witomir
26.08.05, 17:27
„Życie Warszawy” opisuje niebezpieczny proces, który coraz bardziej się
nasila: Polacy z wyższym wykształceniem wyjeżdżają za pracą do bogatszych
krajów Unii. W najbliższych latach może rocznie uciekać nawet pięć procent
absolwentów.
Według raportu przygotowanego przez organizację pozarządową European Citizen
Action Service najwięcej młodych ludzi wyjeżdżających za pracą do innych
krajów Unii pochodzi z Polski i Węgier. Tak więc nie jest to jedynie drenaż
dobrze wykwalifikowanych kadr, ale stopniowa ucieczka całego pokolenia. Co
gorsza, bezrobotni wyjeżdżają by na miejscu podejmować pracę poniżej swoich
kwalifikacji. Eksperci szacują, że liczba wyjeżdżających absolwentów będzie
wzrastać, a wielu z nich Polska może stracić na zawsze - jeśli już znajdą
dobrą pracę, mieszkanie i znajomych, to nie będą chcieli wracać.
Najpopularniejsze kraje wśród (legalnych) pracowników z Polski to: Anglia
(prawie 100 tys. imigrantów z Polski), Irlandia (40 tys.), Niemcy (20 tys.,
choć kraj ten nie otworzył jeszcze dla nas rynku pracy), Szwecja oraz Holandia
(po ok. 10 tys. osób). Poszukiwani specjaliści to m.in. lekarze, pielęgniarki,
informatycy, a także nauczyciele. Pracodawcy często na własny koszt szkolą ich
językowo czy z obowiązujących w danych krajach przepisów. Gazeta podaje, że w
Warszawie Brytyjczycy utworzyli szkołę, która przygotowuje polskich dentystów
do pracy na Wyspach.
Problem drenażu młodego pokolenia jest niezwykle złożony. Mamy coraz więcej
dobrze wykształconych osób, ale brakuje miejsc pracy, tak więc decyzje o
wyjeździe są nieraz zrozumiałe. Z drugiej strony jednak jeśli nasi absolwenci
są dobrze wykształceni, zapewne byliby w stanie znaleźć pracę także w kraju.
Okazuje się, że dla wielu osób praca znacznie poniżej kwalifikacji nie jest
„poniżej godności”, natomiast fakt, że zaraz po studiach od razu nie dostają
wysokopłatnych posad – już tak. Nasza młodzież zaskakująco szybko dokonuje
wyborów; nie można wymagać, żeby każdy był Judymem, ale nasi najzdolniejsi
coraz częściej nie uwzględniają innych niż finansowe motywacji, a obiegowa
mądrość, że „w tym kraju nic się nie zmieni na lepsze” jest dla nich
wystarczającym usprawiedliwieniem, by nie czuć się za zmiany
współodpowiedzialnymi.