ignorant11
20.08.05, 16:53
Sława!
Kto się boi Andżeliki Borys?
kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53581,2873857.html
Andżelika Borys
Fot. Robert Kowalewski / AG GW 050729 RK DIG
Andżelika Borys, prezes Związku Polaków na Białorusi, wchodzi na kolejne
przesłuchanie w prokuraturze. Grodno, 3 sierpnia 2005 r.
Fot. Robert Kowalewski / AG
Andżelika z babcią Marią, która nauczyła ją polskiego. Po babci Andżelika
odziedziczyła twardy charakter
Fot. z archiwum domowego. Przefotografował: Robert Kowalewski
Babcia Maria potajemnie przygotowała wnuczkę do pierwszej komunii
Fot. Robert Kowalewski / AG GW 050729 RK DIG
Andżelika Borys w objęciach ojca. Czesław Borys przyjechał ze wsi Gribienije
(przed wojną Grzebienie), gdzie mieszka, do Grodna, żeby podtrzymać córkę na
duchu. 28 lipca 2005 r.
Fot. Robert Kowalewski / AG GW 050728 RK DIG
Borys odczytuje radzie ZPB decyzję białoruskiego ministerstwa
sprawiedliwości, zgodnie z którą nowe władze związku zostały zdelegalizowane.
14 maja 2005 r.
Fot. Grzegorz Dąbrowski / AG
Polacy zbierają się pod utraconą siedzibą ZPB. 28 lipca 2005 r.
Fot. Robert Kowalewski / AG GW 050728 RK DIG
Na początku sierpnia Donald Tusk odwiedził polską mniejszość na Białorusi.
Pojawił się też pod siedzibą ZPB. Grodno, 2005 r.
Fot. Robert Kowalewski / AG GW 050801 RK DIG
Andżelika Borys jako nauczycielka polskiego w swoim parafialnym Odolsku
Fot. z archiwum domowego. Przefotografował: Robert Kowalewski
Fot. Robert Kowalewski / AG
Fot. Robert Kowalewski / AG GW 050803 RK DIG
Fot. Piotr Redlinski
Tekst: Wacław Radziwinowicz 20-08-2005, ostatnia aktualizacja 18-08-2005
15:30
Należy do tych kobiet, które, czując stałe zagrożenie, przybierają na wadze.
Martwi się tym, ale próbuje się pocieszać: - To nic. W końcu mnie posadzą,
wtedy w więzieniu ogłoszę głodówkę i wrócę do normy
czytaj dalej »
r e k l a m a
Dowcip taki bardziej wisielczy. Andżelika dobrze wie, że białoruskie
więzienie nie jest miejscem na poprawianie urody. Opowieści jej najbliższych
współpracowników, którzy już siedzą, nie pozostawiają złudzeń.
Na "narach" jak sardynki
W Lidzie siedzi Andrzej Pisalnik, redaktor naczelny "Głosu znad Niemna",
organu Związku Polaków na Białorusi, i Andrzej Poczobutt, polonijny
dziennikarz. Tam do niedawna siedzieli też Józef Porzecki, wiceprezes ZPB, i
działacz związkowy Mieczysław Jaśkiewicz. W Grodnie trzymają Tadeusza Gawina,
założyciela ZPB i pierwszego prezesa Związku, razem z nim siedzi Wiesław
Kiewlak, zastępca Andżeliki.
Na Białorusi skazanych na krótkie wyroki - a Łukaszenko politycznych sadza
teraz na 10-15 dni - trzymają w SIZO (Sledstwiennyj Izolator Wriemiennego
Sodierżanija), czyli areszcie śledczym. A SIZO to w tym kraju, podobnie jak w
Rosji, najbardziej paskudne miejsce w fatalnym systemie więziennym.
Typowa cela czy to w Lidzie, Grodnie czy w stołecznym Mińsku to betonowa
klatka o wymiarach 5 na 3 m. Większą jej część zajmują "nary", postument z
brudnych desek, na którym się śpi. Bez materaca, koca. Jeśli się dobrze
trafi, w celi ma się paraszę - metalowy kibel, do którego ludzie załatwiają
się na oczach współwięźniów. Jeśli nie ma kibla, za potrzebą wyprowadzają dwa
razy na dobę. Łaźnia zgodnie z regulaminem przysługuje więźniowi raz na
tydzień. Ale nikt z moich znajomych, którzy byli w którymś z SIZO, nigdy jej
nie widział. Opłukać twarz można w zasadzie tylko wtedy, kiedy w paczce od
krewnych dostanie się butelki z wodą mineralną. Choć pod sufitem przez
okrągłą dobę pali się goła żarówka, jest zbyt ciemno, by czytać.
Do jednej celi wsadzają tu i po dziesięć osób. Politycznym lubią podsadzić
włóczęgów, alkoholików. I całe to towarzystwo, przytulając się do siebie jak
sardynki w puszce, próbuje spać na jednych twardych narach.
Ci, którzy odsiedzieli swoje dwa tygodnie, wychodzą brudni i wychudzeni, bo
bałanda, czyli serwowana raz dziennie zupa, za którą więzień musi zapłacić
dolara, do jedzenia się nie nadaje.
Ale kto wie, czy Andżelika, kiedy wreszcie - w co nikt nie wątpi - trafi do
więzienia, rzeczywiście nie odetchnie. Może w SIZO nie będą dochodzić odgłosy
obławy, którą osacza ją białoruski dyktator, jego KGB, prokuratura, posłuszne
Łukaszence media, liczni - jak się okazuje - konfidenci służb specjalnych w
szeregach ZPB. Cały aparat państwowy od marca, kiedy Andżelika Borys została
niespodziewanie wybrana na prezesa Związku, masakruje psychicznie tę 31-
letnią prostą dziewczynę.
Oblężenie Domu Polskiego
Umawialiśmy się z Andżeliką na początek sierpnia. Mieliśmy przyjechać do niej
na parę dni, rozmawiać o jej życiu, rodzinie, planach - tak jak to zazwyczaj
robimy z bohaterkami tekstów w "Wysokich Obcasach". Przyjechaliśmy do Grodna
wcześniej, w środę 27 lipca, bo już było jasne, że ostateczna rozprawa z nią
i Związkiem Polaków na Białorusi rozpocznie się lada chwila.
We wtorek w Szczuczynie milicja aresztowała Porzeckiego, Poczobutta i
Jaśkiewicza. Agenci przyszli też po Pisalnika. Nie wzięli go, bo akurat był w
Bratysławie.
Władze oczyszczały przedpole przed zaplanowanym na środę w Szczuczynie
posiedzeniem byłej Rady Naczelnej ZPB. Byłych członków zwoływał Tadeusz
Kruczkowski, idący na pasku KGB były szef Związku. Jasne było, że Rada miała
zdjąć Andżelikę ze stanowiska i dać władzom pretekst do przejęcia ZPB siłą.
Kiedy przyjechaliśmy do Grodna w środę rano, okazało się, że domek przy
skrzyżowaniu ulic Dzierżyńskiego i 17 Września (obchodzonego tu jako dzień
wyzwolenia - od panowania polskiego oczywiście), gdzie mieści się główna
siedziba ZPB, otaczają gromady tajniaków z KGB. Wszędzie wokół było też pełno
milicji. Wchodzących i wychodzących z budynku starannie filmował operator
milicyjny.
Tak tu było od kilku tygodni, kiedy sam Łukaszenko, a za nim jego telewizje
zaczęli oskarżać Andżelikę, jej współpracowników i władze w Warszawie, że
chcą przekształcić Białoruś w drugie Kosowo, kraj ogarnięty wojną domową.
Teraz jednak pojawiło się coś nowego - samochody z rosłymi chłopami z OMON-u,
formacji służącej do szturmów i rozganiania demonstracji.
Za ręce i nogi
W samym Domu Polskim zamieszanie. Wzburzona Andżelika, odpalając jednego
papierosa od drugiego, przekrzykuje się z zapłakaną Haliną Jakołcewicz,
szefową miejscowego koła Sybiraków: - Pojadę! - Nie pojedziesz. Znowu
dostaniesz ataku i jeszcze umrzesz! Albo cię zamkną jak tamtych i z kim my
zostaniemy! - podnoszą głosy tak, że chwilami zagłuszają chór kilkunastu
starszych pań śpiewających "Rotę" i "Pod Twoją obronę", znak dla agentów
czyhających pod oknami, że są gotowe bronić swojego domu.
Andżelika rwie się, by jechać do Lidy na proces trójki współpracowników, albo
do Szczuczyna, gdzie zbierają się związkowi renegaci. - Żeby popatrzeć im w
oczy, zobaczyć, kto zdradził - tłumaczy.
- Uspokój się! - błaga pani Halina. Opowiada, że po Andżelikę też już
przychodzili. Koło północy ktoś dobijał się do jej mieszkania. - Nie
otworzyła drzwi i dobrze zrobiła. Ale kiedy rano przyszła do pracy, zasłabła.
Serce. Wzywaliśmy lekarza. Zrobił zastrzyk. Dał leki. I jak teraz jechać!
Przecież albo posadzą, albo sama się wykończy. Co robić? - szuka rady
zrozpaczona pani Halina.
Na szczęście na wolności są jeszcze Kiewlak i Gawin. Pod wieczór przyjedzie
Pisalnik. Można zamknąć się z nimi w gabinecie prezesa. Spokojnie naradzić.
Ale tego gabinetu wieczorem już nie będzie. Wedrze się tu szef grodzieńskiej
milicji płk Jurij Czebanow i każe się wszystkim wynosić, bo tak kazał
minister sprawiedliwości Republiki Białoruś, a renegaci od Kruczkowskiego
ogłosili, że wyrzucają Andżelikę i jej współpracowników ze Związku i zwołują
nowy zjazd ZPB. Tymi,