ignorant11
28.08.05, 02:18
Sława!
www.gazetapolska.pl/?module=content&article_id=208
Aleksander dokręca śrubę - str.4
Katarzyna Hejke
O tym, jak białoruskie KGB prześladuje tamtejszych Polaków i jak poluje na
dziennikarzy z Polski – korespondencja z Białorusi.
Przejście graniczne Terespol – Brześć. Kolejka samochodów z Polski przez trzy
godziny ani drgnie. Białorusini jadą bez przeszkód. Sprawnie przebiega
odprawa Niemców, do celników podjeżdżają także dwa auta turystów z Francji,
zapaleńców marzących o odkrywaniu nowych zakątków Europy. Zmęczeni
przymusowym postojem zaczynamy protestować. Nasze veto popierają rodacy-
handlarze, dla których wyprawa do kraju rządzonego przez Aleksandra
Łukaszenkę zaczyna się i kończy na najbliższej stacji benzynowej i sklepie
wolnocłowym. Na przewiezionym do Polski litrze paliwa zarabiają prawie dwa
złote. Białoruscy pogranicznicy w końcu kapitulują. Rozpoczynają odprawę
Polaków. Przebiega mozolnie. Po ponad godzinie z ulgą wjeżdżamy na autostradę
prowadzącą przez Mińsk aż do Moskwy. Na granicy pozostali nieszczęśni
Francuzi – miejscowa biurokracja przystopowała ich pęd do poznania dzikich
wschodnioeuropejskich rubieży.
Choć naszym celem jest Grodno, kierujemy się do Baranowicz. To zupełnie nie
po drodze. Mamy nadzieję, że dzięki temu osłabimy czujność białoruskiego KGB,
które na grodzieńszczyźnie nie spuszcza oczu z polskich żurnalistów.
Dom prawdziwy
Baranowicze powstały w miedzywojniu. Wówczas z zapomnianej prowincjonalnej
mieściny stały się znaczącym ośrodkiem z newralgicznym węzłem kolejowym,
przez który przecinały się trasy pociągów jadących do Wilna, Lwowa, Warszawy
czy Moskwy.
Dzisiejsze Baranowicze to kępki starych dzielnic zabudowanych urokliwymi
drewnianymi domkami, otoczone lasem betonowych blokowisk. Jednak to właśnie
tu działa jeden z najlepszych na Białorusi Domów Polskich.
Domy Polskie powstają za pieniądze z RP. Pełnią rolę centrów polskiej kultury
i polskiego szkolnictwa. W wielu miejscach ich działalność daleko odbiega od
tych szczytnych założeń, ale akurat w Baranowiczach dom działa tak, jak
powinien. Wydaje polską gazetę, jest siedzibą polskiej szkoły. Na lekcje
polskiego przychodzą nawet te dzieci, których rodzice w domu mówią po
rosyjsku. Baranowickim polskim centrum kieruje Teresa Siliwończyk, jedna z
pierwszych, która miała odwagę skrytykować prołukaszenkowskiego prezesa
Związku Polaków na Białorusi. Dziś już nie chce mówić o sytuacji w ZPB. Wiele
przeszła: głuche telefony, groźby, tajemnicze samochody z białoruskimi i
rosyjskimi numerami rejestracyjnymi, które zupełnie znienacka zajeżdżały jej
drogę lub śledziły każdy krok. Mówi, że i tak nie ma najgorzej – mąż prowadzi
własny biznes, zatem gdy ona straci pracę w Domu Polskim, nie zostaną bez
grosza.
Wykańczanie
Białoruski sąd unieważnił marcowe wybory władz Związku Polaków na Białorusi.
Uznał, że odbyły się niezgodnie z miejscowym prawem i nakazał przeprowadzenie
kolejnych. Stało się tak dlatego, że w nowym kierownictwie ZPB zabrakło osób
dających się sterować władzy w Mińsku, a po latach zupełnego
podporządkowania, Związek stał się jedyną niezależną organizacją społeczną na
Białorusi. Faworyzowanego przez reżim dotychczasowego prezesa Tadeusza
Kruczkowskiego odsunięto od władzy. Nowym szefem ZPB wybrano Anżelikę Borys.
Od kilku miesięcy białoruskie KGB robi wszystko, by zorganizować nowe wybory
w ZPB. Najbardziej oporni działacze polskiej organizacji są szykanowani. Na
pierwszy ogień poszli ci, którzy pracują w państwowych przedsiębiorstwach lub
w urzędach. Wzywano ich na przesłuchania i grożono, że jeśli nie wezmą
udziału w nowych wyborach i nie będą popierać wskazanego przez Mińsk
kandydata, szybko stracą posady. Do tego dochodziły telefony z groźbami,
przebijanie opon samochodów. Większość miękła dość szybko. Najbardziej
bojowych w ciągu kilku tygodni doprowadzano niemal do obłędu. Tak było na
przykład z liderką Związku w jednym z graniczących z Polską miast. Jeszcze
przed marcowymi wyborami z otwartą przyłbicą wystąpiła przeciw Tadeuszowi
Kruczkowskiemu. Powiedziała publicznie, że do głosowania na dotychczasowego
prezesa zmusza KGB. Wkrótce straciła pracę. Niebawem z etatem pożegnał się
także jej mąż. Zostali bez środków do życia. Każdego dnia odbierali kilka
telefonów z groźbami. W końcu ulegli. Zgodzili się na zwołanie zebrania
członków swojego oddziału Związku i wybranie delegatów na nowe wybory.
Jest w błędzie ten, kto przypuszcza, że na Białorusi, w kraju który po dziś
dzień celebruje datę rewolucji bolszewickiej, pracownicy cieszą się
rozbudowanymi prawami. Dostęp do pracy to jedno z narzędzi kontroli
społecznej. Nie ma umów o pracę na czas nieograniczony. Jedynie roczne lub
dwuletnie kontrakty. Chcesz utrzymać etat – nie podskakuj. Niepokorni tracą
zatrudnienie.
W biedzie byli także ci hardzi działacze ZPB, których dzieci studiują w
Polsce. Podczas przesłuchań informowano, że władze Białorusi wystąpią do
Polski o ekstradycję ich pociech.
Droga do Grodna
Po dwóch dniach spędzonych w okolicach Baranowicz jedziemy do Grodna. Od
jednej z miejscowych Polek zabieramy dwie torby mydeł, płynów do mycia, butów
i szamponów – mamy przekazać je kobiecie o imieniu Ines, dostaję kartkę z
numerem jej telefonu. Przejeżdżamy przez Nowogródek, w którym przez lata
Polacy walczyli o polską szkołę. Mińsk mówił stanowcze „niet”, o dziwo nie
był osamotniony – jak echo wtórował białoruskiemu prezydentowi ówczesny
konsul generalny RP w Grodnie (dziś na placówce w Kijowie) Sylwester Szostak.
Przekonywał Warszawę, że szkoła jest zbędna, a dalsze starania o nią popsują
dobre relacje z administracją Łukaszenki. Z Nowogródka docieramy do
Szczuczyna. Spotykamy proboszcza miejscowego kościoła. Ksiądz ucieka, gdy
dowiaduje się, że przyjechali dziennikarze z Polski. – Jestem tu kilkanaście
lat, przeszedłem piekło. Powiedzieli: będzie tu ksiądz pracował, jak będzie
trzymał język za zębami. Z żalem rzuca jednak, że gdy bezpieka wzywała go na
przesłuchania, nie mógł doprosić się pomocy prawnej od polskiej placówki
dyplomatycznej. – Błagałem o adwokata, w końcu jestem obywatelem RP, mieli
obowiązek pomóc – kończy cicho i znika w korytarzu przyległego do świątyni
kolegium pijarów.
Szef szczuczyńskiego oddziału Związku Polaków wsławił się występem w jednym z
filmów szkalujących Polskę, który wyemitowała białoruska telewizja. Podczas
marcowych wyborów murem stał za prołukaszenkowskim Tadeuszem Kruczkowskim, a
teraz konsekwentnie uczestniczy w przygotowywaniu nowych wyborów władz ZPB.
Jego żona, sędzia, jest jedną z najważniejszych osób w mieście.
Jak milicjant udaje Polaka
Największe represje spotykają polskich działaczy w najważniejszych ośrodkach –
miastach, w których ZPB działa prężnie, a jego liderzy mają własne,
niezależne od władzy zdanie. W małych miejscowościach KGB i milicja nie mają
czasu na zabawy – nękanie, straszenie. Gdy Polacy nie chcą się podporządkować
i odciąć się od nowych władz Związku z Angeliką Borys na czele, wyręczają ich
w tym miejscowi milicjanci. Podjeżdżają radiowozami pod siedzibę ZPB,
zdejmują mundury. Jako cywile wchodzą do budynku i uczestniczą w zebraniu.
Większość nie mogłaby się wykazać ani jednym polskim przodkiem, jednak ich
atutem jest umiejętność podniesienia ręki w odpowiednim momencie. Głosują i
wybierają delegatów na nowy, zwołany przez ministerstwo sprawiedliwości
Białorusi, zjazd wyborczy Związku Polaków. Delegatami niektórych oddziałów
zostają sami milicjanci, w innych wybierane są zupełnie nieznane osoby,
niektóre nie znają ani słowa po polsku, a na co dzień posługują się językiem
rosyjskim. Wedle krążącej po okolicach Grodna plotki