Saszenko-pierwyj ZBIR w sowchozje?

15.08.05, 01:03

Sława!
Pierwszy chłopak w postsowieckiej wsi
serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2867587.html?as=1&ias=2



Czyżby Łukaszenko tańczył tak jak mu zagra Kreml, lecz o tym nie wie?
Fot. Grzegorz Dabrowski/AG


SERWISY


¤ Ostatnio na Białorusi







Wacław Radziwinowicz 12-08-2005 , ostatnia aktualizacja 12-08-2005 19:24

W Polsce uważa się, że za atakami Łukaszenki na Polaków stoi podjudzająca go
do napaści Moskwa. Tym razem jednak to raczej białoruski ogon macha rosyjskim
psem

O konflikcie wokół Związku Polaków na Białorusi, aresztach i prześladowaniach
działaczy, szturmie na siedzibę ZPB, rosyjskie media sterowane przez Kreml
albo milczą, albo informują zdawkowo. Grzmią natomiast gazety komunistyczno-
narodowe, napadając na Polaków i wysławiając "mężne" poczynania Łukaszenki.

To milczenie i ten aplauz są zrozumiałe. Dzisiejszy gospodarz Kremla i
budzący jego irytację przywódca Białorusi toczą zażartą walkę o - jak mówi
się w Rosji - miano "pierwszego chłopaka we wsi". I wcale nie jest
powiedziane, że Władimir Putin weźmie górę w tej rywalizacji. Aleksander
Łukaszenko często go ogrywa - choćby dlatego, że może sobie pozwolić na dużo
więcej.

Putin, były pułkownik KGB, po objęciu władzy umieścił na budynku Federalnej
Służby Bezpieczeństwa na moskiewskiej Łubiance tylko niewielką tabliczkę ku
czci Jurija Andropowa - szefa KGB w czasach Breżniewa, potem sekretarza
generalnego KPZR, wiernego ucznia Dzierżyńskiego. Pomnika samego "żelaznego
Feliksa" usuniętego z Łubianki po puczu w sierpniu 1991r. nie ośmielił się
przywrócić na dawne miejsce. Gdyby to zrobił, na świecie podniósłby się
wielki krzyk przeciw restauracji stalinowskiego imperium. Potężny monument
stoi więc od lat nie w centrum Moskwy, lecz na skwerze obok stołecznego
Muzeum Sztuk Plastycznych.

A w Mińsku spore popiersie Feliksa Edmundowicza wciąż stoi w centrum miasta,
przed główną kwaterą tajnej policji, która i dziś nosi miłe sowieckiemu sercu
miano Komitietu Gosudarstwiennoj Bezopastnosti. Mało tego, Łukaszenko z
wielkim pietyzmem odbudowuje dworek Dzierżyńskich w Dzierżynowie, gdzie w
1877 r. przyszedł na świat założyciel Czeki. To tu 11 września, w dniu
urodzin ojca czerwonego terroru, składają przysięgę rozpoczynający służbę
funkcjonariusze białoruskiego KGB.

Do odbudowanego przez Łukaszenkę szlacheckiego dworku ciągną szefowie służb
specjalnych z byłych republik radzieckich. A potem piszą w muzealnej księdze
pamiątkowej, że w kraju Łukaszenki serca prawdziwych czekistów biją raźniej
niż gdziekolwiek indziej.

Dajcie Łukaszenkę nam w Rosji

Putin w swym dorocznym orędziu o stanie państwa może sobie pozwolić co
najwyżej na westchnienie, że "upadek ZSRR był największą katastrofą w
historii". By zaraz dodać, że Rosja powinna się modernizować, dostosowywać do
standardów nowoczesnego świata. A i tak wszystkie światowe media napadają na
niego, że tęskni za przeszłością, chce restaurować imperium. Łukaszenko nie
wzdycha półgębkiem, lecz w swoim kraju na całego petryfikuje sowieckie
porządki.

W Rosji po długim i głośnym procesie posadzili Michaiła Chodorkowskiego i
rozkułaczyli jedną spółkę naftową - Jukos. Na Białorusi Łukaszenko nadał
państwu prawo do "złotej akcji", dzięki której może ono bez trudu i zbędnego
szumu przejąć kontrolę nad każdą firmą. I państwo seryjnie rozkułacza co
bardziej dochodowe przedsiębiorstwa.

W Moskwie od lat ględzą o konieczności sformułowania "idei narodowej". Na
Białorusi "ideologię państwową" dziś wykłada się we wszystkich szkołach
średnich i na wyższych uczelniach. Każda jednostka administracji terenowej ma
wydział strzegący "czystości ideologicznej" (to politrucy z tego właśnie
pionu rozprawiają się dziś ze Związkiem Polaków). W każdym przedsiębiorstwie
białoruskim istnieje stanowisko zastępcy dyrektora ds. ideologicznych.

W Rosji panoszą się bezwstydnie bogaci oligarchowie, a co piąty obywatel
zalewanego petrodolarami kraju wegetuje na marginesie ubóstwa. Ci biedni - to
przede wszystkim ludzie z upadłych kołchozów i sowchozów, dla których w Rosji
nie ma żadnej przyszłości. Na Białorusi kołchozy i sowchozy działają tak
samo, jak działały w ZSRR. Jeśli brakuje im na paliwo czy nawozy,
administracja państwowa naciska na firmy prywatne, żeby sypnęły groszem. Kto
nie sypnie, będzie miał kontrolę podatkową albo dowie się, że państwo właśnie
skorzystało z prawa do "złotej akcji" i przejęło kontrolę nad firmą.

Putin na początku roku wywołał falę gniewu emerytów, próbując zastąpić
przysługujące im prawo do bezpłatnych przejazdów i leczenia podwyżkami
emerytur. Łukaszenko nie tylko obiecuje, że niczego nie odbierze, ale jeszcze
zapewnia, że "weterani (tak się na wschodzie nazywa się wszystkie osoby
leciwe) stanowią fundament państwa białoruskiego".

Nic dziwnego, że liczni w Rosji zwolennicy powrotu do sowieckiej przeszłości
pieją peany na cześć "niezłomnego Bat'ki" (Ojca). Ultrakomunistyczno-
nacjonalistyczny tygodnik "Zawtra", gdzie Putina pogardliwie
nazywają "Stalinem na skalę mikroba", Łukaszenkę potrafi nazwać
aż "Stalinkiem".

Tygodnik zachwyca się wierszami Jewgienija Niefiedowa, w których „widzimy
Wodza, którego tak brakuje Rosji. Czytelnik rosyjski czuje ból i smutek swego
narodu, dziś pozbawionego godnych przywódców - i dlatego rozumie epicką
samotność tego polityka na współczesnym terytorium postsowieckim. Bo On jest
jednym z niewielu ludzi Słowa i Czynu, a jego kraj stoi kością w gardle tym,
którzy otaczają naszą Ojczyznę bazami NATO. On mówi: »Tuż obok naszych granic
stanęły wieże obserwacji elektronicznej. I pamiętajcie: my na Białorusi
bronimy nie tylko siebie. Bronimy też was, Rosjan «”.

Niefiedow pisze o tym, że "kiedy w Moskwie rządzi orda reformatorów"
posłusznych "wujowi Samowi", to na Białorusi "ziemia należy do narodu, a lud
szanuje prawo i Bat'kę". Poeta nawołuje więc z łamów moskiewskich
gazet: "Dajcie Go nam i w Rosji!".

Po czapkę Monomacha

Łukaszence rzeczywiście marzy się Kreml. Osiem lat temu prawie udało mu się
sięgnąć po czapkę Monomacha (tak określa się symbol najwyższej władzy nad
Rosją). 2 kwietnia 1997 r. Borys Jelcyn omalże nie podpisał układu o
powołaniu Związku Białorusi i Rosji, w myśl którego Łukaszenko miałby równe
prawa z prezydentem Rosji, a w przyszłości - pełne prawo ubiegania się o
fotel przywódcy nowego zjednoczonego państwa.

Jak pisze znakomity białoruski publicysta Aleksander Fieduta w
książce "Łukaszenko. Biografia polityczna", Bat'ka zamydlił oczy Jelcynowi
dzięki swym szczodrze opłacanym ludziom na Kremlu. I złapałby prezydenta
Rosji w pułapkę, gdyby Anatolij Czubajs, ówczesny szef administracji Kremla,
nie zorientował się, jaki pasztet przygotowali jego podwładni, i dosłownie w
ostatniej chwili nie odwołał uroczystej ceremonii podpisania układu.

Kiedy miejsce Jelcyna oskarżanego o ciągłe uleganie Zachodowi zajął Putin,
wydawało się, że nadszedł kres marzeń Bat'ki o czapce Monomacha. Putin nie ma
tej słabości do Łukaszenki, jaką miał Jelcyn, którego żona Naina zawsze
traktowała "Saszę" z wielkim sentymentem i uważała za "bardzo porządnego
człowieka". Nowy szef Kremla potrafi ostro skarcić i publicznie upokorzyć
mińskiego satrapę. Trzy lata temu powiedział mu, że próbuje żerować na Rosji,
jak "muchy na kotletach". I wyjaśnił, że jeśli chce tworzyć zjednoczone
państwo, to nie jako równorzędny partner, bo Białoruś ze swym potencjałem
może pretendować co najwyżej do roli nowej guberni Federacji Rosyjskiej.

Bat'ka obrażony uciekł wtedy do Mińska i dopiero stamtąd zaczął się
odszczekiwać, że "nawet Stalin" nie wpadł na pomysł odebrania samodzielności
Białorusi.

Ale to było trzy lata temu, gdy popularność Putina w Rosji, na Białorusi i
U
    • ignorant11 Re: Saszenko-pierwyj ZBIR w sowchozje?(2) 15.08.05, 01:04
      Pierwszy chłopak w postsowieckiej wsi (2)




      Czyżby Łukaszenko tańczył tak jak mu zagra Kreml, lecz o tym nie wie?
      Fot. Grzegorz Dabrowski/AG


      SERWISY


      ¤ Ostatnio na Białorusi








      Łukaszenko znowu jest w natarciu. Rosyjskie telewizje zapraszają go dziś
      rzadko - gdy jednak pojawi się na ekranie, występuje w roli mentora ganiącego
      porządki w Rosji i uczącego Rosjan, jak powinni żyć. "Sowiecka Rossija" ,organ
      partii komunistycznej, z entuzjazmem pisała o wywiadzie, jakiego Bat'ka
      udzielił trzeciemu programowi telewizji rosyjskiej, "przerywając blokadę
      informacyjną ze strony proreżimowych mediów": "Telewidzowie zobaczyli
      dojrzałego, samodzielnego męża stanu nowego typu, który przez półtorej godziny
      mądrze, z głęboką wiedzą przedstawiał wielki program budownictwa nastawionego
      na rozwiązywanie kwestii socjalnych państwa Białoruś, gdzie wszystko robi się w
      interesie ludu pracującego. Mówił o pracy państwowych przedsiębiorstw
      przemysłowych, kołchozów i sowchozów, o poziomie pensji i emerytur, o
      działającej w kraju infrastrukturze socjalno-ekonomicznej. Jednym słowem, było
      czego posłuchać".

      To nie wszystko. Jak pisze "Niezawisimaja Gazeta", Łukaszenko kupuje trzeci
      program telewizji rosyjskiej. Kosztem pół miliarda dolarów chce go
      przekształcić w telewizję informującą Rosjan o Białorusi. Jeśli mu się uda,
      jego telewizję z wypiekami na twarzy oglądać będą dziesiątki milionów Rosjan,
      którzy tęsknią za ZSRR - chłopi z upadłych kołchozów, pozbawieni przywilejów
      emeryci, wszyscy sfrustrowani przemianami, jakie w ostatnich latach zaszły w
      ich kraju. Zobaczą, że gdzieś zachował się sowiecki raj. Dzięki wspaniałemu
      przywódcy.

      Ta telewizja na pewno nie przemilczy rozprawy ze Związkiem Polaków. Przeciwnie,
      w głównym programie informacyjnym wciąż pokazywać będzie Andżelikę Borys,
      prezesa ZPB jako aferzystkę i agentkę Waszyngtonu. A także Bat'kę-mołodca,
      który odważnie i stanowczo rozprawia się ze spiskiem zdradzieckich Polaków i
      wrażego Zachodu.

      Widmo rewolucji

      Kreml nie ma swobody manewru, bo rozpaczliwie potrzebuje Białorusi. Po tym, jak
      Putin stracił Gruzję, Ukrainę i Mołdawię, musi coś "odzyskać". I to szybko -
      jeszcze przed wyborami prezydenckimi w 2008 r. Tylko w ten sposób może zamknąć
      usta pretendentom do fotela prezydenckiego, krytykującym dzisiejszą władzę za
      to, że tylko "trwoni" i "traci".

      A do odzyskania jest dziś jedynie Białoruś - czy to włączona do Rosji jako
      gubernia, czy choćby skonfederowana w nowym związku dwu państw. Jeśli taki
      związek powstanie, będzie miał nową konstytucję i zgodnie z nią nawet Putin -
      po upływie dwóch kadencji "rosyjskich" (na więcej konstytucja mu nie pozwala) -
      będzie mógł kolejny raz startować w wyborach na stanowisko szefa nowego
      przecież państwa. A jeśli nie zechce walczyć o prezydenturę, wskazany przez
      niego następca będzie miał znacznie większe szanse jako dziedzic władcy, który
      nie tylko trwonił, ale i "jednoczył ziemie ruskie".

      Bez wątpienia łatwiej byłoby jednoczyć się z partnerem bardziej układnym niż
      chytry i wciąż pretendujący do roli "pierwszego" Łukaszenko, który w przyszłym
      roku po raz trzeci stanie do wyborów prezydenckich na Białorusi i - jeśli Kreml
      mu pozwoli - na pewno je wygra. Ale Moskwa nie ma kandydata na jego miejsce.

      Władimir Frołow, wicedyrektor Fundacji Polityki Efektywnej (pracująca na rzecz
      Kremla, kierowana przez Gleba Pawłowskiego organizacja wytyczająca kierunki
      polityki Rosji), na łamach pisma "Russia Profile" powiedział, że Moskwie
      potrzebny jest dziś "białoruski Wiktor Janukowycz" - czyli kandydat podobny do
      byłego premiera Ukrainy, którego Kreml nieporadnie popierał jako konkurenta
      Wiktora Juszczenki. "Niestety - ubolewa Frołow - nie mamy białoruskiego
      Janukowycza", bo Łukaszenko zawczasu sprzątnął lub posadził wszystkich
      potencjalnych rywali. Pół żartem, pół serio zaproponował nawet "wypożyczenie"
      na potrzeby kampanii wyborczej samego Janukowycza, który jest "w połowie
      Białorusinem".

      Jednak obalenie Łukaszenki bez gwarancji, że uda się go zastąpić swoim
      człowiekiem, grozi tym, czego dziś Kreml obawia się najbardziej. Widmo
      kolorowych rewolucji krąży nad republikami postsowieckimi i może zawitać także
      na spacyfikowaną Białoruś. A wtedy przyjdzie się pożegnać z marzeniami
      o "jednoczeniu".

      Jakiś czas temu Rosjanie próbowali znaleźć alternatywę dla Łukaszenki. Jeden z
      przywódców opozycji białoruskiej opowiadał mi, że pod koniec zeszłego roku
      ludzie z Moskwy proponowali mu osobiste spotkanie z Putinem, pieniądze na
      rozkręcenie działalności i wsparcie rosyjskich mediów w zamian za przyszłe
      poparcie idei włączenia kraju do Rosji. Popierani przez Moskwę Białorusini
      próbowali też dogadać się z Brukselą, by zgodziła się na to, że Kreml na
      miejscu Bat'ki postawi swojego człowieka.

      Po tym jednak, co stało się na Ukrainie, ekipę Putina sparaliżował strach przed
      kolejną rewolucją i pomysły te poszły w zapomnienie.

      Nieszczęśliwe przypadki

      Łukaszenko znów poczuł się silny. Niedawno Dmitrij Ajackow, były gubernator
      Saratowa, mianowany na ambasadora Rosji w Mińsku, chlapnął w półprywatnej
      rozmowie, że "Bat'kę musimy złamać, on nie powinien zadzierać nosa". Łukaszenko
      obraził się i od miesiąca nie wpuszcza na Białoruś dyplomaty wielkiego sąsiada.

      Niestety, Putin musi tolerować Łukaszenkę, który odcina Białorusinów od
      rosyjskich kanałów radiowych i telewizyjnych, a jednocześnie buduje swoją
      telewizję w Rosji. Musi milczeć, gdy sąsiad wsadza do więzienia Rosjan, którzy
      przyłączyli się do demonstracji opozycji w Mińsku. Mało tego, widząc, jak
      Bat'ka zdobywa sobie w Rosji coraz większą popularność, Putin próbuje
      naśladować jego pomysły. Kremlowska młodzieżówka "Nasi" jest tworzona dokładnie
      na wzór Białoruskiego Republikańskiego Związku Młodzieży.

      A Łukaszence w jego grze z Moskwą poza sprytem i uporem sprzyja także
      niewiarygodne szczęście.

      Jesienią 2002 r. wyrzucił z Mińska przywódców demokratów rosyjskich, Borysa
      Niemcowa i Irinę Hakamadę. Po tym, jak zatrzymano ich na lotnisku w Mińsku i
      oskarżono o przemyt waluty, wybuchł wielki skandal - który potrwał tylko kilka
      godzin. Wieczorem czeczeńscy terroryści opanowali w Moskwie teatr na Dubrowce i
      wszyscy zapomnieli o wybryku Bat'ki.

      W zeszłym roku Łukaszenko długo przygotowywał się do ogłoszenia referendum,
      które da mu prawo dożywotniego sprawowania funkcji prezydenta. Czekał na
      odpowiedni moment. I doczekał się. Ogłosił swą decyzję, gdy doszło do tragedii
      w szkole w Biesłanie - i znowu w Moskwie nikt nie miał głowy do Białorusi.
      Fieduta w swej książce o Łukaszence stawia śmiałą hipotezę, że Bat'ce pomaga
      nie tylko ślepy los. Dyktator ma przecież znakomite kontakty w świecie arabskim
      i może wiedzieć więcej od innych polityków.

      Teraz, gdy wywołał skandal ze Związkiem Polaków i europejska opinia publiczna
      zaczęła domagać się od Moskwy zajęcia stanowiska w tej sprawie, Łukaszence znów
      pomógł "szczęśliwy przypadek". W Warszawie pobito dzieci dyplomatów rosyjskich,
      a w Moskwie pojawiło się raptem komando polujące na Polaków.


      Wacław Radziwinowicz


      Sława!

      Pozdrawiam i zapraszam na:
      Forum Słowiańskie
Pełna wersja