ignorant11
18.08.05, 05:50
Sława!
PRZEGLĄD
www.msz.gov.pl/index.php?
page=1341313000&PHPSESSID=f4b7984f831f167855ecd9ce80065005
Piekło nad Niemnem
Gdyby nie awanturnictwo "przegranych" działaczy Związku Polaków na Białorusi,
nie byłoby dziś tak wielkiej wrogości
Kazimierz Pawełek jest senatorem RP, członkiem Komisji Kultury i Środków
Przekazu oraz Komisji Emigracji i Polaków za Granicą. Z ich umocowania
zajmuje się mediami polonijnymi (przewodniczący Rady Programowej TVP USA)
oraz sprawami Polaków na Białorusi i Ukrainie (ponad 50 wizyt podczas
kadencji), promując przede wszystkim ich dostęp do oświaty, kultury i
edukacji w Polsce oraz obywatelskie bezpieczeństwo i równe traktowanie w
krajach zamieszkania.
Z zawodu dziennikarz. Debiut w 1953 r. w krakowskim "Dzienniku Polskim", po
proteście przeciwko rozwiązaniu "Po prostu" zajął się pisaniem tekstów
satyrycznych. W 1971 r. powrócił do zawodu dziennikarskiego. Przez 20 lat
w "Kurierze Lubelskim", w tym przez 10 (do 2001 r.) w roli redaktora
naczelnego sprywatyzowanej gazety, która odniosła w tym czasie
bezprecedensowy sukces czytelniczy. Nigdy nie był w żadnej partii
politycznej. W Senacie jest członkiem klubu SLD-UP.
- Polskie media, niekiedy w poetyce relacji wojennych, przynoszą doniesienia
z Grodna i okolic, gdzie trwają represje władz przeciwko Związkowi Polaków na
Białorusi. Z ramienia Senatu RP zajmował się pan naszymi rodakami przez całą
dobiegającą końca kadencję. Niedawno też pan tam był. Zacznijmy od diagnozy.
- Dzieje się bezprawie. Łamane są prawa człowieka, prawa obywatelskie zaś
ograniczane. To, że Związek Polaków na Białorusi padnie ich ofiarą, nie było
trudne do przewidzenia, była to bowiem ostatnia bodaj organizacja mniejszości
narodowych zachowująca niezależność od Łukaszenkowskiej administracji oraz
wyrażająca wobec niej swoje, wielokroć krytyczne stanowisko. Z bólem muszę
użyć czasu przeszłego. Milicja i organy bezpieczeństwa spacyfikowały
praktycznie jej działalność, a aktywistów poddają represjom i zastraszaniu.
Z jeszcze większym bólem muszę stwierdzić, że obok natury reżimu panującego
na Białorusi za wykreowanie sytuacji odpowiedzialne są też... środowiska
polskie. Powiem nawet, że to one zainspirowały administrację i ośmieliły do
akcji, jaką dziś obserwujemy.
- Mocne słowa. Na ogół nie do usłyszenia w mediach...
- Nie jest tak, że są dwie strony. Czarna jak smoła białoruska i śnieżnobiała
polska. To grube uproszczenie. Kryzys jest także skutkiem polskiego piekła, z
którym mamy do czynienia zarówno w kraju, jak i wśród Polaków żyjących poza
granicami. I to niezależnie od tego, czy sami z Polski wyjechali, czy też to
ona... wyjechała od nich.
- No dobrze, jak nie jest t a k, to... jak jest?
- Najpierw rys historyczny. Bez tego trudno będzie pojąć genezę konfliktu.
Związek Polaków na Białorusi działa niemal 17 lat. Jednym z jego założycieli
i wieloletnim prezesem był Tadeusz Gawin. Za jego czasów nawiązane zostały
bliskie związki organizacji ze Wspólnotą Polską i Senatem RP. Popłynęła pomoc
materialna dla rodaków. Zaczęto budować z naszych środków domy polskie i
szkoły. Rozbudowane też zostały struktury organizacyjne ZPB, w których praca
wiązała się niejednokrotnie z poprawą warunków życiowych i w związku z tym
była przedmiotem pewnego pożądania. W drugiej połowie lat 90. prezes Gawin
aktywnie włączył się w nurt silnie akcentującej elementy narodowe opozycji
białoruskiej. W związku rozpoczęła się dyskusja, czy dla Polaków na Białorusi
lepsze jest otwarte zwalczanie Łukaszenki, czy też raczej trzymanie się z
dala od polityki. Finałem tych dyskusji był V Zjazd ZPB, na którym na prezesa
wybrano zwolennika drugiej opcji, Tadeusza Kruczkowskiego, doktora na
uniwersytecie w Grodnie. Grupa Gawina oczywiście zachowała antagonizm.
Kruczkowski szybko stał się czołową postacią polskiej społeczności na
Białorusi. Zrobił też karierę w światowych środowiskach polonijnych. Został
sekretarzem Europejskiej Unii Wspólnot Polonijnych oraz członkiem
siedmioosobowej Polonijnej Rady Konsultacyjnej przy marszałku Senatu RP.
Utrzymywał systematyczne kontakty z Senatem RP, Wspólnotą Polską,
Ministerstwem Spraw Zagranicznych i występował w telewizji. Z końcem 2004 r.
mijała kadencja władz ZPB, a prezes nie wyznaczał terminu nowego zjazdu.
Sprawy postanowił wziąć w swe ręce wiceprezes Józef Porzecki. Jak słyszałem,
podczas nieobecności Kruczkowskiego Porzecki zebrał Zarząd ZPB i zawiesił
prezesa, sam przejmując ster. Kruczkowski po powrocie oczywiście nie przyjął
tego do wiadomości. Powstała swego rodzaju "dwuwładza". Sytuacja patowa...
- Ożywiana, radującym białoruską administrację, polskim folklorem w
postaci "spalenia się" auta Kruczkowskiego, pomówieniem go o... zgwałcenie
studentki oraz podbiciem mu oka przez Porzeckiego.
- Wszystkie te wydarzenia znam z relacji wzajemnie się wykluczających. Auto
istotnie spłonęło, prokuratura zajmowała się plotkami o studentce, a sąd
skazał Józefa Porzeckiego na 10 dni aresztu za naruszenie nietykalności
Tadeusza Kruczkowskiego, na zamkniętej rozprawie bez udziału oskarżonego.
- A co z wyborami?
- Jedna część związkowych działaczy była zainteresowana wyborami, druga nie.
Kruczkowski starał się przekonać władze, że nie pora na wybory, a one
wysyłały stosowne ostrzeżenia do ZPB, żeby się nie zbierał. Porzecki parł do
zjazdu. Wreszcie w dniach 12-13 marca br. w szkole polskiej w Grodnie do
niego doszło. Można by rzec, że Kruczkowski przegrał tę rundę, ale nie do
końca, bo na dwa dni przed zjazdem milicja zabrała Porzeckiego do aresztu,
aby odsiedział zasądzone 10 dni. Nie wziął więc udziału w zjeździe. Na
Kruczkowskiego atak przypuścił Tadeusz Gawin, zarzucając mu uległość wobec
administracji Łukaszenki i wyprzedaż polskich interesów. Ten bronił idei
apolityczności, a ponadto wskazywał, że ZPB powinien brać przykład z
organizacji Polonii niemieckiej i samodzielnie zarabiać pieniądze, a nie
tylko spoglądać na Warszawę. Ostatecznie Kruczkowski stosunkiem głosów 210 do
54 otrzymał absolutorium za minioną kadencję, ale wybory przegrał różnicą 36
głosów (152:116) z 31-letnią nauczycielką z Grodna, Andżeliką Borys.
- Czy to była sensacja?
- Zapewne tak. Nieobecność Porzeckiego nie pomogła Kruczkowskiemu i jego
zwolennikom. Zamiast przyjąć wyniki z godnością, zaczęli składać do władz
białoruskich donosy kwestionujące wybory i domagać się ich unieważnienia,
szkalując nowo wybranych. Roztaczali przy tym administracji - jak widać -
jakieś katastroficzno-spiskowe wizje, w tym o "amerykańskiej inspiracji",
rzekomych dążeniach rewindykacyjnych, jakie zaraz padną ze strony polskiej
itd. Tym swoim donosicielstwem spowodowali podjęcie niezgodnej z prawem, bo
wydanej w trybie administracyjnym, a nie przez sąd, decyzji o unieważnieniu
wyborów. Jej uwieńczeniem był zajazd na siedzibę ZPB w Grodnie w wykonaniu
Tadeusza Kruczkowskiego na czele oddziału milicji i OMN w nocy z 27 na 28
lipca br. Śmiem twierdzić, że gdyby nie to awanturnictwo "przegranych", nie
byłoby dziś konfliktu o takiej skali emocji i festiwalu wzajemnych gestów
wrogości.
- Targowica?
- To dobra analogia. Załatwianie polskich spraw z udziałem obcych i
przeciąganie ich na swoją stronę budzi u mnie jak najgorsze uczucia. O ile
jeszcze możliwe było szukanie jakiegoś kompromisu, kiedy w wewnętrzne sprawy
Polaków na Białorusi nie były wmieszane lokalne władze, o tyle teraz sytuacja
jest bardzo zła i nieprzewidywalna. I to nasza polska robota! Tak jak Ksawery
Branicki nie był w stanie pogodzić się z decyzjami Sejmu Czteroletniego i
ganiał do dworu Katarzyny II z żądaniem rozwiązania tego "polskiego bałaganu
i anarchii", tak Tadeusz Kruczkowski pognał do dworu Aleksandra Łukaszenki z
analogicznymi dezyderatami. Jeden i drugi zostali wysłuchani. I użyci...
- U