ignorant11
07.08.05, 05:45
Sława!
Tyranienko Białorusi
Tygodnik "Wprost", Nr 1183 (07 sierpnia 2005)
www.wprost.pl/ar/?O=79257
Łukaszenka wypowiada Polakom zimną wojnę
Jerzy Marek Nowakowski
Nie wygraliśmy zimnej wojny - ostrzega na łamach "Wprost" Władimir Bukowski,
rosyjski pisarz emigracyjny, były więzień łagrów.
A białoruski pisarz Sokrat Janowicz powiada, że to, co się obecnie dzieje
między Polską a Białorusią, to wojna sowiecko-polska. Pogrobowcy sierpa i
młota gwałtownie potrzebują zewnętrznego wroga. A Polska nadaje się do tej
roli idealnie. Jest wystarczająco rozpoznawalna i silna, by mogła być
przedstawiana jako zagrożenie. Jednocześnie jest wystarczająco słaba, żeby
jej sankcje nie zagrażały Mińskowi, a tym bardziej Moskwie.
Choć formalnie stroną wojny jest Aleksander Łukaszenka, za jego plecami widać
cień nowego Jurija Andropowa, czyli Władimira Putina. Nie jest przypadkiem,
że atak białoruskich władz na Związek Polaków na Białorusi nastąpił tuż po
wizycie Łukaszenki w podmoskiewskiej daczy Putina.
W obecnym konflikcie wcale nie chodzi o Związek Polaków na Białorusi. Celem
jest doprowadzenie do konfliktu z polskim państwem oraz przetestowanie, jak
zareagują nasi sojusznicy z Unii Europejskiej i NATO. Łukaszenka jest więc w
tej sprawie zwiadowcą Putina. I robi to z ochotą, bo nigdy się nie wyzbył
marzeń o tym, żeby zasiąść na Kremlu.
Białoruś, czyli polukrowana kraina Breżniewa
Konflikt z reżimem Łukaszenki jest wojną sowiecko-polską, bo dzisiejsza
Białoruś to kraina żywcem przeniesiona z epoki Breżniewa. To kraina Breżniewa
w wersji polukrowanej. Półki w sklepach są pełne, ulice w miarę czyste,
pensje wprawdzie marne, ale regularnie wypłacane, żadni oligarchowie się nie
panoszą. Wobec powszechnej na terenie dawnego ZSRR tęsknoty za
czasami "zastoju" trudno się dziwić, że baćka (to słowo można tłumaczyć
jako "ojczulek" albo "gospodarz") Łukaszenka jest ciągle popularny. Względnie
niezależny sondaż opinii publicznej (Instytutu Gallupa) z ostatnich miesięcy
pokazuje, że popiera go 48 proc. Białorusinów. Część pewnie ze strachu, bo
podobnie jak w sowieckich czasach za nieprawomyślność można iść do więzienia,
ale część całkiem szczerze. Bo żyją w kraju, jaki znają od dziesięcioleci.
Więcej - korzystają z wolności, o której człowiek sowiecki mógł tylko marzyć,
bo i na handelek do Polski można pojechać, a nawet jakaś opozycja
funkcjonuje.
Łukaszenka doskonale wpisuje się w mit dobrego gospodarza, dbającego o
prostego człowieka. Tym bardziej że sam się na takiego prostego człowieka
kreuje - ot, były dyrektor kołchozu, który w szafie trzyma jeszcze kołchozowe
walonki. Łukaszenka potrafił wytworzyć przekonanie, że po
rządach "demokratów", wspominanych na Białorusi jako czas wielkiego bałaganu,
przywrócił ład i spokój znane z dobrych starych czasów.
Homo sovieticus na wewnętrznej emigracji
- Co robi Polak, kiedy usiądzie na pinezce? - Zaklnie i ją wyrzuci. - A
Białorusin? - Podniesie, popatrzy i położy z powrotem na krześle, siadając na
niej ze słowami: "Widocznie tak musi być". Ten bardzo popularny w Mińsku
dowcip dobrze ilustruje dominującą w tym kraju mentalność. Na demonstracje
się tam nie chodzi, bo "to nic nie da",
a samego Łukaszenkę traktuje się niczym przejściowe załamanie pogody. I to w
tej części społeczeństwa, która go nie popiera. A odrzucają baćkę ludzie
młodzi, wykształceni i mieszkający w dużych miastach. Odrzucają, ale nie na
tyle, by demonstrować. Strach, fundament sowieckiego ustroju, jest tu
wszędzie obecny. Także dlatego, że bezpieka działa wedle dobrych sowieckich
wzorów i nie daje o sobie zapomnieć. Na Białorusi mamy więc homo sovieticus w
czystej postaci oraz homo sovieticus na wewnętrznej emigracji.
Jedynym sukcesem demokratycznej opozycji w czasach Łukaszenki było
zaszczepienie u Białorusinów obawy przed przyłączeniem się do Rosji.
Dlaczego? Bo to mogło grozić wysłaniem młodych Białorusinów na wojnę do
Czeczenii. Teraz strach przed wojną jest wykorzystywany przez samego
Łukaszenkę. Polska z Ameryką chcą napaść na Białoruś - trąbią reżimowe
gadzinówki. No i na Białorusi są szpiedzy, którzy zagnieździli się zwłaszcza
w polskiej ambasadzie.
Związek Polaków jak radiostacja gliwicka
Wojna sowiecko-polska była potrzebna i Łukaszence, i Putinowi. Trzeba było
tylko znaleźć wiarygodny powód, dowód polskiej agresji. Tak jak Hitler
znalazł rzekomy napad Polaków na radiostację w Gliwicach. Wybór Andżeliki
Borys na prezesa Związku Polaków na Białorusi stał się takim wygodnym
pretekstem. Prezes ZPB nie jest i nie była politykiem, ale - w odróżnieniu od
niektórych działaczy poprzedniego zarządu związku - nie miała też drugiego
etatu w KGB.
W taktyce Łukaszenki nie chodzi o ZPB, chodzi o wojnę. Skoro znalazł się
pretekst, można było iść krok dalej i wydalić trójkę dyplomatów, a
ostatnio "spóźnić się" z wydaniem zezwolenia na przelot polskiego samolotu
rządowego do Smoleńska. Testowano w ten sposób reakcje polskiego rządu. Te
zaś były miękkie i niekonsekwentne. Prezydent Kwaśniewski tchórzliwie
milczał. Premier Belka oburzył się, ale w dwóch zdaniach, naprędce
wypowiedzianych podczas kolejnej podróży zagranicznej. A minister Rotfeld,
szef resortu spraw zagranicznych, wydobył z siebie głos po prawie dobie.
Białorusini nie omieszkali też zauważyć, że mimo kryzysu polski ambasador w
Mińsku cały czas był na urlopie, a wydalony dyplomata Marek Bućko znalazł się
nagle bez pracy.
W Sejmie ujawniła się tymczasem prosowiecka partia. Próba uchwalenia
rezolucji wskazującej na konkretne kroki prawne, jakie należy podjąć
przeciwko Łukaszence, spotkała się z solidarną krytyką Andrzeja Leppera i
Jana Łopuszańskiego. Nie jątrzyć, nie mieszać się w wewnętrzne sprawy
sąsiada - słyszeliśmy z sejmowej trybuny. Głosami SLD, Samoobrony, PSL i LPR
uchwalono mdłą deklarację oburzenia. Test wojny sowiecko-polskiej wypadł dla
Łukaszenki nadzwyczaj dobrze.
Białoruski poligon Putina
Sztab wojny sowiecko-polskiej nie znajduje się w Mińsku, lecz w Moskwie. Od
dawna zresztą Aleksander Łukaszenka jest używany przez Rosjan jako tester
reakcji świata na ich polityczne pomysły. Białoruś jest więc poligonem
doświadczalnym Putina. Kiedy Łukaszenka przejmował elektroniczne media,
zwalniał redaktorów prywatnych gazet, gdzieniegdzie odzywały się słabiutkie
głosy protestu. Test został przeprowadzony. Mniej więcej po roku ludzie
Kremla zaatakowali niezależną telewizję NTV i zmusili do ucieczki z Rosji
Władimira Gusinskiego, a potem Borysa Bieriezowskiego.
Łukaszenka od końca lat 90. pacyfikował niepokornych biznesmenów za pomocą
grzywien i domiarów podatkowych. To sposób znany też w Polsce z czasów
Hilarego Minca. Ale skoro nikt nie protestował wobec tych działań Łukaszenki,
to Putin rozwinął twórczo tę metodę, m.in. likwidując firmę Jukos. Również na
arenie międzynarodowej białoruski prezydent atakuje nieodmiennie tych, którzy
narazili się Moskwie. Przed pierwszym rozszerzeniem NATO Mińsk straszył
wprowadzeniem na swoje terytorium broni atomowej, przed drugim - wysuwał
pretensje graniczne wobec Litwy. A przełom roku 2004 i 2005 Łukaszenka
poświęcił na demaskowanie faszystowskich korzeni państw bałtyckich,
przygotowując tym samym moskiewskie obchody 60. rocznicy zakończenia wojny.
Moskwa sprawdza Brukselę
Do czego Moskwie (a nie Mińskowi) jest potrzebna wojna sowiecko-polska?
Wygląda na to, że Władimir Putin polecił Łukaszence przetestowanie, jak się
zachowa Unia Europejska w razie oczywistego zagrożenia jednego ze swoich
członków. Test wypadł nadspodziewanie dobrze: przez kolejne dni Komisja
Europejska milczała. Miłość eurokratów do wizji wspólnej polityki
zagranicznej nagle została zastąpiona przez stwierdzenia typu: "To kwestie
dwustronne między Polską a Białorusią". Ale i polski rząd nie nalegał