baltazarus
30.08.05, 13:32
"To, co uprawia obecnie minister spraw zagranicznych RP pan Rotfeld, to już
nawet nie cień - to tylko tandetna namiastka polityki jagiellońskiej, a
właściwie - jej karykatura. Dopuszczając do sytuacji, w której białoruscy
Polacy, a ściślej - działacze i sympatycy tamtejszego Związku Polaków stali
się już nawet nie awangardą, a po prostu jedyną opozycją przeciwko reżimowi
prezydenta Łukaszenki, min. Rotfeld wystawił ich na wszelkie
niebezpieczeństwa, bez jakichkolwiek możliwości efektywnego przyjścia z
pomocą. Właściwie nie min. Rotfeld, tylko prezydent Kwaśniewski, który teraz
nie tylko nie wie, co zrobić, ale nawet - co powiedzieć. Wbrew bowiem
tromtadrackim deklaracjom, że Polska tamtejszych Polaków nie zostawi, władze
naszego państwa ograniczają się do groźnego kiwania palcem w bucie i prężenia
cudzych muskułów. Jakże inaczej bowiem nazwać odgrażania, że Unia Europejska
wam pokaże? Tymczasem Unia Europejska ani myśli dawać wciągać się w
pokazywanie czegokolwiek prezydentowi Łukaszence. Po pierwsze dlatego, że
kolorowe rewolucje uważa nie bez racji za imprezy amerykańskie, do których z
zasady odnosi się niechętnie. Widać to już choćby po pokazaniu figi Ukrainie.
Po drugie - że takie np. Niemcy wyżej cenią sobie strategiczne partnerstwo z
Rosją niż umizgi Polski, która i tak siedzi w ich kieszeni, A w ramach
takiego partnerstwa, czyli polityki katarzyńsko-fryderycjańskiej, dla Polski,
a już na pewno - dla polskich ambicji nie ma miejsca. Najwyraźniej trzeba
będzie pani Andżelice Borys powiedzieć to, co Piłsudski mówił ukraińskim
oficerom: - My panią bardzo przepraszamy."