ignorant11
28.08.05, 01:59
Sława!
Dwururka
www.nczas.com/?a=show_article&id=2690
Jan M. Fijor
Nikczemność części polskich elit politycznych, bezwzględność i cynizm Niemców
oraz rosnąca wrogość ze strony Kremla zagrażają polskim interesom
gospodarczym i narodowym.
Ledwie ucichły echa słów potępiających układ Ribbentrop–Mołotow, a ponad
głowami pozostałych sojuszników z Unii Europejskiej Niemcy znowu dogadały się
z Rosją i budują dwie rury gazociągu z Rosji do Niemiec. Jak poinformował
kilka tygodni temu sam prezydent Włodzimierz Putin, nowy rurociąg z
syberyjskim gazem pobiegnie wzdłuż dna Bałtyku z Rosji do Niemiec. Rurociąg
ominie w ten sposób "nieprzyjazną" Polskę, co było od pewnego czasu idée fixe
Kremla. Popłynie nim 27 mld m3 rosyjskiego gazu, równowartość połowy
zużywanego dzisiaj przez Niemcy rosyjskiego gazu. Polska tym samym przestanie
stawać na drodze dla Niemiec, który dotychczas transportowany był tranzytem
przez nasz kraj. Kurek z gazem może więc stać się dla Rosji wygodnym
argumentem do wywierania na nas nacisków.
Zaskakuje kompletne zignorowanie przez Niemcy sojuszników z Unii
Europejskiej: Litwy. Łotwy, Estonii
i nas. O ile Rosjanie nie muszą się
z Polską liczyć, o tyle postawa Niemców co najmniej budzi zdumienie. Dziwne
jest także to, że Niemcom całkowicie nie przeszkadza dramatyczna sytuacja
środowiska naturalnego, do jakiej doprowadzili Rosjanie w rejonach północy
Syberii i Morza Barentsa, gdzie znajdują się największe pola gazonośne.
Współrządząca z SPD Partia Zielonych patrzy przez palce na spustoszenia
ekologiczne, przy których wycinanie puszczy amazońskiej jest niewinną
igraszką brazylijskich chłopów. Cierpi środowisko naturalne. W dramatycznej
sytuacji znajdują się aborygeni z półwyspu Jamał i znad zatoki Obskiej
należący do prastarych paleoazjatyckich narodów, Chantów i Mansów.
Wyniszczani są przy pomocy dostaw prawie darmowego, prawdopodobnie skażonego
alkoholu. Średnia długość ich życia nie przekracza 35-40 lat.
A można było
Pomysł dwururki nie jest nowy. Pojawił się co najmniej przed pięciu laty.
Jednakże wtedy Rosjanom i Niemcom można było jeszcze pokrzyżować plany.
Narzędziem do tego celu miał być stosunkowo niedrogi (350 mln dol.)
i krótki (230 km) rurociąg biegnący w poprzek Bałtyku z Polski do Danii,
znany jako BalticPipe. Jego atrakcyjność polegała na tym, że koszty budowy
mieli pokryć Duńczycy.
Gorącym orędownikiem budowy rury łączącej Polskę (Niechorze) z duńskimi
złożami gazu, zarządzanymi przez firmę DONG był w 2001 roku jeden z
ówczesnych wicedyrektorów w PGNiG Piotr Woźniak. Głównym celem budowy
BalticPipe miała być dywersyfikacja dostaw gazu do Polski, z myślą o
uniezależnieniu się od Rosjan i Gazpromu. Woźniak czuł ponadto, że budowa
BalticPipe odetnie, a przynajmniej poważnie utrudni Rosjanom ewentualne
ominięcie Polski, czyli budowę nitki gazowej wzdłuż Bałtyku do Niemiec,
Francji, do Europy Zachodniej, chroniąc nas przed tym, co Putin właśnie
ogłosił. Niestety, z jakichś "tajemniczych" powodów, zarówno dyr. Woźniak,
jak i inni zwolennicy dywersyfikacji dostaw gazu zostali z pracy zwolnieni
tuż przed podpisaniem porozumienia o budowie BalticPipe. Dyrektorem PGNiG,
który ich wtedy zwolnił, był Michał Kwiatkowski, do niedawna specjalista od
zarządzania państwowym przemysłem węglowym, a ściślej - od jego skutecznej
likwidacji. Najpierw, z namaszczenia ówczesnego ministra gospodarki Janusza
Steinhoffa przez cztery lata szefował Gliwickiej Spółce Węglowej, a kiedy
popadła w ruinę, z równą energią zabrał się za państwowego monopolistę
eksportu węglem Węglokoks. Kiedy się jednak okazało, że kuszące
dotąd "przeceny węgla" z racji dociekliwego charakteru poprzedniego dyrektora
firmy Sebastiana Czypionka stają się coraz trudniejsze, Kwiatkowski odkrył w
sobie nowe powołanie: gaz! Dzięki wstawiennictwu nowo mianowanego w 2001
roku, wiceministra gospodarki ds. energetyki Marka Kossowskiego postawiono go
na stanowisku dyrektora PGNiG, gdzie spisał się znakomicie, ukręcając od razu
łeb projektowi budowy BalticPipe. Asystował mu w tym dzielnie ówczesny prezes
Rady Nadzorczej PGNiG Andrzej Arendarski. Projekt odłożono, potem zarzucono.
Dzisiaj stracił rację bytu chociażby dlatego, że Duńczycy sprzedali swoje
pola gazowe Anglikom, a ci ostatni - w związku z pogorszeniem się rentowności
ich własnych złóż gazu i ropy naftowej - bardzo liczą na tańszy gaz rosyjski
i nie zechcą Moskwy drażnić jakimiś rurami w poprzek ich interesów.
Gazyfikacja węgla
Tak naprawdę Kwiatkowski poczuł gaz jeszcze w czasie prezesowania
Węglokosowi, kiedy - również za wstawiennictwem ministra Steinhoffa - został
członkiem Rady Nadzorczej, EuroPolGazu, firmy zajmującej się eksploatacją
biegnącego przez Polskę rurociągu jamalskiego. Dziś jest jej prezesem
Zarządu. Ci, którzy Kwiatowskiego znają, podejrzewają, że to właśnie
EuroPolGaz (a dokładniej stojący za nim ludzie Gazpromu) był głównym powodem
niechęci do BalticPipe i ostatecznego utrącenia planu jego budowy.
Jednakże odchodząc do gazu, Kwiatkowski nie tylko o węglu nie zapomniał, on
się nim zajął z jeszcze większą energią i zajadłością. Nie sam, lecz za
pośrednictwem wspomnianego już ministra od węgla i energetyki Marka
Kossowskiego, który patrzył w swego mentora jak w obraz. Trudno zresztą, żeby
było inaczej. Kwiatkowski na węglu się znał, zaś wiedza Kossowskiego na temat
górnictwa węglowego ograniczała się do znajomości symbolu C. Początki kariery
ministra sięgają końca PRL-u, kiedy był dyrektorem agenturalnej, kierowanej
przez służbę bezpieczeństwa firmy Dipservice, zajmującej się "opieką" nad
dyplomatami.
Pod dyktando Kwiatkowskiego, obaj panowie rozpoczęli proces "gazyfikacji
węgla", czyli zastępowania węgla... gazem. (Ciekawe, czy sami na tę
technologię wpadli, czy może ktoś im ją zasugerował?) Najpierw więc utrącono
dywersyfikację, której symbolem miał być BalticPipe, potem stopniowo
wypierano węgiel... gazem. Równocześnie ograniczano produkcję poszukiwanego i
bardzo opłacalnego węgla grubego, likwidowano kopalnie, ośmieszano przemysł
węglowy, czuwając nad tym, aby przypadkiem nie doszło do jego prywatyzacji;
tani, opłacalny ekonomicznie węgiel jest przecież wrogiem gazu. Na straży
tych działań stało tzw. lobby gazowe, któremu od lat asystuje obecny minister
gospodarki Jacek Piechota, zażarty wróg prywatyzacji kopalń, utrzymujący, że
jest ona niemożliwa, gdyż "prywatne kopalnie stanowiłyby konkurencję dla
górnictwa państwowego" albo że "prywatny biznes kupuje kopalnie wyłącznie dla
kasy". Ten "pies ogrodnika" woli za pieniądze "wdów i sierot" utrzymywać
państwowe molochy zatrudniające 30 razy więcej administracji niż potrzeba,
dające krociowe zarobki ich prezesom i kadrze związków zawodowych. Marnuje w
ten sposób majątek narodowy i oczywiście pomaga... Rosjanom.
Niebezpieczeństwo energetyczne
Czy w takiej sytuacji trudno zrozumieć, dlaczego obecny prezes PGNiG Marek
Kossowski - jak podaje "Gazeta Wyborcza" - otrzymuje za udział w zdominowanej
przez rosyjski Gazprom Radzie Nadzorczej EuroPolGazu, spółki eksploatującej
rurociąg jamalski, prawie 2,5 razy (486 tys. zł rocznie) więcej niż za swoją
pierwszą pracę (197 tys. zł), to jest szefowanie PGNiG? Równie hojnie
wynagradzany jest inny członek Rady Nadzorczej Andrzej Arendarski (również
członek rządu Hanny Suchockiej), który z PGNiG otrzymuje 29 tys. zł, a z
EuroPolGaz aż 12,5 razy tyle, czyli 371 tys. zł rocznie. Jest to cyniczna
prywata fundowana przez podatnika. Udziałowcami EuroPolGazu jest PGNiG (48
proc.), Gazprom (48 proc.) oraz Trading Gas Aleksandra Gudzowatego (4 proc.)
Ta ostatnia firma istnieje właściwie tylko po to, aby nie przekroczyć
limitów "ustawy kominowej", co mogłoby utrudnić krociowe zarobki