Polskie kwiaty podbijają świat

16.08.05, 17:49

Sława!
Polskie kwiaty podbijają świat


zob wykresy:
gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33181,2869409.html
Róża, odmiana Dorrit
Fot. Paweł Słomczyński / AG



Wartość polskiego eksportu kwiatów ciętych i liczba kwiaciarni w Polsce
(infografika)






Piotr Miączyński 15-08-2005 , ostatnia aktualizacja 16-08-2005 13:09

Jeszcze pięć lat temu krajowy rynek był zasypany kwiatami z importu. Dziś to
nasi ogrodnicy inwestują na potęgę i właśnie szykują się do podboju Europy

- Kiedy kilka lat temu Holender oglądał polską szklarnię o powierzchni 2 tys.
m kw., pytał uprzejmie ogrodnika: "Uprawa kwiatów to twoje hobby?" - wspomina
Ryszard Kostelecki, prezes Tyskiej Giełdy Kwiatowej.

Rodzimi kwiaciarze w porównaniu z zagranicznymi rywalami znajdowali się
wówczas w epoce kamienia łupanego. Tam w gigantycznych kilkuhektarowych
szklarniach były już komputery, które sterowały nawadnianiem, wilgotnością
oraz temperaturą, tworząc np. klimat jak w tropikalnej dżungli. U nas - tylko
grabie i konewki.

Rynek opanowali importerzy, którzy sprowadzali tanie rośliny z Holandii. To
ona od lat dzieli i rządzi w kwiaciarskim biznesie. Wielu producentów, nie
wytrzymując konkurencji niderlandzkich rolników produkujących co drugi kwiat
cięty na świecie i niemal połowę roślin doniczkowych, przerzuciło się na
uprawę pomidorów i sałaty.

Przetrwali najsilniejsi

Od pewnego czasu sytuacja jednak się odwraca. Obroty importerów spadły o
połowę. A Polacy odzyskują krajowy rynek i coraz odważniej wychylają nos poza
granice kraju. Jak do tego doszło?

Po holenderskim potopie w branży zostali najtwardsi i najbardziej zawzięci
rolnicy, którzy nie bali się ryzyka - inwestowali w supernowoczesne
szklarnie, kupowali drogie cebulki i sadzonki zza granicy oraz uczyli się
nowoczesnego ogrodnictwa. Tylko w ubiegłym roku do kraju sprowadzono sto
hektarów szklarni. Łączna powierzchnia upraw pod szkłem wynosi teraz ok. 900
ha, z czego 140 ha to róże, a 30 ha - anturium, które stało się polską
specjalnością.

Aby odnieść sukces, nie wystarczy mieć dobry produkt. Ogrodnicy muszą także
nauczyć się elastycznie reagować na popyt. Kwiaciarskim rynkiem rządzi moda. -
Kilka lat temu przebojem w Holandii i w Niemczech był carex, który u nas nie
odniósł sukcesu, bo z wyglądu przypominał zwykłą trawę - opowiada Zbigniew
Wódz z firmy Tomaszewski. Ale teraz sporą popularnością cieszy się z kolei
nefrolepis, czyli zwykła paproć.

Problemem kwiatowego rynku są też... chwasty wśród naszych hodowców. Każda
odmiana kwiatów jest opatentowana. Aby móc ją hodować i sprzedawać, trzeba
płacić za licencję. Ale część naszych producentów wykupuje prawa do kilku
odmian, a inne... kopiuje i sprzedaje nielegalnie. Dotyczy to przede
wszystkim róż.

Polacy będą kupować więcej kwiatów

Nasi ogrodnicy inwestują z dwóch powodów. Po pierwsze, liczą na szybki wzrost
popytu w kraju. Na razie na kwiaty wydajemy mało. Cały rynek według szacunków
holenderskiego ministerstwa rolnictwa (bo wiarygodnych krajowych danych nie
ma) wart jest ponad 400 mln euro. Przeciętny Polak wydaje na kwiaty 10 euro
rocznie. Dla porównania Szwajcarzy wydają na nie 130 euro, Holendrzy - 100,
Norwegowie - 112, a Słoweńcy - 45 euro.

Od zachodniej Europy różni nas jednak nie tylko wysokość wydatków. Polacy
kupują kwiaty na ślub, urodziny czy imieniny, a rośliny doniczkowe trzymają w
mieszkaniach latami. Na Zachodzie jest inaczej - doniczkowe rośliny wyrzuca
się, gdy tylko przekwitną, a duże bukiety kupuje bez okazji, np. do dekoracji
sklepowych wystaw czy biur. Nasi kwiaciarze liczą na to, że w miarę upływu
czasu oraz bogacenia się społeczeństwa te zwyczaje przeniosą się i do nas.

A Zachód już kupuje polskie anturium

Nasi kwiaciarze liczą też na eksport, który rośnie w szybkim tempie.

O ile w 2003 r. polscy ogrodnicy sprzedali kwiaty cięte za 6,3 mln zł, o tyle
rok później już za ponad 17 mln zł, a w pierwszym kwartale tego roku ich
eksport przyniósł 4,4 mln zł - wynika z danych GUS.

Nasi ogrodnicy to dziś europejski numer jeden w hodowli krzewów ozdobnych
oraz klonowaniu roślin. Jesteśmy też drugim co do wielkości producentem
anturium w Europie - z Polski pochodzi co szósty kwiat ze 120 mln
produkowanych co roku. A uprawa anturium to spora sztuka, bo ten tropikalny
kwiat jest niezwykle wrażliwy na zmiany klimatu. Za to w wazonie można go
potem trzymać nawet półtora miesiąca.

Prym wśród eksporterów wiedzie gospodarstwo Marii i Jarosława Ptaszków ze
Stężycy koło Dęblina. Ptaszkowie uprawą kwiatów parają się od lat 70.
Specjalizują się w anturium (2,5 mln sztuk rocznie), ale sprzedają też
kilkanaście milionów róż. Kwiaty u Ptaszków rosną pod szkłem na powierzchni
ponad 10 ha i są wysyłane do Niemiec, Włoch, Rosji oraz Holandii. Wszystkie z
obowiązkowym napisem na opakowaniu: "polskie anturium" oraz "polska róża". To
na Zachodzie symbol najwyższej jakości.

Zdaniem specjalistów szansą dla naszych ogrodników jest sprzedaż do
południowej oraz wschodniej Europy. Rynek jest tam jeszcze mało rozwinięty, a
konkurencja niewielka - podobnie jak odległość od naszych giełd kwiatowych.
Tamtejsze hipermarkety próbuje już podbić np. największy w kraju wytwórca
kwiatów doniczkowych firma Tomaszewski.

Zdążyć z halą przed walentynkami

Na kwiatowym boomie zarabiają nie tylko rolnicy. Świetnie radzą sobie
producenci wstążek do kwiatów - tu prawdziwym zagłębiem jest Łódź, gdzie
działa kilkadziesiąt firm. Rośnie też liczba kwiaciarni. Na koniec 2004 r.
było ich w kraju 14,2 tys. Dziś już 15,2 tys.

Rozrasta się i cywilizuje rynek hurtowy, gdzie ogrodnicy spotykają się z
kupcami. Dziś rośliny w całym kraju często sprzedawane są kwiaciarniom z
ciężarówek niezależnie od tego, czy na dworze jest 30-stopniowy upał, czy
silny mróz. Bywa więc i tak, że klient kupuje kwiaty, wstawia je do wazonu, a
następnego dnia nadają się one tylko do wyrzucenia.

Aby uniknąć podobnych sytuacji, kilka tygodni temu Tyska Giełda Kwiatowa
ogłosiła decyzję o budowie nowej hali za 12 mln zł. Prawie połowę pochłoną
m.in. specjalne klimatyzatory, dzięki którym w budynku przez cały rok będzie
panowała temperatura 16 st. C. To znacznie wydłuży termin przydatności
ciętych kwiatów - nawet o siedem-dziesięć dni.

Obiekt o powierzchni 6 tys. m kw. będzie oddany do użytku na początku
przyszłego roku. Kierownictwu tyskiej giełdy bardzo zależy na dotrzymaniu
styczniowego terminu otwarcia, bo chce zacząć działalność przed szczytem
obrotów, czyli walentynkami oraz Dniem Kobiet.

Nie ma organizacji, nie ma pieniędzy

Paradoksalnie, mimo niewątpliwych sukcesów w produkcji i sprzedaży kwiatów
sama branża jako taka nie ma siły przebicia. Brakuje organizacji
zrzeszających producentów kwiatów, co utrudnia chociażby starania o dotacje z
Unii Europejskiej. Pieniądze - nawet 100 tys. euro rocznie -przysługują
bowiem przede wszystkim rolnikom zrzeszonym w grupach producenckich.
Tymczasem na 105 zarejestrowanych w kraju grup tylko jedna należy do
kwiaciarzy.

Kuleje również marketing. Kiedy "Gazeta" zapytała Izbę Producentów i
Handlowców Roślin Ozdobnych, która odpowiada za promocję branży, o wartość
rynku kwiatów w kraju oraz perspektywy rozwoju eksportu, usłyszeliśmy, że...
takie dane objęte są tajemnicą handlową.


Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
Pełna wersja