bolko_turan
09.07.05, 18:30
Dzieci gwarancją dostatku?
Nic tak nie pobudza gospodarki jak zdrowa i normalna rodzina
Tymczasem rząd i politycy odpowiedzialni za polską ekonomię robią wszystko,
by zniechęcić do posiadania dzieci.
Sebastian Musioł
wiadomosci.onet.pl/1237022,2677,kioskart.html
W Polsce pokutuje przekonanie, że to państwo lub – w innej wersji – podatnicy
dopłacają do cudzych dzieci. W oficjalnych statystykach pełno jest danych o
wydatkach budżetowych na dzieci. Tyle że nie sposób stwierdzić, które z
wydatków ponoszonych przez rząd rzeczywiście trafiają do dzieci, a które do
dorosłych. Co roku z kasy państwa i samorządów na różne wydatki związane z
wychowaniem, edukacją i pomocą dzieciom przeznacza się około 45 mld zł.
Dziecko jak Maybach
Pamiętajmy jednak, że dzieci kosztują przede wszystkim rodziców. Rodzice
przecież muszą (i chcą) swoje potomstwo wykarmić, ubrać, wyleczyć, gdy jest
chore, i na ogół również wykształcić. Sami płacą podatki, które nie
uwzględniają tego, ile osób trzeba utrzymać z pensji. Jeśli więc nie starcza
jednej pensji i podejmą pracę na drugim etacie, zapłacą po prostu większy
podatek. Coraz częściej bywa, że brakuje czasu dla malucha. A i tak
ostatecznie wypruwamy żyły dla… fiskusa.
Przed rokiem dziennik „Rzeczpospolita” wyliczył, że zaspokojenie wszystkich
potrzeb dziecka od urodzenia do ukończenia dwudziestego roku życia kosztuje
rodziców w sumie aż 510 tysięcy złotych. Tyle, co luksusowy Maybach! W wersji
oszczędnej – bez niani, prywatnego przedszkola, szkoły, języków, instrumentów
itd. – „zaledwie” 280 tysięcy. Minimalne potrzeby wychowawcze pochłoną i tak
160 tysięcy złotych.
Podobno Belgowie mawiają: „Jedno dziecko – jeden dom”.
Najpierw wypada więc przypomnieć kilka oczywistości. Po pierwsze, rodzice
poświęcają na wychowanie dzieci znaczną część swoich dochodów. Coraz częściej
spotyka się takich, którzy kilka lat oszczędzają, zanim będzie ich stać na
potomka. Po wtóre, obecność dzieci ma zasadniczy wpływ na niemal wszystkie
decyzje podejmowane przez gospodarstwo domowe. Pod kątem dzieci wybiera się
mieszkanie, kupuje takie a nie inne towary, ubezpieczenia, samochód, a nawet
wybiera pracę.
Podatek za potomstwo
Jako rodzina podatek płacimy, kupując jedzenie (to VAT, który wynosi 7 lub 22
procent), ubrania i zabawki (22 proc.), zużywając wodę, prąd, gaz (VAT, a do
tego akcyza). Jeśli rodzina ma samochód, to oddaje państwu jeszcze więcej.
Dodajmy do tego tak drobne szaleństwa jak kino z dziećmi, lody albo wycieczkę
do zoo, a ponadto basen, język obcy, zajęcia umuzykalniające, a okaże się, że
nic tak nie pobudza gospodarki jak zdrowa i normalna rodzina.
Podatki pośrednie (doliczane do cen towarów i usług) przynoszą budżetowi
państwa dwie trzecie dochodów. Obciążają one konsumpcję, więc dla rodzin tym
są dotkliwsze, im więcej się kupuje. A cztero-,pięcioosobowe gospodarstwo
domowe ma spore potrzeby. I to głównie wśród dóbr podstawowych, które
zasadniczo obciążone są 22-proc. stawką VAT.
Marzy mi się dziecko
– Ciągnę półtora etatu, od rodziny dostajemy dla małej częściej ubrania niż
zabawki – zwierza się uczestniczka internetowego forum dyskusyjnego
f.kafeteria.pl. Młodzi rodzice dzielą się tam swoimi codziennymi troskami i
osiągnięciami w utrzymaniu rodziny. Niełatwo przeżyć za 1600 zł z dwójką
dzieci w wieku szkolnym. – Żeby mieć kosmetyki dla siebie i męża zostałam
konsultantką Avonu. Z każdego sprzedanego towaru zostawiam sobie 5 proc. i
dzięki temu mam na swoje szampony, balsam, krem czy płyn do kąpieli.
Wyprzedałam książki ze studiów i inne, plus ubrania. Prasy nie kupujemy,
babskie pisma pożyczam od koleżanek, książkę kupuję raz w roku. Jesteśmy po
ślubie 3 lata, w kinie byliśmy raz! I raz na koncercie, bo dostaliśmy darmowe
bilety – opisuje swoje rodzinne „przygody” jedna z uczestniczek forum.
– Ubrania kupujemy zazwyczaj w szmateksach, dla młodego dostajemy po
starszych kuzynach, gdy mały wyrośnie, przekazujemy dalej – dodaje inna
bywalczyni f.kafeterii.pl. – Mamy tylko moją mamę, więc nie możemy liczyć na
niczyją pomoc materialną, ale już sama jej gotowość do bycia przy dziecku w
czasie choroby jest sporą pomocą i oszczędnością. W tym roku wyjechaliśmy
tylko na kilka dni – resztę urlopu spędziliśmy na działce ciotki. Z
niektórych rzeczy moglibyśmy zrezygnować: sport, letnie grille, jakieś
spotkanie ze znajomymi. Ale trzeba mieć przecież coś z życia. W dodatku marzy
mi się drugie dziecko. Tylko nie wiem, czy wytrzyma to nasz budżet domowy.
Bez dopłat
Błąd polega więc na tym, że budując system zależności społecznych,
określanych jako społeczeństwo socjalnego bezpieczeństwa, pominięto fakt, że
dzieci są w nim inwestycją gwarantującą w ogóle jego funkcjonowanie. I to
wcale nie dlatego, iż w niedalekiej przyszłości będą one pracować na starsze
pokolenie, ale ponieważ już teraz napędzają gospodarkę. Gdyby przyjąć sposób
myślenia wrogów dzieci, należałoby zapytać: nie chcecie dopłacać do dzieci?
OK, przestańcie więc domagać się, bym dopłacał do ZUS, KRUS, NFZ, na zasiłki
dla bezrobotnych, na nierentowne przedsiębiorstwa dotowane z budżetu, na
partie polityczne itd.
Niewielu ekonomistów myśli o rodzinie jak o gospodarstwie domowym (choć
wszyscy uczą się tego już na pierwszym roku studiów). W pewnym uproszczeniu
można powiedzieć, że gospodarstwo domowe jest podstawowym elementem
gospodarki narodowej. Członkowie rodziny dzielą się dochodami, wspólnie
dokonują wydatków. A ojciec i matka zarabiają także na kilka innych osób. Z
punktu widzenia budżetu państwa ma to niewielkie znaczenie. Chodzi przecież o
to, by skasować obywateli na jak największą sumkę.
Coraz częściej rodzinom nie starcza z jednej, a nawet dwóch pensji. Jedno z
rodziców bierze więc drugi etat. Powiększa dochód rodziny, ale płaci jeszcze
większy podatek. Wchodzi bowiem w wyższy próg podatkowy! Tak oto progresywny
system odbiera resztki nadziei wypruwającym żyły małżonkom.
Taki system dyskryminuje rodzinę podwójnie. Rodzice, którzy poświęcają coraz
więcej czasu i sił na pracę, mają go coraz mniej dla dzieci. Nieraz – z
powodu pracy – muszą zapewnić im opiekę niani albo w przedszkolu czy
świetlicy. To też kosztuje. A jeśli opiekunka do dziecka ma być zatrudniona
legalnie, nawet praca staje się luksusem, rodzajem filantropijnego
poświęcenia dla nienasyconej skarbówki.
Efekty? Wychowanie dzieci o wiele częściej jest równoznaczne z niskim
poziomem materialnym. Według ostatnich danych Głównego Urzędu Statystycznego,
ponad 50 proc. dzieci żyje i dorasta w ubóstwie. Nie dlatego, że rodzic
gorzej pracuje albo mniej zarabia. Przede wszystkim dlatego, że owoc jego
pracy w znacznie większym stopniu jest mu odbierany przez państwo.
Rok temu GUS alarmował, że z powodu biedy co trzecia rodzina musiała
ograniczyć wydatki na edukację dzieci. Oszczędza się nawet na obiadach. Od
1997 roku coraz mniej rodziców stać na płatne zajęcia dodatkowe. Fikcją są
również bezpłatne studia. Student potrzebuje co miesiąc około 800 złotych.
Kosztuje nie tylko akademik czy stancja, ale jedzenie, książki, bilety, karta
biblioteczna.
Konieczny luksus
Dochodzimy tu do smutnego wniosku, że polskie prawo podatkowe traktuje
dziecko jak luksusową konsumpcję. To zresztą nie dziwi, bo dla kolejnych
ministrów finansów obywatele są przede wszystkim podatnikami, których jedynym
zadaniem i sensem istnienia jest finansowanie coraz większych wydatków
budżetowych. Stąd coraz częstsze opóźnianie decyzji o dziecku. Skoro dla
fiskusa jest ono bowiem jedynie okazją do przyłożenia dodatkowym podatkiem,
racjonalniej jest trochę zaoszczędzić. Na czarną godzinę,