Kto się boi Andżeliki Borys?

20.08.05, 16:53

Sława!
Kto się boi Andżeliki Borys?

kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53581,2873857.html




Andżelika Borys
Fot. Robert Kowalewski / AG GW 050729 RK DIG



Andżelika Borys, prezes Związku Polaków na Białorusi, wchodzi na kolejne
przesłuchanie w prokuraturze. Grodno, 3 sierpnia 2005 r.
Fot. Robert Kowalewski / AG



Andżelika z babcią Marią, która nauczyła ją polskiego. Po babci Andżelika
odziedziczyła twardy charakter
Fot. z archiwum domowego. Przefotografował: Robert Kowalewski



Babcia Maria potajemnie przygotowała wnuczkę do pierwszej komunii
Fot. Robert Kowalewski / AG GW 050729 RK DIG



Andżelika Borys w objęciach ojca. Czesław Borys przyjechał ze wsi Gribienije
(przed wojną Grzebienie), gdzie mieszka, do Grodna, żeby podtrzymać córkę na
duchu. 28 lipca 2005 r.
Fot. Robert Kowalewski / AG GW 050728 RK DIG



Borys odczytuje radzie ZPB decyzję białoruskiego ministerstwa
sprawiedliwości, zgodnie z którą nowe władze związku zostały zdelegalizowane.
14 maja 2005 r.
Fot. Grzegorz Dąbrowski / AG



Polacy zbierają się pod utraconą siedzibą ZPB. 28 lipca 2005 r.
Fot. Robert Kowalewski / AG GW 050728 RK DIG



Na początku sierpnia Donald Tusk odwiedził polską mniejszość na Białorusi.
Pojawił się też pod siedzibą ZPB. Grodno, 2005 r.
Fot. Robert Kowalewski / AG GW 050801 RK DIG



Andżelika Borys jako nauczycielka polskiego w swoim parafialnym Odolsku
Fot. z archiwum domowego. Przefotografował: Robert Kowalewski



Fot. Robert Kowalewski / AG



Fot. Robert Kowalewski / AG GW 050803 RK DIG



Fot. Piotr Redlinski




Tekst: Wacław Radziwinowicz 20-08-2005, ostatnia aktualizacja 18-08-2005
15:30

Należy do tych kobiet, które, czując stałe zagrożenie, przybierają na wadze.
Martwi się tym, ale próbuje się pocieszać: - To nic. W końcu mnie posadzą,
wtedy w więzieniu ogłoszę głodówkę i wrócę do normy

czytaj dalej »

r e k l a m a




Dowcip taki bardziej wisielczy. Andżelika dobrze wie, że białoruskie
więzienie nie jest miejscem na poprawianie urody. Opowieści jej najbliższych
współpracowników, którzy już siedzą, nie pozostawiają złudzeń.

Na "narach" jak sardynki

W Lidzie siedzi Andrzej Pisalnik, redaktor naczelny "Głosu znad Niemna",
organu Związku Polaków na Białorusi, i Andrzej Poczobutt, polonijny
dziennikarz. Tam do niedawna siedzieli też Józef Porzecki, wiceprezes ZPB, i
działacz związkowy Mieczysław Jaśkiewicz. W Grodnie trzymają Tadeusza Gawina,
założyciela ZPB i pierwszego prezesa Związku, razem z nim siedzi Wiesław
Kiewlak, zastępca Andżeliki.

Na Białorusi skazanych na krótkie wyroki - a Łukaszenko politycznych sadza
teraz na 10-15 dni - trzymają w SIZO (Sledstwiennyj Izolator Wriemiennego
Sodierżanija), czyli areszcie śledczym. A SIZO to w tym kraju, podobnie jak w
Rosji, najbardziej paskudne miejsce w fatalnym systemie więziennym.

Typowa cela czy to w Lidzie, Grodnie czy w stołecznym Mińsku to betonowa
klatka o wymiarach 5 na 3 m. Większą jej część zajmują "nary", postument z
brudnych desek, na którym się śpi. Bez materaca, koca. Jeśli się dobrze
trafi, w celi ma się paraszę - metalowy kibel, do którego ludzie załatwiają
się na oczach współwięźniów. Jeśli nie ma kibla, za potrzebą wyprowadzają dwa
razy na dobę. Łaźnia zgodnie z regulaminem przysługuje więźniowi raz na
tydzień. Ale nikt z moich znajomych, którzy byli w którymś z SIZO, nigdy jej
nie widział. Opłukać twarz można w zasadzie tylko wtedy, kiedy w paczce od
krewnych dostanie się butelki z wodą mineralną. Choć pod sufitem przez
okrągłą dobę pali się goła żarówka, jest zbyt ciemno, by czytać.

Do jednej celi wsadzają tu i po dziesięć osób. Politycznym lubią podsadzić
włóczęgów, alkoholików. I całe to towarzystwo, przytulając się do siebie jak
sardynki w puszce, próbuje spać na jednych twardych narach.

Ci, którzy odsiedzieli swoje dwa tygodnie, wychodzą brudni i wychudzeni, bo
bałanda, czyli serwowana raz dziennie zupa, za którą więzień musi zapłacić
dolara, do jedzenia się nie nadaje.

Ale kto wie, czy Andżelika, kiedy wreszcie - w co nikt nie wątpi - trafi do
więzienia, rzeczywiście nie odetchnie. Może w SIZO nie będą dochodzić odgłosy
obławy, którą osacza ją białoruski dyktator, jego KGB, prokuratura, posłuszne
Łukaszence media, liczni - jak się okazuje - konfidenci służb specjalnych w
szeregach ZPB. Cały aparat państwowy od marca, kiedy Andżelika Borys została
niespodziewanie wybrana na prezesa Związku, masakruje psychicznie tę 31-
letnią prostą dziewczynę.

Oblężenie Domu Polskiego

Umawialiśmy się z Andżeliką na początek sierpnia. Mieliśmy przyjechać do niej
na parę dni, rozmawiać o jej życiu, rodzinie, planach - tak jak to zazwyczaj
robimy z bohaterkami tekstów w "Wysokich Obcasach". Przyjechaliśmy do Grodna
wcześniej, w środę 27 lipca, bo już było jasne, że ostateczna rozprawa z nią
i Związkiem Polaków na Białorusi rozpocznie się lada chwila.

We wtorek w Szczuczynie milicja aresztowała Porzeckiego, Poczobutta i
Jaśkiewicza. Agenci przyszli też po Pisalnika. Nie wzięli go, bo akurat był w
Bratysławie.

Władze oczyszczały przedpole przed zaplanowanym na środę w Szczuczynie
posiedzeniem byłej Rady Naczelnej ZPB. Byłych członków zwoływał Tadeusz
Kruczkowski, idący na pasku KGB były szef Związku. Jasne było, że Rada miała
zdjąć Andżelikę ze stanowiska i dać władzom pretekst do przejęcia ZPB siłą.

Kiedy przyjechaliśmy do Grodna w środę rano, okazało się, że domek przy
skrzyżowaniu ulic Dzierżyńskiego i 17 Września (obchodzonego tu jako dzień
wyzwolenia - od panowania polskiego oczywiście), gdzie mieści się główna
siedziba ZPB, otaczają gromady tajniaków z KGB. Wszędzie wokół było też pełno
milicji. Wchodzących i wychodzących z budynku starannie filmował operator
milicyjny.

Tak tu było od kilku tygodni, kiedy sam Łukaszenko, a za nim jego telewizje
zaczęli oskarżać Andżelikę, jej współpracowników i władze w Warszawie, że
chcą przekształcić Białoruś w drugie Kosowo, kraj ogarnięty wojną domową.
Teraz jednak pojawiło się coś nowego - samochody z rosłymi chłopami z OMON-u,
formacji służącej do szturmów i rozganiania demonstracji.

Za ręce i nogi

W samym Domu Polskim zamieszanie. Wzburzona Andżelika, odpalając jednego
papierosa od drugiego, przekrzykuje się z zapłakaną Haliną Jakołcewicz,
szefową miejscowego koła Sybiraków: - Pojadę! - Nie pojedziesz. Znowu
dostaniesz ataku i jeszcze umrzesz! Albo cię zamkną jak tamtych i z kim my
zostaniemy! - podnoszą głosy tak, że chwilami zagłuszają chór kilkunastu
starszych pań śpiewających "Rotę" i "Pod Twoją obronę", znak dla agentów
czyhających pod oknami, że są gotowe bronić swojego domu.

Andżelika rwie się, by jechać do Lidy na proces trójki współpracowników, albo
do Szczuczyna, gdzie zbierają się związkowi renegaci. - Żeby popatrzeć im w
oczy, zobaczyć, kto zdradził - tłumaczy.

- Uspokój się! - błaga pani Halina. Opowiada, że po Andżelikę też już
przychodzili. Koło północy ktoś dobijał się do jej mieszkania. - Nie
otworzyła drzwi i dobrze zrobiła. Ale kiedy rano przyszła do pracy, zasłabła.
Serce. Wzywaliśmy lekarza. Zrobił zastrzyk. Dał leki. I jak teraz jechać!
Przecież albo posadzą, albo sama się wykończy. Co robić? - szuka rady
zrozpaczona pani Halina.

Na szczęście na wolności są jeszcze Kiewlak i Gawin. Pod wieczór przyjedzie
Pisalnik. Można zamknąć się z nimi w gabinecie prezesa. Spokojnie naradzić.

Ale tego gabinetu wieczorem już nie będzie. Wedrze się tu szef grodzieńskiej
milicji płk Jurij Czebanow i każe się wszystkim wynosić, bo tak kazał
minister sprawiedliwości Republiki Białoruś, a renegaci od Kruczkowskiego
ogłosili, że wyrzucają Andżelikę i jej współpracowników ze Związku i zwołują
nowy zjazd ZPB. Tymi,
    • ignorant11 Re: Kto się boi Andżeliki Borys?(2) 20.08.05, 16:54

      Sława!
      Za kilka dni nie będzie już też ani Gawina, ani Kiewlaka, ani Pisalnika.
      Zgarnęli ich zaraz po tym, jak do Grodna ze słowami wsparcia dla Andżeliki i
      jej zwolenników przyjechał z Warszawy wicemarszałek Sejmu Donald Tusk. Ludzie
      Łukaszenki pokazali Andżelice i trzymającym się jej Polakom, że żadna Polska im
      nie pomoże. Tydzień później nie przepuścili przez granicę jadących do Grodna
      polskich deputowanych do Parlamentu Europejskiego.

      Tajniacy, "minimałki" i kamerzysta

      Wokół jej domu, typowego pięciopiętrowego bloku z wielkiej płyty, jakie w
      czasach Breżniewa budowano w całym demoludzie od Kamczatki do Berlina, stale
      czuwają agenci.

      Na uliczce biegnącej wzdłuż budynku co jakiś czas pojawia się samochód bez
      tablic rejestracyjnych. Białorusini wierzą, że takimi nieoznakowanymi wozami
      jeżdżą tajniacy ze "szwadronów śmierci", które porywają i likwidują ludzi
      niewygodnych dla władzy. Trudno powiedzieć, czy to prawda. W każdym razie
      pojawienie się wozu bez tablic pod czyimś domem budzi trwogę.

      Wszędzie, gdzie Andżelika spotyka się ze swymi zwolennikami, natychmiast zjawia
      się i major Chilko. Lubi postraszyć trzy starsze panie stojące pod prokuraturą,
      gdzie przesłuchują Andżelikę, że ich obecność w miejscu publicznym może "być
      oceniona jako nielegalne zgromadzenie", za co grozi kara wysokości iluś
      tam "minimałek" ("minimalne wynagrodzenie za pracę" - dziś na Białorusi to ok.
      12 dol.). Chilko szczodrze szafuje "minimałkami" - grozi, że będzie ich tyle,
      że i cała roczna emerytura nie wystarczy na opłacenie grzywny.

      A tam, gdzie Andżelice uda się rozmawiać z ludźmi, natychmiast zjawia się
      kamera milicyjna. Jej operator, niski, rudawy, jest nawet dosyć sympatyczny.
      Rozmawia z polskimi fotoreporterami. Czasem pomacha do obiektywu. Kiedy
      poproszą, grzecznie wyjdzie z kadru. Za nic jednak nie chce powiedzieć, czy
      państwowa telewizja, która codziennie wykorzystuje świeże nagrania z jego
      milicyjnej kamery, płaci mu honoraria.

      Przesłuchania chodzą parami

      Milicjanci i prokuratorzy rozmiękczają Andżelikę przesłuchaniami. Najpierw
      dostaje wezwanie na milicję. A kiedy ją tam maglują, dzwoni prokurator
      i "serdecznie zaprasza" do siebie, jak tylko "pani wyjdzie z komendy".

      - A wezwanie? - pyta Andżelika.

      - Wręczymy, kiedy tylko się pani u nas zjawi - odpowiada słuchawka.

      O co pytają? O to, kto pomaga Pisalnikowi drukować w Polsce związkowy "Głos
      znad Niemna", którego nie chce drukować państwowa drukarnia w Grodnie. O
      związkowe pieniądze, które miała ukraść. O sprzęt przysłany z Polski, który też
      ponoć przepadł.

      I grożą. Jeśli jej zwolennicy nie przestaną się zbierać, modlić i śpiewać pod
      chronionym przez milicję i zajętym przez Kruczkowskiego Domem Polskim,
      to "porozmawiamy inaczej". Rozumie, że "inaczej" znaczy, że zamkną.

      Rozmowy z prokuratorami rejestruje kamera. Trzeba uważać na każde słowo, bo ten
      zapis mogą już wieczorem pokazać w ogólnopaństwowej telewizji.

      - Oni nie prowadzą żadnego formalnego śledztwa, nie szukają dowodów winy. Jeśli
      zechcą, sfabrykują dowody. U nas w sprawach politycznych jako świadkowie
      najczęściej występują milicjanci, którzy recytują wykute formułki. Władze
      wiedzą, że ostatecznie rozprawią się z niezależnym Związkiem Polaków dopiero,
      kiedy uda im się złamać Andżelikę. I temu służą te przesłuchania, straszenie.
      Dla nich najlepiej by było, gdyby wystraszona sama się wycofała, schowała w
      mysią dziurę - mówi Mykoła Markiewicz, wybitny opozycyjny dziennikarz, który
      sam przeszedł przez śledztwa i więzienie.

      Co napisała Alina?

      W mysią dziurę, o której mówi Markiewicz, schowała się Alina Jaroszewicz,
      szefowa oddziału Związku Polaków na Białorusi w przygranicznym Brześciu.

      Ją, wykładowczynię na miejscowej uczelni, też łamali na przesłuchaniach.
      Próbowała się bronić, napisała list do Zarządu Głównego ZPB. Pisała, że milicja
      próbuje zrobić z niej agenta, że przesłuchuje po nocach, straszy wszczęciem
      sprawy kryminalnej.

      Kiedy Związek przesłał jej skargę do ministerstwa sprawiedliwości i KGB,
      żądając wyjaśnień, przerażona uciekła do Polski. Kompletnie załamana przyszła
      do mnie do redakcji. Bała się wracać. Bała się, że jeśli nie wróci, coś
      strasznego stanie się z jej rodziną. Pokazywała mi swój list, potwierdzała, że
      to ona go napisała, ale prosiła, żeby w gazecie napisać, że żadnego listu nie
      było.

      Wróciła do Brześcia. Kilka dni później główny kanał telewizji białoruskiej
      nadał reportaż, w którym znalazła się udzielona ponoć radiu w Brześciu
      wypowiedź pani Jaroszewicz, że skarga nie jest jej autorstwa. A ona sama
      zniknęła. Jej telefony komórkowe zamilkły. Mama, do której się dodzwoniłem,
      zapewniła mnie, że "Alina wyjechała na długo i daleko".

      W przeddzień szturmu na Dom Polski w Grodnie do siedziby ZPB nie wiadomo skąd
      przyszła faksem jej rezygnacja z wszelkich funkcji związkowych.


      Pozdrawiam i zapraszam na:
      Forum Słowiańskie
    • ignorant11 Re: Kto się boi Andżeliki Borys?(3) 20.08.05, 16:55
      Nie wiem, o co pan pyta

      Po podwójnych przesłuchaniach Andżelika jest na ostatnich nogach. Skrajnie
      zdenerwowana. Kiedy przed prokuraturą zadałem jej jakieś proste pytanie,
      spojrzała na mnie wystraszona i odpowiedziała: - Nie rozumiem, o co pan pyta.

      - Andżeliko, przecież jesteśmy na ty.

      - Przepraszam. Myślę już tylko o tym, żeby zamknąć się w domu, odpocząć.

      Atak z ekranu

      A w domu wieczorami wcale nie jest spokojnie. Przychodzą dziennikarze. Stale
      dzwonią z jakichś redakcji. Andżelika odpowiada po polsku, po rosyjsku, po
      białorusku. O 20.30 czasu miejscowego zaczynają się w powszechnie tu oglądanym
      pierwszym programie Telewizji Polskiej "Wiadomości". Zazwyczaj jest reportaż z
      Grodna Agnieszki Romaszewskiej, reakcje Polaków na to, co dzieje się na
      Białorusi. To podnosi na duchu. Polska pamięta, Polska popiera.

      A zaraz potem psychiczny zjazd. O 21.00 zaczyna się "Panarama", główny program
      informacyjny telewizji białoruskiej. Głównym bohaterem jest tam od zawsze
      Łukaszenko. Prezydent rozwalony za biurkiem uczy ministrów, jak zbierać zboże,
      rozwijać oświatę, leczyć dzieci. Ministrowie, stając za przystawionym do
      prezydenckiego biurka stołem, coś dukają albo wystraszeni milczą.

      Kiedy znika prezydent i jego podwładni, na ekranie pojawia się Andżelika,
      wcielenie zła. Telewidzowie dowiadują się, że, działając na polecenie z
      Warszawy i Waszyngtonu, próbuje wzniecić niepokój w ich spokojnym kraju. Że
      podburza i spiskuje. Że świadkowie oskarżają ją o kradzież tysięcy dolarów, za
      które kupiła sobie dwa mieszkania i buduje willę. Ulubioną ilustracją tych
      informacji jest teczka z napisem "dieło" (sprawa - w tym przypadku kryminalna)
      i czyjeś dłonie przeliczające banknoty studolarowe.

      Po "Panaramie" program publicysty czny "Komentarz dnia" albo "W centrum uwagi" -
      znów opowieści o spisku, Amerykanach, dolarach. I o tym, że na Białorusi nikt
      nie dyskryminuje mniejszości polskiej, a dyskryminacja to jest w Polsce,
      gdzie "mniejszości żyją jak Indianie w rezerwatach".

      Andżelika podenerwowana próbuje dyskutować z telewizorem. Znowu pali jednego
      papierosa po drugim, tłumaczy polskim dziennikarzom, którzy jak co dzień
      zasiedzieli się w jej gościnnym domu, że nie kradła, że nie ma żadnej willi.

      O Borysach spod Sokółki

      W przerwach między telefonami Andżelika próbowała opowiadać o rodzinie. O
      Borysach, których wielu mieszka pod Sokółką. O dziadku Antonim, ochotniku
      walczącym u Piłsudskiego z bolszewikami.

      Przed wojną Antoni za pieniądze zarobione na saksach we Francji kupił kawał
      ziemi we wsi Grzebienie. Andżelika jak największą relikwię przechowuje akt
      notarialny na tę ziemię spisany przez notariusza w Sokółce.

      Potem, kiedy po 17 września 1939 roku do Grzebieni przyszli Sowieci, Antoni
      przez tę ziemię i tego Piłsudskiego musiał ukrywać się w ziemiance w lesie.
      Wytrwał w lesie do czasu przyjścia Niemców.

      Po wojnie Grzebienie znalazły się sześć kilometrów za nową granicą Polski. Ta
      wioska do dziś jest niedostępna dla obcych. Na Białorusi, żeby się dostać do
      strefy przygranicznej, trzeba się wystarać o specjalne zezwolenie władz.

      Andżelika ochrzczona nocą

      Po wojnie ziemia kupiona przez Antoniego poszła do kołchozu. Został tylko akt
      notarialny. Dziadkowi sowieci dali spokój, ale rodzice Andżeliki, których
      system sowiecki przez dziesięciolecia uczył pokory, jeszcze teraz boją się
      wspominać o jego służbie u Piłsudskiego i ziemiance w lesie.

      - Urodziłam się jesienią 1973 roku, ale jeszcze pamiętam u nas w Grzebieniach
      przebłyski starych polskich tradycji. Jeszcze do niektórych osób mówiło
      się "proszę pani", "proszę pana", a nie tak jak do innych kołchoźników - na ty.
      I były polskie święta. Za stołem, z kolędami. To było takie inne od tego
      kołchozowego zaniedbania, bałaganu, pijaństwa - wspomina Andżelika.

      Jak mi powiedział Antoni, brat Andżeliki, jedną z tych osób, do których w
      przygranicznym kołchozie mówiło się "proszę pani", była "pani Marysia", ich
      babcia. - Bali się jej wszyscy, bo każdemu mówiła prawdę w oczy. A i w domu
      trzymała porządek. Goniła do pracy, nie pozwalała mężczyznom pić. To ona nas
      chrzciła. Andżelikę potajemnie nocą, bo władze zabraniały, w kościele w
      Żełudku, daleko za Szczuczynem. Przygotowała ją też potajemnie, bo proboszcz w
      Odolsku się bał, do pierwszej komunii. Uparła się wtedy i u fotografa zrobiła
      jej zdjęcie w sukience komunijnej - opowiada o babci Antoni i zapewnia, że
      Andżelika właśnie po "pani Marysi" odziedziczyła twardość charakteru: - Ona
      jest najstarsza z całej czwórki naszego rodzeństwa. I zawsze nam szefowała.
      Umiała nas bronić. Jak trzeba, to i chłopakowi potrafiła przylać.

      Rodzeństwo dziś pomaga swojej Andżelice. Ania, bardzo podobna do starszej
      siostry, teraz prowadzi jej dom. Każdego, nawet bardzo spóźnionego gościa
      nakarmi i jeszcze ślicznie się uśmiechnie


      Sława!

      Pozdrawiam i zapraszam na:
      Forum Słowiańskie
    • ignorant11 Re: Kto się boi Andżeliki Borys?(4) 20.08.05, 16:57
      W spore tarapaty wpadł brat Andżeliki Wiktor, oficer milicji białoruskiej.
      Przełożeni próbowali go zmusić, żeby przekazał siostrze wezwanie na
      przesłuchanie. Rzucił świstek na ziemię, powiedział, że nie podniesie. Już wie,
      że będzie musiał się pożegnać ze służbą.

      Miała być lekarką

      W rodzinie Borysów wszyscy są przerażeni tym, co się dzieje wokół Andżeliki,
      tymi strasznymi rzeczami, które o niej opowiadają w telewizji. A rodzice
      przecież wybrali dla niej zupełnie inne życie.

      Chcieli, żeby była lekarką. Kiedy miała 17 lat, dostała się na pediatrię w
      Grodnie. Ale przeczytała ogłoszenie, że Studium Nauczycielskie w Zamościu
      przyjmuje kandydatów zza wschodniej granicy. Wyjechała do Polski, wróciła jako
      nauczycielka polskiego do szkoły w swym parafialnym Odolsku.

      Skończyła jeszcze studia pedagogiczne w Białymstoku i wtedy dostała posadę w
      Związku Polaków na Białorusi, gdzie kierowała szkołami polskimi. - Jeździłam po
      całym kraju. Poznałam wszystkich nauczycieli. Dzieci też. Polubiliśmy się. Ta
      praca bardzo mi odpowiadała, nie chciałam nic zmieniać - zapewnia Andżelika.

      Prezes na haku

      Wszystko zmieniło się jednak samo, kiedy szefem ZPB na miejsce Tadeusza Gawina
      został Tadeusz Kruczkowski, wykładowca historii na uniwersytecie w Grodnie,
      człowiek, który ma opinię fircyka w zalotach. I to ustawicznych.

      Studenci nazywają go "doktor seks". Opowiadają, że co ładniejsze dziewczyny
      zaprasza na zdawanie egzaminów do domu. Jedna ze studentek publicznie oskarżyła
      go o gwałt, prokuratura jednak umorzyła postępowanie.

      - A jak traktował ciebie, kiedy został szefem? - zapytałem Andżelikę.

      - No, próbował się przystawiać. Powiedziałam, żeby się odczepił - błękitne oczy
      Andżeliki ze złości robią się tak granatowe, że przypominają mi się słowa
      Anatola, że siostra potrafi przyłożyć.

      Kruczkowski zamroził działalność Związku. Nie budował szkół, które obiecał, we
      wszystkim słuchał władz w Mińsku. Podwładnym, którzy się z nim nie zgadzali,
      nie płacił pensji, choć regularnie otrzymywał na nie pieniądze z Warszawy.
      Odcinał im telefony.

      Zwlekał ze zwołaniem zjazdu ZPB, który miał wybrać nowe władze.

      Kiedy wreszcie w marcu tego roku zjazd zwołano, cała maszyna państwowa
      próbowała zapewnić mu utrzymanie się na stołku. Wszyscy delegaci byli wzywani
      do wydziałów ideologicznych swoich administracji rejonowych. Tam słyszeli, że
      mają głosować na Kruczkowskiego. Bo inaczej stracą pracę, ich dzieci wylecą z
      uczelni.

      - Mieliśmy tego dość. Na zjeździe ludzie mówili Kruczkowskiemu w oczy, że
      uważają go za agenta KGB, które trzyma go na haku za jego grzeszki. Jego
      studentka wdarła się na mównicę i wykrzyczała mu w twarz: "Czego się śmiejesz?
      Jak mnie gwałciłeś, to się nie śmiałeś!". Skandal za skandalem. I wtedy
      zaczęliśmy między sobą mówić, że potrzebny jest nam ktoś nowy, energiczny, bez
      związków z KGB. A taka właśnie jest Andżelika, którą znają i lubią ludzie w
      terenie. I głosowaliśmy na nią. Ona dostała 152 głosy, a Kruczkowski 116 -
      przypomina Teresa Hołownia, szefowa koła ZPB we wsi Indura, i dodaje: - Teraz
      mówią, że zjazd trzeba powtórzyć, odwołać Andżelikę, wybrać nowe władze, bo
      tamten w marcu był przygotowany niezgodnie z prawem. A kto organizował tamten
      zjazd? Przecież sam Kruczkowski razem z administracją państwową i KGB!

      Łukaszenko nie popuści

      Ale Łukaszenko zrobi wszystko, żeby odebrać Związkowi Polaków niezależność. W
      jego państwie nie może być żadnej niezależnej organizacji, żaden człowiek nie
      może być wybrany na szefa, choćby związku hodowców gołębi pocztowych, bez jego
      akceptacji. Taka jest logika każdego państwa totalitarnego.

      Dlatego Andżelika jest wciąż wzywana na przesłuchania, jej współpracownicy
      siedzą, a oficjalna propaganda ich szkaluje. I będzie to robić, póki ich nie
      złamie. Jeśli mu na to pozwolimy.
Pełna wersja