Nie złamie wolnych żadna klęska...

21.08.05, 21:11

Sława!

www.bialorus.pl/index.php?Rozdzial=Wiadomosci&&wiecej=9423
Nas nie złamali - świetny reportaż Pawła Mażejki z Grodna o atmosferze wokół
Związku Polaków na Białorusi
Gazeta Współczesna 19-08-2005
Byłem pewny, że już nie wyjdę z więzienia - powiedział kilkanaście minut po
opuszczeniu więzienia w Lidzie 32-letni Andrzej Poczobut, grodzieński
dziennikarz, działacz Związku Polaków na Białorusi. Oskarżono go o
organizację nielegalnej akcji i niepodporządkowanie się milicji. Odsiedział
15 dni.

- Gdy wieczorem otworzyli drzwi w celi i powiedzieli: "Zbierać rzeczy i
wychodzić!”, byłem pewny, że pojadę do łagru - opowiada Poczobut.
Jestem wojownikiem
Na ulicy czekał na niego "autozak”, specjalny samochód, którym konwojenci
przewożą kryminalnych. Za kilkanaście minut "autozak” wylądował w innym
areszcie. Andrzej obejrzał się i odetchnął z ulgą - na szczęście na razie nie
wsadzą do łagru. Milicjantom chodziło tylko o to, żeby poplątać ślady polskim
i białoruskim dziennikarzom, którzy przyszli spotkać, wychodzącego na wolność
działacza Związku.
Poczobut śpieszy się do Grodna. Chce jak najszybciej zobaczyć panią prezes
Andżelikę Borys, a potem szybko - po raz pierwszy od ostatnich 15 dni
aresztu - wykąpać się, ogolić i wreszcie założyć normalne zwykłe ubranie.
Jest środa 10 sierpnia. Oprócz nas w samochodzie znajduje się jeszcze jego
żona Aksana i Józef Porzecki, vice-prezes Związku Polaków, który również
wyszedł na wolność po pięciu dniach aresztu z tego samego aresztu. Poczobut
opowiada o warunkach w areszcie:
- Na początku siedziało nas osiem osób w jednej celi. Straszna zaducha,
prawie ani kropli świeżego powietrza, na ulicy było 35 stopni, woda lała się
nam po ścianach. Jednego dnia wchodzi milicjant, miejscowy Polak, z pałą w
ręce. "Komu wjebać?” - pyta. Powiedziałem, że niech spróbuje mnie uderzyć.
Zaraz się odwrócił się i wyszedł.
Rozmowę przerywa kolejny telefon. Do Andrzeja cały czas dzwonią koledzy-
dziennikarze, jest rozchwytywany. Zmęczony, ale każdemu cierpliwie odpowiada:
- Mówię wam - nas nie złamali! Władzy nie udało się nas zastraszyć, teraz
będziemy myśleć, jak dalej bronić naszych praw. Przecież władza zawsze biła
nas, tak Polaków, jak i Białorusinów! - kończy kolejny wywiad.
- I co? Znowu do więzienia? - pytam.
- Jestem wojownikiem! - odpowiada. Chce mieć czyste sumienie. Każdą sprawę,
którą zaczynasz, trzeba doprowadzić do końca.
Po usłyszeniu tych słów żona Aksana prawie płacze.
- Przecież wiedziałaś za kogo wychodzisz za mąż - śmieje się Andrzej i
mocniej przytula żonę.
Dostaną swoją karę
W mieszkaniu prezes Andżeliki Borys przy Aziorskiej szosie 11 w Grodnie,
wymuszonej siedzibie wybranych władz Związku Polaków na Białorusi, nie mogą
nacieszyć się "wolnym” Poczobutem.
-Minie pewien czas i ci, którzy dzisiaj wyrzucają nas z Domów polskich,
którzy wsadzają do więzienia za to że my śpiewamy polskie i białoruskie
piosenki, oni też dostaną swoją karę - tymi słowami wita Poczobuta Andżelika
Borys.
Jednym z głównych tematów wszystkich rozmów pozostaje organizowanie przez
reżym zjazdu wyznaczonego na 27 sierpnia. w Wołkowysku. Ten zjazd miejscowi
Polacy już dzisiaj nazywają nie inaczej jak "niemym”.
W całym kraju, gdzie tylko są jednostki Związku Polaków na Białorusi lokalna
władza ciśnie na działaczy Związku, żeby wysuwali na zjazd "swoich”
delegatów. W przeciwnym wypadku grożą wyrzuceniem z roboty, represjami,
problemami dla dzieci.
Z Woronowa przychodzą wieści, że nie zważając na naciski, nie udało się
zebrać potrzebnej dla kworum ilości osób. Cóż to za problem! Obecne na
zebraniu rejonowe władze w końcu doprowadzają do wybrania potrzebnych im
ludzi .
W Grodnie na "wybieranie” delegatów władzy przysłano nauczycieli z kilku
miejscowych szkół. Ci byli zaskoczeni, "co my tu robimy, nawet nie jesteśmy
członkami Związku”.
W Brześciu prezes miejscowego oddziału Związku Polaków zrezygnował ze
stanowiska, gdy stało się jasne, że władzy udało się nakłonić miejscową
polską mniejszość mimo jej woli do wybrania delegatów na "niemy” zjazd.
Andżelika Borys na te wiadomości reaguje emocjonalnie:
- W sercach tych ludzi zostaje gorycz od tego, że ich na siłę zmuszają do
udziału w zjeździe, grożą zwolnieniem z roboty. Ale oni pozostają Polakami!
Nie myślałem, że będzie aż tak
Wjeżdżamy do wsi Kiajny powiatu Zabłockiego na Grodzieńszczyznie. Zupełny
kraj świata, powalone płoty, cisza, gościniec kończy się razem ze wsią.
Żadnych rejsów autobusowych, Raz w tygodniu przyjeżdża "autolawka” z chlebem.
W Kiajnach mieszka 61-letni Piotr Kuźmicz, prezes Zabłockiego oddziału ZPB.
Mieszka sam w domu po zmarłych rodziców. Naokoło osiem pustych chat. Zobaczył
samochód i z pośpiechem zamyka drzwi od wewnątrz. Z chaty wychodzi tylnym
wyjściem.
- Dzień dobry, Panie Piotrze.
- O, przepraszam, myślałem, że to szajtany z rejonowych władz - widać, że
jest mu trochę wstyd własnej pomyłki. - Ale przyjeżdżali już kilka razy z
potrzebowaniem, że by nasz oddział wybrał delegatów na ten ich zjazd.
Kuźmicz żartem prosi nie nazywać jego panem, "jestem tylko białoruskim
kolchoznikiem” - mówi i zaprasza do domu. Z nami wchodzi też i Ben Laden,
mały czarny podwórkowy piesek pana Kuźmicza.
Na ścianach związkowe sztandary, na podłodze słowniki polsko-białorusko-
rosyjskie, na stole opozycyjny białoruski dziennik "Narodnaja Vola”. Bojowy
prezes!
- "Braciszku”, nie myślałem że będzie aż tak - komentuje Kuźmicz szturm OMON-
u na siedzibę Związku, areszty działaczy, represje władz. - Jest to wielki
egzamin dla ludzi, ale i zdrowia też dużo odbierze.
Pan Kuźmicz nie ukrywa tego, że popierał w swoim czasie Tadeusza
Kruczkowskiego i miał nawet objąć stanowisko vice-prezesa organizacji.
- I dla tego ja mam prawo mówić, że władza wszystko zaplanowała! Po marcowym
zjeździe Kruczkowski miał pozostać prezesem Związku. I gdy nie udało się,
władza od razu rozpoczęła prace, by unieważnić zjazd, - opowiada Kuźmicz.
Do skrzynek pocztowych miejscowych członków ZPB były wrzucane ulotki z apelem
do władz białoruskich, do ministerstwa, instytucji, z prośbą o unieważnienie
zjazdu. Ludziom pozostawiono tylko miejsce na podpis.
- Niech wrzucają, ludzie nie durnie, wszystko rozumieją... Zgadzasz się, Ben
Laden!
Pies oszczerzył się, potwierdzając własne imię.
Gotowy znowu iść do łagru!
Alaksandrowi Vasiljevowi, emerytowanemu wojskowemu, przedsiębiorcy nie trzeba
tłumaczyć po czyjej stronie w dzisiejszej Białorusi prawda. Właśnie w lipcu
wyszedł z więzienia, gdzie odsiedział 10 miesięcy "za obrazę prezydenta
Białorusi”. Razem z kolegą-przedciębiorcą Velerjem Levaneuskim nadrukował w
zeszłym roku ulotkę z wierszem, gdzie znalazły się te słowa "ktoś gra w hokej
za wasze pieniądze”. Niby nic kryminalnego, ale każdy na Białorusi wie o kogo
chodzi. Hokeista N1 w kraju - Alaksandr Łukaszenka. Za to prokuratura i sąd
skazali Vasiljeva i Levaneuskaga na dwa lata łagru za obrazę prezydenta.
Vasiljev pokazuje mi list, który skierował kilka dni temu do Tadeusza
Pawlaka, ambasadora Polski na Białorusi.
- W białoruskich wiadomościach powiedzieli, że Polska to państwo-prostytutka!
Chce wesprzeć naszych białoruskich Polaków - tłumaczy dlaczego zwraca się z
listem do ambasadora.
"Głęboko oburzony tym chamskim wypadkiem państwowej telewizji Republiki
Białorus w stosunku do Polski” - podaje w liście.
- Jestem gotów znowu pójść do lagru, ale chcę głośno powiedzieć, że potępiam
nieodpowiedzialne i chamskie zachowanie reżimowych władz...
Stawała na kolana i pełzła
Pani Czesławu Siemianowicz jest pracownikiem jednostki komunalnej w dzielnicy
Dziewiatouka w Grodnie. Tam, gdzie ona mieszka, nazywają j
Pełna wersja