witomir
04.08.05, 11:18
Kto próbował interesować się religią i duchową kulturą naszych słowiańskich
przodków, wie, jak gęsta mgła okrywa ich przeminiony świat: mgła pospołu z
ciemnością. Coś jest wiadome: imiona - choć poprzekręcane - bóstw, które
czcili, jakieś echa rytuałów, świąt, mitów i wyobrażeń. Ale wszystko to jest
niewyraźne, wątki się rwą, ocalałe fragmenty nie układają się w całość. O
dowolnym plemieniu afrykańskim czy amazońskim wiemy więcej niż o nich. Jednak
wciąż powtarzane są próby przeniknięcia tej mgły, posunięcia się choćby o krok
dalej, przybliżenia do rzeczywistości ukrytej za niszczącą zasłoną czasu i
pychy zwycięzców, wytrwale tępiących, do dziś, te zabobony. Krakowski badacz,
Artur Kowalik, samym tytułem swej nowej książki - Kosmologia dawnych Słowian -
nie czyni nadziei, że oto zrekonstruował zapomnianą religię. Postawił sobie
zadanie nieco tylko skromniejsze: odtworzenia dawnych słowiańskich wyobrażeń
składających się na kosmologię właśnie, a więc na obraz ich świata. Ale kosmos
dawnych ludów, w tym i naszych przedchrześcijańskich i przedeuropejskich
przodków, różnił się zasadniczo od naszych wyobrażeń: tym przede wszystkim, że
prócz materialnych obiektów zawierał potężne i zapewne ważniejsze od materii
siły duchowe. Sam zresztą podział na materię i ducha wydałby się naszym
pradziadom prymitywny, uproszczony i w niejednym punkcie nie zgodziliby się z
nami. Siły duchowe w myśl ich poglądu przenikały wszystko, a każda rzecz mogła
wystąpić jako nośnik tych energii, a razem jako ich symbol, a przez to
element-słowo języka rytuałów. W specjalnych tylko okolicznościach owe siły
duchowe, a zarazem znaczenia, tężały w postaci i w imiona bóstw. Artur Kowalik
dociekając słowiańskiej kosmologii bada zarazem strukturę znaków, których
tamci dopatrywali się w świecie. Znaków, których większość do nas już dawno
przestała przemawiać. Gwoli przykładu - skromnego, bo książka ma ponad 500
stron gęstego druku i tak samo gęsta jest od faktów i skojarzeń - odnotuję te
trzy znaki, które podałem w tytule niniejszej recenzji: bratka, psiego zęba i
kosiora czyli pogrzebacza. Bratek, Viola tricolor, ma płatki fioletowe
okalające płatki żółte. Dla Słowian niósł on podobne znaczenie, co wianek ze
świecą puszczony na wodę lub kupalne ognisko rozpalone na brzegu rzeki. Fiolet
oznacza tu wodę, żółty - ogień. Połączenie wody i ognia, ogień zanurzony w
wodzie, to obraz jedności przeciwieństw, niemożliwy i paradoksalny obraz
wszystkiego-w-jednym, zarazem symbol twórczego zarodka, z którego powstaje
świat i wszystkie jego rzeczy. Polny kwiatek okazuje się czymś bardzo podobnym
do chińskiego słynnego rysunku dwóch splecionych kropli in-jang! Ogień,
rodzący się z wiercenia świdra, krzesania kamieniami lub pocierania o siebie
desek, a także zstępujący jako piorun z nieba, ma swojego męskiego boga,
Peruna władcę gromów, a jako światło dnia i Słońca nosi imię Swaroga. Woda, o
której przypominają fioletowe płatki bratka, to strefa tego, co
nie-oddychające (według staroindyjskich hymnów) i nie-przejawione: ciemna,
chaotyczna materia prima, upostaciowana w zimowej bogini Marzannie, Marenie,
której imię przypomina zarazem śmierć-mór i morze, a raczej stojące wody, bo
Słowianie pierwotnie morza jako takiego nie znali. Takich imion i postaci
mogli mieć więcej. Marena to noc, Swarog to dzień. Każdy świt jest kosmicznym
spektaklem, który przypomina o rodzeniu się wszechrzeczy. Zanim poranna zorza
rozorze niby rana czerń nieba, nad horyzont wychodzi jasna gwiazda,
poprzedzająca Słońce. Gwiazdę tę nazwano Psem, a raczej zębem psim lub
wilczym, bo prowadzi Słońce na dzienne niebo, będąc jego przewodnikiem niby
pies dla człowieka. Z kłem zaś skojarzono, bo jakby rani niebo, by zabroczyło
poranną zorzą-raną. Kiedy wstawała ta gwiazda, zaczynał się nowy rok - nie ten
nasz ponury, zimowy, tylko prawdziwy nowy rok dla ludzi: pora żniw i sytości,
a jednocześnie czas upałów i wycia po nocach psów ogłupiałych od gorąca.
Letnie upały, które przynosiła Psia Gwiazda, z łacińska i uczenie zwana
Kanikułą, dziś z grecka Syriuszem, kojarzyły się z wewnętrznym żarem, który na
ludzi - wojowników i szamanów - zsyłali bogowie wraz z wojennym gniewem-szałem
i wieszczym natchnieniem. Nie wszystko jednak, co buchające żarem, miało męską
naturę. Piec chlebowy miał cechy żeńskie. Wydający na świat chleb, pokarm, był
jak wielka macica rodząca potomstwo. Lecz zanim stał się zdatny do wypieku
chleba (na którym na długo przed zapanowaniem chrześcijaństwa odbijano w
cieście znak krzyża) trzeba było obmieść jego wnętrze pomiotłem, czyli miotłą
ze zmoczonych gałązek. Albo wygarnąć popiół kosiorem - łopatką umocowaną na
kiju. Owo pomiotło lub kosior, to były elementy męskie! Penetrowały wnętrze
gorącego pieca niby męski członek łono. Czarownice dosiadały tych domowych
narzędzi, by latać na nich na swoje Łyse (czyli: Jasne) Góry. Czyniąc to,
znowu, jak bratek i Psia Gwiazda, urzeczywistniały jedność ciemności i
światła, pramaterii i logosu, wody i ognia, żeńskiego i męskiego - bo czymże
innym jest kobieta dosiadająca kosiora? Te trzy przykłady rekonstrukcji myśli
naszych przodków, to może 1 procent, może mniej, zawartości książki Artura
Kowalika. Krakowski antropolog rozszyfrowuje historyczne, lingwistyczne,
archeologiczne i folklorystyczne źródła z uwagą i metodą psychoanalityka
analizującego sny swojego pacjenta. I całą tę książkę, przy całym jej
scjentyzmie, czyta się niby przygody Alicji w krainie czarów - zwiedzamy tu
przecież świat, który ma się do naszego jak królicza nora z tamtej opowiastki:
jest naszą wielką zbiorową słowiańską podświadomością, naszym wspólnym snem, z
którego nie do końca się zbudziliśmy i budzić się przecież nie chcemy, bo choć
ciemny, to jak wszystkie dobre sny jest źródłem naszej mocy, i w którym może
dzięki tej książce zaczniemy się wreszcie poruszać niby biegli onejronauci...
Wojciech Jóźwiak
Książka omawiana: Artur Kowalik. Kosmologia dawnych Słowian. Prolegomena do
teologii politycznej dawnych Słowian. Wyd. Nomos, Kraków 2004.