Polacy na Białej Rusi: Zdradzeni i pogodzeni

04.09.05, 00:23

Sława!

www.bialorus.pl/index.php?Rozdzial=Wiadomosci&&wiecej=9555
Zdradzeni i pogodzeni
Kurier Poranny 2005-09-02
Postawię tezę kontrowersyjną: Polska nie powinna zrywać kontaktów z
prołukaszenkowskim Związkiem Polaków na Białorusi. Powiem więcej, powinna
dalej finansować tę organizację.Kolejna godzina wystawania na schodach
polskiej szkoły w Wołkowysku. W środku trwa „niemy zjazd" Związku Polaków na
Białorusi. Wszystkie drogi do miasta i ulice wokół placu Lenina zostały
obstawione przez milicję. W pięknie odnowionym, z okazji dożynek, centrum
miasteczka, snują się sennie „kagiebiści". Nikogo nie zaczepiają. Nie
legitymują. Tylko jeden z nich uwija się jak w ukropie, filmując
ostentacyjnie dziennikarzy i kilku przeciwników powtórzonego zjazdu, który
trwa właśnie w szkole. Przed schodami stoi grupka białoruskich opozycjonistów
z czarnymi opaskami na rękach. W milczeniu solidaryzują się z gnębioną
mniejszością polską. Szkoda tylko, że żaden z wołkowyskich Polaków, a mieszka
ich tutaj kilkanaście tysięcy, nie przyszedł protestować.
Atmosfera, jakby pożeniono Gogola z Dostojewskim. W pewnym momencie wybucha
Wacław Radziwinowicz, korespondent „Gazety Wyborczej"
– K..., jak mi się już nie chcę tutaj przyjeżdżać! Jak mi ich wszystkich
szkoda. Żal mi nawet tych sk... na sali.
Białe...
Jednak w relacjach, które przesyłamy do Polski, obraz jest na ogół czarno-
biały. W roli bohaterskiej Emilii Plater, jak to z ironią ujął prof. Adam
Dobroński, występuje Anżelika Borys, która wygrała marcowy zjazd ZBP. W tej
grupie znajduje się również Tadeusz Gawin, założyciel i pierwszy prezes
Związku; Andrzej Pisalnik – nieformalny rzecznik i redaktor naczelny „Głosu
znad Niemna", Iness Todryk, Mieczysław Jaśkiewicz, Andrzej Roman, bracia
Poczobutowie, Igor Bancer. I jest tutaj Józef Porzecki, który przez kilka lat
miał zakaz wjazdu do Polski, a teraz jest witany jak powstaniec.
Nasi bohaterowie – z wyjątkiem Gawina – mają nie więcej niż 30-40 lat.
Inteligentni. Świetnie mówią po polsku, najczęściej mają też pokończone w
Polsce studia i staże. W ciągu ostatnich tygodni każdy z nich zaliczył
areszt, karę grzywny, wielokrotne wezwania i przesłuchania na prokuraturze.
W naturalnym odruchu wszyscy w Polsce solidaryzują się z tymi ludźmi. W
dodatku po ich stronie jest racja moralna i racja – wprawdzie długoterminowa,
ale jednak racja – historyczna. Nie mamy przecież wątpliwości, że demokracja,
wolność słowa i prawo do swobodnego zrzeszania zawitają kiedyś na Białorusi.
Warszawa, Praga, Budapeszt a kilkanaście lat później Tbilisi i Kijów. To
wydaje się nieuniknione, nawet zważywszy, że Aleksander Łukaszenko jest
młody, zdrowy. I łapę ma wielką jak dwóch zdrowych chłopów. I mimo że mocno w
tych łapach trzyma wszystkie instrumenty władzy.
Od marca, kiedy Anżelika Borys zapowiedziała, że „zerwie pajęczynę", która
oplotła Związek, wszyscy piejemy z zachwytu. Zobaczcie, krucha kobieta, a
wystrychnęła na dudka samego Łukaszenkę i jego kagiebistów. No, prawie
wystrychnęła.

... i czarne
Każdy też wie, kto robi za czarny charakter. Tadeusz Kruczkowski, potomek
wojskowych osadników, doktor nauk historycznych. W Polsce piszemy też o
nim „doktor seks", bo podobno wykorzystywał seksualnie studentki a jedną to
nawet zgwałcił. Wprawdzie dowodów nie ma, ale to wina KGB, które chroni
Kruczkowskiego. Zresztą on sam podobno wysługuje się KGB tak jak paru jego
pomagierów typu Eugeniusz Skrobocki, Kazimierz Znajdziński, Konstanty
Tarasewicz. Wprawdzie i tutaj dowodów brak, ale od kiedy to KGB ujawnia
swoich tajnych współpracowników? Ważne, że my dziennikarze wiemy, kim są
tajni współpracownicy KGB. Choć czasem mam wątpliwości, że w tych wszystkich
rewelacjach więcej jest manipulacji i prowokacji specsłużb niż materialnej
prawdy.
Przecież jeszcze nie tak dawno polskie władze, a za nimi dziennikarze,
cieszyli się, że jak to wspaniale, że Związkiem będzie kierował naukowiec,
człowiek elokwentny i z ogładą. Nie chcę być niesprawiedliwy, ale w
porównaniu do Anżeliki Borys również dzisiaj Tadeusz Kruczkowski prezentuje
się o wiele lepiej.
Jeszcze kilka lat temu prawie wszyscy przyklaskiwali deklaracjom
Kruczkowskiego, że Związek powinien być „apolitycznym" stowarzyszeniem, które
nie będzie występowało przeciwko reżimowi Łukaszenki, gdyż odbiłoby się to
czkawką dla całej mniejszości polskiej. Wielu w skrytości ducha
solidaryzowało się z filipikami Kruczkowskiego przeciwko „białoruskim
nacjonalistom" , którzy nie uznają polskiej mniejszości.
Od paru miesięcy Tadeusz Kruczkowski jest czarnym charakterem. Bo przegrał
zjazd, bo nie pogodził się z jego wynikami. Bo wraz ze swoimi pomagierami
słał donosy do władz, aż w końcu doprowadził do unieważnienia zjazdu. Aż
wreszcie spędził na poły zastraszonych a na poły nieświadomych delegatów do
Wołkowyska. Tak, Kruczkowski nie jest bez winy.
I tak siedzimy na schodach polskiej szkoły Wołkowysku. Patrzymy a to na
pomnik Lenina, a to na kagiebistów, którzy na nas też patrzą, ale udają, że
nie patrzą. Prawdę mówiąc, nawet nie wiemy na co tak czekamy. Bo przecież
wszystko już wiemy. – Niezależnie od tego, kto zostanie prezesem to i tak
Związkiem będzie rządził Łukaszenko – mówi nam Andrzej Pisalnik.
Przeczytaliśmy też w „Narodnoj Woli" wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, który
mówi, że Polska będzie uznawała tylko prezes Anżelikę Borys, a proreżimowe
władze ZPB nie dostaną ani złotówki. Wiemy też, że wiceminister spraw
zagranicznych Jan Truszczyński powiedział, że Polska nie uzna proreżimowych
władz ZPB. Nie damy ani złotówki. Ani guzika. I tak czekamy. Czekamy.
Czekamy. Aż się doczekaliśmy, że na prezesa ZPB został wybrany Józef Łucznik.
Człowiek zasłużony dla Związku, przyzwoity i szanowany. Do wczoraj.

Zdrada i szarganie
Mimo powszechnej narodowej zgody w sprawie Związku Polaków na Białorusi,
pozwolę sobie zgłosić kilka wątpliwości. Choć zdaję sobie sprawę, że może to
zostać odebrane jako zdrada i szarganie narodowych świętości.
Po pierwsze, nie mam najmniejszych wątpliwości, że na Białorusi panuje
autorytarna dyktatura. Dlatego dziwię się polskim władzom, że łudziły się, że
ZPB może być jedyną niezależną i samorządną organizacją. W dodatku mam dziwne
przeczucie, że polskie władze niesione sukcesem pomarańczowej rewolucji,
kalkulowały, że wykorzystają urwany ze smyczy białoruskich władz Związek do
rozgrywki przeciwko Łukaszence. Nie wymagałoby to specjalnych zabiegów, gdyż
otoczenie Anżeliki Borys jest zdecydowanie „antyłukaszenkowskie" i od lat
współdziałało z białoruską opozycją, że wymienię choćby Andrzeja Pisalnika,
Tadeusza Gawina czy braci Poczobutów.
Tak się jednak składa, że białoruskiemu dyktatorowi potrzebny był i jest
Związek co najmniej neutralny, a najlepiej taki, który w przyszłych roku
zachowałby życzliwość w wyborach prezydenckich. Jeśli nasze władze, służby
dyplomatyczne i te specjalne, uważały, że wykorzystają ZPB do takich
rozgrywek, to byłaby nie tylko głupota, lecz wręcz zbrodnia popełniona na
polskiej mniejszości. Podejrzewam, że tak właśnie było.
Po drugie, wszystko na to wskazuje, że białoruski dyktator będzie trwał
dłużej, niż to prorokują nasi politycy i opozycja z Mińska i Grodna. To
truizm, ale trzeba go powtarzać – białoruska opozycja jest słaba. Są to
jednostki. Odważni, szlachetni ludzie, ale pojedynczy. Ma rację Sokrat
Janowicz, kiedy mówi, że reżim w Mińsku zmieni się, kiedy wymrze pokolenie
sowieckich ludzi. A na to trzeba kilkudziesięciu lat.
Na Białorusi nie ma masowych protestów. Nawet przeciwko brutalnej rozprawie z
demokratycznymi władzami ZPB protestowała aktywnie tylko grupka
kilkudziesięciu osób. G
    • ignorant11 Re: Polacy na Białej Rusi: Zdradzeni i pogodzeni(2 04.09.05, 00:24

      Tak się jednak składa, że białoruskiemu dyktatorowi potrzebny był i jest
      Związek co najmniej neutralny, a najlepiej taki, który w przyszłych roku
      zachowałby życzliwość w wyborach prezydenckich. Jeśli nasze władze, służby
      dyplomatyczne i te specjalne, uważały, że wykorzystają ZPB do takich rozgrywek,
      to byłaby nie tylko głupota, lecz wręcz zbrodnia popełniona na polskiej
      mniejszości. Podejrzewam, że tak właśnie było.
      Po drugie, wszystko na to wskazuje, że białoruski dyktator będzie trwał dłużej,
      niż to prorokują nasi politycy i opozycja z Mińska i Grodna. To truizm, ale
      trzeba go powtarzać – białoruska opozycja jest słaba. Są to jednostki. Odważni,
      szlachetni ludzie, ale pojedynczy. Ma rację Sokrat Janowicz, kiedy mówi, że
      reżim w Mińsku zmieni się, kiedy wymrze pokolenie sowieckich ludzi. A na to
      trzeba kilkudziesięciu lat.
      Na Białorusi nie ma masowych protestów. Nawet przeciwko brutalnej rozprawie z
      demokratycznymi władzami ZPB protestowała aktywnie tylko grupka kilkudziesięciu
      osób. Gdy tymczasem koronacja obrazu Matki Boskiej zgromadziła w grodzieńskiej
      farze dziesięciotysięczny tłum Polaków. Dlatego mam wrażenie, że przeciwko
      rozprawie z ZPB bardziej protestują Polacy w kraju niż miejscowa Polonia.
      W dodatku sytuacja białoruskiej gospodarki jest lepsza, niż to wszyscy
      malujemy. Aleksandra Łukaszenkę podtrzymuje Rosja, dostarczając tanią ropę i
      gaz. Putin otworzył też rosyjski rynek na białoruskie towary. Dlatego też,
      wbrew rozpowszechnionym przekonaniom, średnia płaca na Białorusi, wynosi 200 a
      nie 20 dolarów. Białoruś jest biednym krajem, ale jest to jednocześnie jedna z
      najszybciej rozwijających się gospodarek w Europie.

      Baćko zakazał
      Po trzecie, Polska nie ma żadnych realnych instrumentów, żeby coś wymusić na
      Łukaszence. Nie mamy ani kija, ani marchewki. Białoruska gospodarka jest
      zamknięta i autarkiczna. W sklepie w Grodnie nie można nawet kupić zachodnich
      papierosów, bo „baćko zakazał". Wymiana gospodarcza z Zachodem jest niewielka.
      Białoruś nie jest zadłużona. Ewentualne sankcje gospodarcze tylko
      rozśmieszyłyby Łukaszenkę. Nie zakręcimy też kurka z ropą czy gazem, bo ten
      płynie z przeciwnego kierunku.
      Rzecz jasna, Polska mogłaby spotęgować swoje oddziaływanie poprzez Unię
      Europejską. Ta jednak nie kwapi się do zdecydowanych działań, ogranicza się do
      wydawania oświadczeń i rezolucji. Francja i Niemcy nie będą umierały za polską
      mniejszość, kiedy w grę wchodzą dostawy gazu i ropy od Putina.
      Powiedzmy sobie szczerze: król jest nagi. Nasza „wyrafinowana" dyplomacja
      dostała po łapach od prostego dyrektora kołchozu. I nie mamy jak oddać. Bo mamy
      wspólną granicę, którą pomagają nam pilnować, i to skutecznie, białoruscy
      pogranicznicy. W dodatku w grę wchodzi los polskiej mniejszości, która wedle
      różnych szacunków liczy od czterystu tysięcy do miliona mieszkańców. Wobec tych
      ludzi Polska ma moralne zobowiązanie, bo to potomkowie obywateli II
      Rzeczypospolitej. To nie oni zdradzili Polskę. To Polska, ze znanych przyczyn,
      musiała ich zostawić. I nie powinna po raz kolejny zostawiać tych tak przez los
      i historię doświadczonych ludzi.
      Za rzecz oczywistą trzeba uznać, że państwo polskie poprzez różne fundacje czy
      też nielegalny transfer środków będzie wspierało Anżelikę Borys jej
      współtowarzyszy, czy białoruską opozycję. Ale na takich zasadach można
      finansować grupę opozycjonistów, ale nie istniejące szkoły czy wakacje dzieci z
      Białorusi w Polsce. Polska nie może też całkowicie zerwać kontaktów z
      prołukaszenkowskimi władzami ZPB. Nie można zakazywać wjazdu do kraju tym
      ludziom.
      ZPB dysponuje olbrzymim majątkiem, jak choćby 16 domami polskimi, który został
      zgromadzony za pieniądze polskich podatników. W tych domach koncentruje się
      polskie życie narodowe, tam organizowane są kursy języka polskiego, działają
      zespoły folklorystyczne. Tam podtrzymywane jest polskie dziedzictwo na
      Wschodzie. Można miotać obelgi, że Kruczkowski, Skrobocki czy Łucznik to są
      świnie. Jeśli nawet, to są to nasze świnie. Wyhodowane przez państwo polskie,
      przez nasze placówki dyplomatyczne w Grodnie i Mińsku.
      Przeciąganie tych „partyzanckich" działań na Białorusi, tylko pogorszy los
      miejscowych Polaków. Zaś represje polityczne przejdą w rzeczywiste
      prześladowanie wszelkich przejawów polskiego życia narodowego. Być może warta
      jest tego sprawa demokracji na Białorusi. Ale powiedzmy wówczas wprost, że przy
      okazji zostawiamy w rękach dyktatora kilkaset tysięcy zakładników. I bez
      widoków na ich rychłe odbicie.
      A na koniec. Nie oceniajmy pochopnie ludzi, którzy kilka pokoleń przeżyli w
      opresji, którzy nie mogli chodzić do polskich szkół, którzy nie mogli modlić
      się po polsku. Nie potępiajmy rodaków, którzy wcześniej byli zsyłani na
      nieludzką ziemię. Nawet jeśli dzisiaj muszą występować roli zwolenników
      Łukaszenki. Pomóżmy im trwać.
      Zbigniew Nikitorowicz
      2.09.2005 r.



      Pozdrawiam i zapraszam na:
      Forum Słowiańskie
Pełna wersja