Białoruska puszka Pandory

31.08.05, 13:53
Białoruska puszka Pandory
Aleksandr Fieduta* 30-08-2005, ostatnia aktualizacja 30-08-2005 19:04

Historia ze Związkiem Polaków na Białorusi wykroczyła poza granice rozsądku i
przyzwoitości. Władze białoruskie otwarcie naciskają na aktywistów Związku,
żeby osiągnąć swoje cele. Pytanie brzmi, jakie to cele?

Początkowo, jak się wydaje, władze realizowały scenariusz obliczony na
zapewnienie prawomocności wyborów prezydenckich w 2006 r. Należało znaleźć
wpływową organizację społeczną, która wypowie się za tym, by Aleksander
Łukaszenko objął władzę na trzecią już kadencję. I wypowie się ZPB był
kandydatem niemal idealnym. Po pierwsze, pod względem liczebności diaspora
polska jest na Białorusi na drugim miejscu, ustępując tylko etnicznym
Rosjanom. Po drugie, Związek, do którego należy 30 spośród 400 tys.
mieszkających na Białorusi Polaków, jest trzecią co do wielkości organizacją
społeczną w kraju. Ustępuje tylko Federacji Związków Zawodowych i
Białoruskiemu Republikańskiemu Związkowi Młodzieży.

Głos ZPB za trzecią kadencją Łukaszenki miałby więc duże znaczenie.

Ale jest coś dużo ważniejszego. Dla ludzi, którzy wymyślili tę intrygę, ważne
było to, że ZPB jest jedyną u nas organizacją, której głos byłby z pewnością
usłyszany w konkretnym kraju - w Polsce. Z całą pewnością po specjalnym
oświadczeniu Związku Polaków, że wybory 2006 roku były uczciwe i
demokratyczne, w samej Polsce wielu polityków też poparłoby Łukaszenkę.
Mówiliby, że skoro nasi rodacy wspierają swego prezydenta, to dlaczego my nie
mielibyśmy tego zrobić? A ten rzeczywiście bardzo ważny z punktu widzenia
szarego obywatela czynnik nie mógłby nie wpłynąć i na oficjalną pozycję
Polski jako członka Unii Europejskiej i NATO.

To wszystko na pewno brali pod uwagę autorzy scenariusza z ośrodków
analitycznych obsługujących władzę białoruską.

Nie chodziło więc o dyskryminację mniejszości polskiej. Przeciwnie,
Łukaszenko w swoich wystąpieniach stale podkreślał, że Polacy białoruscy mają
te same prawa co Białorusini, Rosjanie i obywatele wszystkich innych
narodowości.

Jednakowoż intryga zbiegła się ze skandalem wewnątrz samego ZPB.

Działalność przewodniczącego Związku Tadeusza Kruczkowskiego wywołała
sprzeciw grupy aktywistów organizacji. I to oni mieli za sobą większość
głosów na marcowym zjeździe Związku. Jego nowa przewodnicząca Andżelika Borys
ogłosiła, że ZPB nie będzie się zajmować polityką.

Trzeba przyznać, że była to deklaracja lojalności. Kierownik każdej
organizacji społecznej działającej w warunkach reżimu totalitarnego takiego,
jak białoruski, wygłosiłby podobne oświadczenie. Organizacja pozarządowa na
Białorusi może istnieć pod warunkiem, że nie zajmuje się polityką.

Paradoksalnie w tej sytuacji od ZPB oczekiwano czegoś zupełnie innego!
Apolityczność przed wyborami 2006 roku mogła być zrozumiana tylko jako
jaskrawy brak lojalności. Przecież władza chciała otwartej i jasnej
deklaracji politycznej.

Niemal natychmiast zaczęli z tego korzystać przegrani działacze ZPB. Bez
trudu przekonali władze białoruskie, że nowe kierownictwo ZPB jest
prozachodnie i będzie trwać w opozycji. Ministerstwo Sprawiedliwości stanęło
po stronie Kruczkowskiego i ogłosiło, że zjazd ZPB, na którym wybrano
Andżelikę Borys, przeprowadzono niezgodnie z prawem. Jednocześnie pierwszy
sekretarz ambasady RP w Mińsku Marek Bućko został oskarżony o manipulowanie
delegatami na zjazd, czyli o mieszanie się w wewnętrzne sprawy Białorusi.
Między Warszawą a Mińskiem zaczęła się wojna na wydalanie dyplomatów, która
mogła doprowadzić do tego, że w przedstawicielstwach naszych krajów
pozostaliby tylko dozorcy i referenci. Tak się nie stało, bo strona polska w
odpowiednim momencie wykazała się zdrowym rozsądkiem.

I mimo wszystko długo istniała możliwość kompromisu. ZPB mógł powtórzyć swój
zjazd zgodnie z życzeniem Ministerstwa Sprawiedliwości Białorusi i ponownie
wybrać tę samą Andżelikę Borys. Ale władze Białorusi wciąż pokazywały, że ona
im nie odpowiada. Im odpowiadałby Kruczkowski, ale on został pozbawiony prawa
wjazdu do Polski. To jest zresztą zrozumiałe, przecież tak otwarte poparcie,
jakiego udzielał reżimowi autorytarnemu, zdyskwalifikowało go jako partnera
dla państwa demokratycznego, członka NATO i UE.

Gdyby Mińsk szukał kompromisu, zgodziłyby się na kandydaturę Borys. Ale tę
rozsądną i początkowo apolityczną kobietę wciągnięto do polityki, oskarżając
ją o rzekome finansowe machinacje poprzedniego kierownictwa ZPB, czyli
Kruczkowskiego. Zaczęli ją przesłuchiwać w związku z podpaleniem auta
należącego do Kruczkowskiego. Zajęcie siedziby ZPB w Grodnie przez
Kruczkowskiego wspieranego przez milicję postawiło kropkę nad i. Stało się
jasne: Mińsk nie chce kompromisu. On chce tylko zwycięstwa.

Dla jego osiągnięcia media kontrolowane przez państwo rozpoczęły prawdziwą
kampanię antypolską. Polskę oskarżono o mieszanie się w wewnętrzne sprawy
Białorusi. Telewizja dowodziła, że młodzi członkowie Ligi Polskich Rodzin to
faszyści. A przecież przywódca Ligi Roman Giertych przed długi czas był
uważany w Mińsku i Grodnie niemalże za głównego stronnika Tadeusza
Kruczkowskiego w Polsce, zapewniającego mu kontakty w kręgach politycznych
(trzeba jednak dodać, że po wizycie w Grodnie i rozeznaniu się w sytuacji
Giertych zmienił swoje podejście do sprawy).

Władze białoruskie nie liczyły się z tym, że skutki skandalu będą tak
poważne. Jednak nie mogły się już cofnąć (Łukaszenko każdy kompromis uważa za
osobistą porażkę, a przegrywać nie zwykł). Ale nie mogła się cofnąć i strona
polska. Na temat losu ZPB i diaspory polskiej wypowiedzieli się praktycznie
wszyscy ważni politycy polscy z Aleksandrem Kwaśniewskim na czele. Konflikt
skomplikował jeszcze skandal z pobiciem dzieci pracowników ambasady
rosyjskiej w Warszawie i napadami na Polaków w Moskwie. Władze rosyjskie
zaczęły popierać Łukaszenkę, strona polska dostrzegła w konflikcie
złowieszczą rękę Moskwy. Podniosły się głosy, że w ten sposób (to jest
walcząc z Andżeliką Borys!) Władimir Putin postanowił dołożyć Warszawie i
zemścić się na Kwaśniewskim za jego udział w pomarańczowej rewolucji w
Kijowie.

Mińsk nie ma się dokąd wycofać. I to nie miałoby już żadnego sensu. Po tym,
co się stało, Warszawa nie uzna żadnego innego Związku Polaków poza tym,
którym kieruje pani Borys. Nieważne, kto został wybrany na prezesa ZPB na
sobotnim zjeździe Związku zorganizowanym pod egidą Kruczkowskiego. Jego
zwyciężczynią została nieuczestnicząca w nim Andżelika Borys. Polska jest i
pozostanie po jej stronie. Mało tego, jeśli teraz nowe kierownictwo ZPB
będzie występować z poparciem dla starającego się o kolejną kadencję
prezydencką Łukaszenki, Warszawa przyjmie ten głos z obrzydzeniem - czego
można oczekiwać od tych, którzy wyrzekli się swej niezależności za stołki w
Związku?

Są jednak i inne problemy. Co np. stanie się ze sporym majątkiem ZPB, kto
będzie nim dysponować? Czy uda się zarejestrować nową organizację kierowaną
przez panią Borys? Znając sposób myślenia władzy białoruskiej, mogą
powiedzieć, że się nie uda.

I jeszcze jedno - co zrobić Polska i cała Europa po tym, jak Łukaszenko w
przyszłym roku po raz trzeci ogłosi się prezydentem? Odwoła swego ambasadora
na konsultacje? Ale ileż można konsultować? Obniży rangę swego
przedstawicielstwa w Mińsku? A czy to w ogóle ma sens? Takich pytań można
zadać bardzo wiele.

Białoruś przypomina bohaterkę starogreckiego mitu Pandorę. Bogowie dali jej w
wianie puszkę, w której zamknęli wszystkie bolączki socjalizmu. Łukaszenko
otworzył tę puszkę - i choroby wyrwały się na zewnątrz. "Problem
narodowościowy" polegający na tym, że państwo chce kontrolować wszystko to,
co dotyczy mniejszości narodowych, jest jedną z takich chorób. Wyleczyć ją
bez pomocy z zewnątrz raczej się nie uda. Trzeba spróbować zaradzić
dolegliwości, nie szko
    • bolko_turan Re: Białoruska puszka Pandory (2) 01.09.05, 15:13
      Trzeba spróbować zaradzić dolegliwości, nie szkodząc ludziom.

      Trzeba myśleć nie o tym, jaki Związek Polaków z jakim prezydentem zadowoli
      demokratyczną Polskę. Trzeba pomyśleć szerzej - o położeniu Białorusi i reżimu
      białoruskiego w Europie. Jeśli oczywiście będziemy rozumieć Europę tak, jak
      należy - jako cywilizację od Kamczatki na wschodzie do Alaski na zachodzie.
      Nieprzypadkowo oficjalny Mińsk tak otwarcie cieszył się, kiedy w Warszawie
      pobito dzieci rosyjskie. Uznał bowiem, że teraz na Kremlu nie będą się już
      przysłuchiwać zdaniu Polski w kwestii białoruskiej.

      A bez interwencji Kremla Łukaszenko jeszcze długo będzie rządzić niewielkim
      krajem europejskim na wschód od Bugu.

      tłum. ricz



      Aleksander Fieduta - ur. w 1964 r., niezależny publicysta i analityk. W 1994 r.
      działacz sztabu wyborczego Łukaszenki, później szef departamentu administracji
      prezydenta. Z tego stanowiska ustąpił w grudniu 1994 r. w proteście przeciw
      dyktatorskim metodom rządzenia Łukaszenki


      serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34181,2893184.html
Pełna wersja