ignorant11
14.07.05, 23:30
Sława!
Polak odkrył planetę z trzema słońcami
Olbrzymia gazowa planeta (u góry z lewej), którą odkrył dr Maciej Konacki,
widziana z powierzchni jej skalistego księżyca. Obserwujemy jednoczesny
piękny zachód trzech gwiazd układu HD 188753, największe, żółte słońce, jest
już prawie pod horyzontem), dwa pozostałe - czerwone i pomarańczowożółte - są
jeszcze dobrze widoczne na niebie. Ilustrację wykonał autor odkrycia.
Maciej Konacki
ZOBACZ TAKŻE
• Komentuje Prof. Michał Różyczka z Centrum Astronomicznego im. Mikołaja
Kopernika w Warszawie (13-07-05, 18:27)
• Planeta dostrzeżona z Hawajów (13-07-05, 18:37)
Nowa planeta
Piotr Cieśliński 13-07-2005, ostatnia aktualizacja 14-07-2005 13:44
Polski astrofizyk znalazł pierwszą planetę, nad którą wschodzą aż trzy
słońca. - Spodziewam się, że moje odkrycie wywoła bardzo duże zamieszanie! -
mówi dr Maciej Konacki. Jego pracę publikuje "Nature"
Układ potrójny gwiazd, który w astronomicznych katalogach występuje pod nazwą
HD 188753, jest oddalony o 149 lat świetlnych od Ziemi. Jego centralnym
składnikiem jest gwiazda nieco masywniejsza od naszego Słońca, którą co 26
lat obiegają dwie lżejsze gwiazdy. Przy tym te mniejsze gwiazdy tworzą ciasną
parę krążącą wokół siebie z częstością raz na 156 dni.
Jak w "Gwiezdnych wojnach"
Planeta, którą odkrył Konacki, towarzyszy centralnej gwieździe i jest trochę
cięższa od Jowisza. Porusza się po bardzo ciasnej orbicie, tj. blisko
gwiazdy, wskutek czego obiega ją niezwykle szybko - ledwie w 3,3 dnia. Rok
jest więc na niej bardzo krótki, a klimat nieznośnie gorący (temperatura na
dziennej stronie przekracza 1000 st. C). Dnie mijają pod znakiem ogromnego,
oślepiająco żółtego słońca. Na niebie planety wędrują też dwie pozostałe
gwiazdy (zawsze w parze), ale mają mniejsze tarcze i słabiej świecą, gdyż są
dużo dalej. Jedna jest pomarańczowożółta, a druga - czerwona. Widok tęczowego
zachodu czy wschodu trzech słońc musi tam wyglądać wprost nieziemsko.
- Globy, które mają więcej niż jedno słońce na niebie, nazwałem planetami
typu Tatooine. Tak bowiem zwała się rodzinna planeta Luka Skywalkera,
bohatera "Gwiezdnych wojen", nad którą wschodziły i zachodziły dwa słońca -
mówi dr Konacki.
Do niedawna sądzono, że takie światy są możliwe tylko w filmach science
fiction. Bo w rzeczywistej sytuacji, w układzie, w którym rozpycha się kilka
gwiazd, musi być zbyt niespokojnie, by mogły się uformować planety. Symulacje
komputerowe pokazały jednak, że w podwójnych układach istnieją stabilne
orbity, po których planety mogą niezakłócone poruszać się przez miliardy lat.
Przede wszystkim wtedy, kiedy gwiazdy orbitują w dość znacznej odległości od
siebie. Wkrótce potem obserwacje to potwierdziły. Znaleziono już kilkanaście
planet takich jak Tatooine, nad którymi wiszą dwa słońca.
Planetarna migracja
Otoczenie planety Konackiego jest jednak inne. W układzie HD 188753 są aż
trzy gwiazdy. Nie dość, że średnia odległość między gwiazdą centralną i
dwiema pozostałymi jest niewielka (mniej więcej taka, jaka dzieli Saturna od
Słońca), to ich wzajemny ruch nie odbywa się po kole, lecz spłaszczonej
elipsie. Obszar między gwiazdami okresowo się więc zacieśnia. Dla planet
pozostaje tam już niewiele miejsca. Stabilne orbity mogą zakreślać tylko dość
blisko centralnej gwiazdy, w odległości nie większej niż Mars od Słońca.
I w tym tkwi zagadka. W naszym układzie Jowisz krąży trzy razy dalej niż
Mars. Współczesne teorie nie potrafią wyjaśnić, w jaki sposób tak wielka
planeta mogłaby się narodzić dużo bliżej gwiazdy.
Dlaczego? Zgodnie z teorią, żeby powstał gazowy gigant, najpierw musi
uformować się skalisto-lodowe jądro, kilkanaście lub kilkadziesiąt razy
cięższe niż Ziemia. Na tyle duże, aby siłą ciążenia ściągać ze swego
otoczenia lekkie gazy (głównie wodór i hel) i stworzyć gęstą otoczkę, która
stanowi ponad trzy czwarte masy Jowisza. Do budowy tak dużego jądra potrzebna
jest wystarczająca ilość lodu i materiału skalnego, który znaleźć można tylko
daleko od gwiazdy, gdzie jest chłodniej. Z teorii i komputerowych symulacji
wynika, że jowisze powinny rodzić się poza tzw. granicą śniegu, która dla
gwiazdy wielkości Słońca przebiega w odległości ponad dwa razy dalszej, niż
krąży maleńki Mars.
Kosmos po raz pierwszy zadrwił z tych papierowych wyliczeń dziesięć lat temu,
kiedy szwajcarscy astronomowie odkryli pierwszego tzw. gorącego jowisza -
wielką gazową planetę, która krąży zdumiewająco blisko swego słońca. Do dziś
natrafiono jeszcze na kilkadziesiąt podobnych globów obiegających macierzyste
gwiazdy w ledwie kilka dni. Planeta Konackiego jest kolejnym z nich. Ich
fenomen tłumaczyła wymyślona ad hoc hipoteza migracji. Mówi ona, że gorące
jowisze formują się - tak jak teoria przykazuje - w chłodniejszych obszarach,
daleko od gwiazdy, a dopiero potem wędrują w jej pobliże.
Gwiazda to czy planeta?
Teraz jednak, jak się wydaje, kosmos ostatecznie zapędził planetologów w kozi
róg. Planeta Konackiego zupełnie nie pasuje do scenariusza migracji. Nie
mogła się narodzić z dala od centralnej gwiazdy, bo tam hula para pozostałych
gwiazd i jak miotła wymiata okolicę z materiału, który mógłby służyć do
budowy dużego globu. Co więcej, ich grawitacja jak seria ciosów pięściarza
jest zdolna wyrzucić każdy świeżo uformowany glob w kosmos. Jak w takim razie
powstał ten gazowy olbrzym tak blisko swego słońca?
- Moje odkrycie przeczy zaakceptowanym modelom powstawania planet. Wywoła
bardzo duże zamieszanie - spodziewa się dr Konacki. - Astrofizycy będą
zmuszeni przemyśleć proces narodzin planet od nowa - dodaje.
Być może - zastanawia się naukowiec - globy podobne do Jowisza mogą się
tworzyć tak samo jak gwiazdy, a więc bezpośrednio z obłoku protogwiazdowego.
Jeśli w trakcie kurczenia się podzieli się on na kilka części, to rodzi się
układ kilku gwiazd. Teoretycznie w taki sam sposób z niewielkich fragmentów
pierwotnej mgławicy mogłyby wypączkować również obiekty o wielkości i masie
planety dowolnie blisko gwiazdy.
Konacki proponuje jeszcze jeden scenariusz: - Najpierw wszystko przebiega tak
jak w obecnej teorii. Tworzy się centralna gwiazda otoczona resztkami
mgławicy, a więc wianuszkiem gazów i pyłów w kształcie grubego dysku
wirującego wokół gwiezdnego noworodka. Potem jednak zamiast powolnego
formowania się planety niczym rosnącej kuli śniegowej następuje nagła
katastrofa. Dysk wskutek grawitacyjnej niestabilności dzieli się na kawałki,
które zapadają się, by utworzyć planety.
- Ale czy tak powstałe obiekty można nazwać planetami? - pyta uczony. -
Dotykamy problemu definicji planety. Czy decydujące znaczenie ma masa
obiektu, czy też to, jak się on uformował? Jeśli coś rodzi się tak samo jak
gwiazda, to może lepiej zwać to gwiazdą?
Na razie odpowiedzi brak. Paradoksalnie, im więcej odkrywamy układów
planetarnych, tym mniej o nich wiemy. Pocieszające jest to, że są tak bardzo
rozpowszechnione we Wszechświecie - zdają się nie podlegać żadnym
teoretycznym ograniczeniom. Odkrycie dr Konackiego skłoni łowców planet do
ich poszukiwań w ciasnych układach wielu gwiazd dotąd w ogóle niebranych pod
uwagę.
Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie