:48
      Chcieli mieć kontrolę nad wszystkim. Prawdą jest jednak fakt, że za komuny
      wszyscy ludzie mieli jakąś pracę i zarabiali pieniądze. Brakowało jedynie
      czasem jakiegoś towaru w sklepach. Dziś sklepy są pełne, a ludzie nie mają
      pieniędzy. Wielu musi więc szukać pracy nieraz bardzo daleko, a nawet emigrować
      za chlebem – stwierdza kapłan

      Coraz częściej do Pojany Mikuli zaglądają też goście z Polski, bo brak
      jakiegokolwiek przemysłu gwarantuje turystom, ze zastaną tu zdrową wodę i
      czyste powietrze.

      Mieszkańcy tej typowo górskiej wioski zajmują się głównie hodowlą. Uprawiają
      ziemniaki, owies i jęczmień. Tradycyjnym zajęciem jest ponadto praca w lesie.
      Wieś otaczają liczne pastwiska i łąki.

      W miejscowej szkole, w której z ponad 120 dzieci, aż 86 jest pochodzenia
      polskiego, pracuje też Aniela Wołościuc. Uczy od ponad 20 lat.

      - Nauczanie języka polskiego sprawia wiele trudności. Mowa osiadłych na
      Bukowinie rodaków różni się znacznie od naszego języka literackiego. Na
      szczęście młodzi chcą się uczyć języka rodziców i dziadków - opowiada.

      Zajęcia w jednopiętrowej szkole odbywają się na dwie zmiany w pięciu klasach.
      Sale muszą więc pełnić także rolę pracowni: języka polskiego i rumuńskiego,
      matematyki, fizyki itd.

      - Większość podręczników, materiałów do nauki i sprzęt audiowizulany
      otrzymaliśmy od konsulatu RP w Bukareszcie. Dzięki zaś pomocy Związku Polaków w
      Rumunii nasze dzieci otrzymują corocznie prezenty z okazji świąt Bożego
      Narodzenia oraz wyjeżdżają na kolonie do kraju. Corocznie też reprezentują
      Pojanę Mikuli na organizowanych przez Dom Polski w Suczawie konkursach
      recytatorskich poświęconych poezji Marii Konopnickiej i Adama Mickiewicza.
      Często też występują na scenie prezentując ludowe piosenki i polski folklor
      mieszkańców wioski. Wielu też z nich należy do naszego zespołu ludowego „Mała
      Pojana” – wylicza pani Wołościuc.

      Nowy Sołoniec

      Każda zamieszkana przez Polaków wieś Bukowiny charakteryzuje się innym składem
      etnicznym. W Nowym Sołońcu, gdzie mieszka 220 polskich rodzin, nasi rodacy
      stanowią blisko 98 procent tamtejszej społeczności. Wielu z nich, w
      poszukiwaniu pracy, wyemigrowało do USA, Bośni i Słowenii. Ponad zaś pięciuset,
      w latach 1946-1947, wróciło do Polski i osiedliło się w okolicach Dzierżoniowa
      na Dolnym Śląsku, gdzie nadal kultywują swoje góralskie tradycje.

      - Nasza wieś założona została w roku 1834 – opowiadał mi prezes tamtejszego
      Stowarzyszenia „Dom Polski” Gerwazy Longier - obecnie także prezes Związku
      Polaków w Rumunii i poseł mniejszości polskiej do tamtejszego Parlamentu. –
      Pierwsi rodacy przyjechali tu z okolic Czadca, położonego na pograniczu polsko-
      slowackim, i osiedlili się nad rzeką Solaniec. Pierwsze lata nie były łatwe.
      Trzeba było karczować lasy i budować domy.

      W czasie II wojny światowej wiele gospodarstw zostało zaś spalonych. Dla
      mieszkańców, którzy musieli wszystko zaczynać od nowa, nie były to łatwe czasy.
      Ale szczęście nie dopisywało im także później. Gdy już podnieśli swoje domy ze
      zgliszczy, nastał komunizm i kolejny trudny okres. Dziś też nie jest łatwo.

      - Mieszkańcy Nowego Sołońca żyją bardzo biednie. Brakuje pracy, a ci którzy ją
      mają zarabiają niewiele. Dawniej w naszej kopalni soli pracowało kilkuset
      ludzi, dziś po restrukturyzacji zaledwie osiemdziesięciu. Pozostali ludzie żyją
      obecnie z pracy w lesie oraz na swoich niewielkich gospodarstwach. Hodują w
      nich głównie krowy i produkują mleko, masło, śmietanę. Jest już też kilka
      niewielkich warsztatów mebli, okien, drzwi i jeden tartak. Niektórym udało się
      też znaleźć pracę zagranicą - w Izraelu, Francji, Niemczech i Portugalii.
      Ludzie muszą jakoś sobie radzić sami – opowiada Gerwazy Longier.

      Wielu rodaków należy też do Stowarzyszenia „Dom Polski”, które powstało w roku
      1990 zaraz po obaleniu Ceausescu. Dziś organizacja może się pochwalić nawet
      dwoma własnymi budynkami: starym, w którym urządzane są przyjęcia oraz nowym,
      wybudowany dzięki pomocy Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”.

      - W nowym domu, otwartym w roku 1995, urządzona jest kuchnia, łazienki, pokoje
      gościnne, klub, sala ze sceną i biblioteka. Mamy tu też zespół
      folklorystyczny „Sołonczanka” liczący około 30 osób, znany i ceniony na całej
      Bukowinie – dodaje pan Gerwazy.

      Wśród mieszkańców Nowego Sołońca nie ma zbyt wiele inteligencji. Ten fakt na
      szczęście zaczyna się jednak zmieniać. Młodzi coraz częściej wyjeżdżają na
      studia do Polski i wracają, by podjąć pracę na miejscu, także jako nauczyciele.

      Jedną ze szkół, do których trafiają jest placówka w Nowym Sołońcu imienia
      Henryka Sienkiewicza, zbudowana w roku 1995. Pomysł nadania jej imienia
      polskiego pisarza zrodził się rok wcześniej, w Katowicach, podczas wizyty
      prezesa Związku Polaków w Rumunii dr Jana Piotra Babiasza.

      Dziś polska szkoła w Nowym Sołońcu posiada dwa murowane budynki, w których uczy
      się ponad sto dzieci oraz działa polskie przedszkole dla ponad pięćdziesięciu
      maluchów. W szkole pracuje pięć miejscowych nauczycielek Polek oraz kilku
      nauczycieli Rumunów. Językiem wykładowym w szkole jest rumuński.

      Języka polskiego nauczono w szkole w Nowym Sołońcu od roku 1964. Początkowo
      cztery razy w tygodniu dla uczniów klas I – IV, a od 1972 trzy-cztery godziny
      dla klas starszych V – VIII. Szkolny gabinet języka polskiego, obok
      standartowego wyposażenia w podręczniki wydane w Polsce i Rumunii, zaopatrzony
      jest w kolorowy telewizor, sprzęt video, komputer i kserokopiarkę.

      Dziś wioska ma charakter zabudowanej ulicówki z kościołem w centrum, do którego
      dojechać można nową drogą. Nowy Sołoniec posiada niepowtarzalny urok. Każdy,
      kto choć raz tam zawita, zechce odwiedzić go ponownie.
Pełna wersja