Moskiewskie biesy

16.08.05, 04:33
Sława!
Moskiewskie biesy
Tygodnik "Wprost", Nr 1184 (14 sierpnia 2005)
www.wprost.pl/ar/?O=79499

Polska będzie jednym z ostatnich krajów zjednoczonej Europy, z którym Rosja
będzie żyła bez uprzedzeń i zadrażnień

Witold Laskowski
Szef radiowej Trójki, były wieloletni korespondent TVP i "Wprost" w Moskwie


Jan Paweł II nigdy nie zostałby zaproszony do Moskwy. A Benedykt XVI już
teraz spotyka się z życzliwymi słowami płynącymi z Kremla i od najwyższych
hierarchów rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Prawdopodobnie niedługo pojedzie
do Rosji. Karol Wojtyła nie zostałby tam przyjęty z jednego powodu. Bo był
Polakiem.
Wszystkie przeszkody, które jakoby miały uniemożliwiać jego wizytę, nie miały
istotnego znaczenia. A raczej przeciwnie, powinny sprzyjać bezpośrednim
rozmowom, bo porozumienie można osiągnąć tylko w dialogu. Rosjanie
wykorzystywali wszelkie preteksty w jednym celu - nie dopuścić do przyjazdu i
nie musieć się porozumiewać z papieżem Polakiem. Trudno się oprzeć wrażeniu,
że identyczne mechanizmy uniemożliwiają porozumienie Rosji i Polski. Niby
wszystko sprzyja - wszystko, co fundamentalne. Rozpadło się imperium zła, w
Rosji zapanowała szczególna, ale jednak demokracja, Polska stała się
członkiem partnerskich dla Kremla organizacji - Unii Europejskiej i NATO. Nie
stoją na przeszkodzie rozbieżne interesy i dążenia nie do pogodzenia. Dzielą
incydenty, czyli coś, co może doprowadzić do wybuchu pomiędzy krajami
stojącymi na krawędzi wojny, ale nie ma większego znaczenia w czasach pokoju
i globalnych powiązań.

Dyplomacja chuliganów
Najpierw w 1994 r. rosyjscy bandyci napadli na rosyjskich turystów na Dworcu
Wschodnim w Warszawie. Polska policja nie zareagowała. W atmosferze
dyplomatycznego skandalu premier Rosji Wiktor Czernomyrdin odwołał wizytę w
Warszawie. Kilka lat później grupa młodych Polaków wtargnęła na teren
rosyjskiego konsulatu w Poznaniu i spaliła rosyjską flagę. Z Moskwy rozległy
się oświadczenia o sile i znaczeniu gromu. Wizytę w Polsce odwołał minister
spraw zagranicznych Igor Iwanow. Po drodze było jeszcze wydalenie z Warszawy
rosyjskich szpiegów z analogicznymi retorsjami strony rosyjskiej,
aresztowanie polskiego statku "Aquarius" na Morzu Ochockim i inne incydenty.
Rezultat był zawsze taki sam: stosunki między Moskwą i Warszawą ulegały
zamrożeniu. Oczekiwane przez nas co najmniej od 1991 r. "nowe otwarcie w
stosunkach polsko-rosyjskich" oddalało się na czas nieokreślony.
Tak naprawdę ze strony Kremla nikt niczego nie chciał otwierać. Teraz
prezydent Putin zażądał przeprosin za napaść na dzieci rosyjskich dyplomatów.
40 milionów obywateli po jednej stronie granicy i 150 milionów po drugiej
znów winno zastygnąć w oczekiwaniu na konsekwencje barbarzyńskiego, acz
banalnego przestępstwa, zamiast dowiedzieć się o pomysłach na dobrosąsiedzką
współpracę.

Uczniowie Mołotowa
Bywały w naszej wspólnej historii lepsze czasy. Przez całe dziesięciolecia
nikt nie mówił o incydentach, a z Kremla płynęły zapewnienia o przyjaźni i
współpracy. Tylko w dziwny sposób Polska zawsze znajdowała się wtedy pod
rosyjską dominacją. Tak było w czasach rozbiorów i PRLÉ
Moskwa najwyraźniej nie ma pomysłu na stosunki z Polską jako równorzędnym
partnerem. W kremlowskim pojmowaniu europejskiego ładu zdają się pokutować
schematy z czasów Jałty i Paktu Ribbentropp - Mołotow. Kreml chciałby się
dogadywać tylko z równymi sobie - Waszyngtonem, Berlinem, Paryżem. Wspólnie z
nimi decydować o porządku w Europie. Zanim wstąpiliśmy do NATO, Moskwa
proponowała Zachodowi "krzyżowe gwarancje bezpieczeństwa" dla Polski i innych
krajów z radzieckiej strefy wpływów. Ziemia niczyja, wspólny protektorat,
albo - jak to określał Lech Wałęsa - "szara strefa" w środkowo-wschodniej
części kontynentu miałyby przenieść do nowej rzeczywistości sowiecki sposób
pojmowania polityki międzynarodowej i roli Rosji jako mocarstwa.

Bez pojednania
Po upadku Związku Sowieckiego wszystkim w Polsce wydawało się oczywiste, że
rezultatem przemian w Rosji będzie powstanie demokratycznego państwa w
zachodnim rozumieniu tego pojęcia. Stąd też płynął logiczny wniosek o
nieuchronnym pojednaniu od wieków zwaśnionych sąsiadów. Ale nic podobnego się
nie stało. Borys Jelcyn, zagubiony w nowej rzeczywistości komunistyczny
aparatczyk, pełen dobrych chęci, momentami naiwny i tylko intuicyjnie
wyczuwający ducha czasu, popełniał błędy. Wchodzącym w skład Rosji republikom
przyrzekał tyle suwerenności, ile "same potrafią udźwignąć". Lechowi Wałęsie
obiecywał rosyjską zgodę na przystąpienie Polski do NATO. Wszystko po to,
żeby się szybko z tego wycofać. Już wtedy widać było wyraźnie, że Rosja
pozostała Rosją. Odżyły stare uprzedzenia. Ukształtowany jeszcze w czasach
Wielkiej Smuty obraz nieprzyjaznej Polski powrócił z uśpienia.

Trzeci Rzym
Jak wielkim i traumatycznym wstrząsem był zwycięski pochód hetmana
Żółkiewskiego na Moskwę w 1610 r., pokazują ostatnie miesiące. Czterysta lat
po tamtych wydarzeniach niewygodne już z powodów ideologicznych święto
rewolucji październikowej przemianowano na rocznicę wypędzenia Polaków z
Kremla. Obraz zdradzieckiego Polaka podkopującego rosyjską potęgę utrwalają
ultranacjonalistyczne broszury, ale też poważne media i jeszcze poważniejsi
politycy. Lewacka gazeta "Zawtra" z epickim rozmachem nazywa Polskę "koniem
trojańskim" Europy, "stojącym u wrót twierdzy o nazwie Rosja". Zabawne
ekstremum, ale wyraziście uzmysławiające to, z czego Polacy prawie w ogóle
nie zdają sobie sprawy. Nie wiedzą, że Rosjanie postrzegają swój kraj jako
potężny Trzeci Rzym, ostoję i przewodnika Słowiańszczyzny. W prawosławnej
Rosji Polak katolik bywa postrzegany jak odszczepieniec, wyrzekający się
swoich korzeni w imię praktycznych (a zatem w tym pojmowaniu -
koniunkturalnych) interesów. Polskie zaangażowanie na Ukrainie i Białorusi
utwierdza tylko przekonanie o wrogości Polaków wobec Rosji i zdradzie
Słowiańszczyzny.
Prezydent Putin oficjalnie afirmuje Jałtę, nie zaprasza polskiego prezydenta
na jubileusz Kaliningradu. Świat według Kremla dzieli się na rządzących i
rządzonych. Putin nawet nie robi złudzeń, że powraca do tradycji
mocarstwowej, tyle że uwolnionej od komunistycznej ideologii. Moskwie trudno
pojąć, że Polacy znaleźli się wśród państw suwerennie wybierających sojusze.
Ale skoro już się tak stało, niech przynajmniej będą w drugim szeregu.

Bagno przeszłości
W 1984 r. świat obiegło zdjęcie, które mogłoby wzbudzić wesołość. Potężnej
postury kanclerz Niemiec Helmut Kohl trzymał za rękę drobnego francuskiego
prezydenta Fran÷ois Mitterranda. Wtedy nikt nie kpił i nie żartował. Na
grobach 700 tys. francuskich i niemieckich ofiar pierwszej wojny światowej
niedaleko Verdun doszło do symbolicznego pojednania Niemców i Francuzów. Tego
symbolu mogło nie być, bo przecież nic już nie dzieliło obu państw, Paryż i
Bonn wspólnie budowały zjednoczoną Europę. Jednak emocjonalny wymiar tamtego
uścisku uświadomił wszystkim ostateczny koniec stuleci konfliktów i najazdów.
Polska będzie prawdopodobnie jednym z ostatnich krajów w zjednoczonej
Europie, z którym Rosja będzie żyła bez uprzedzeń, zadrażnień, z
uporządkowanym polem traktatowym i prawnym.
Rosjanie i Polacy, głównie jednak z winy Rosjan, głęboko ugrzęźli w
przeszłości. I wcale nie chodzi o historyczne spory, tylko o sposób myślenia,
kompleksy, uprzedzenia i postrzeganie europejskiego ładu. Wielka Smuta
minęła, podobnie jak rosyjskie imperium. Ale jak to na Wschodzie, biesy wciąż
jeszcze biegają.

Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
Pełna wersja