bolko_turan
13.10.05, 12:17
Konrad Niklewicz, Bruksela 13-10-2005 , ostatnia aktualizacja 12-10-2005 18:25
gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33181,2964716.html
Komisja Europejska przejmuje inicjatywę w sprawie budżetu Unii. Chcą pojednać
Brytyjczyków i Francuzów. Bruksela zaproponuje, by w budżecie na lata 2007-13
znalazł się wielomiliardowy "fundusz przeciwko skutkom globalizacji"
Próbujemy ułatwić porozumienie, chcemy ruszyć rozmowy budżetowe z miejsca -
wyjaśniła "Gazecie" Francoise Le Bail, główna rzeczniczka Komisji
Europejskiej, i jednocześnie rzecznika przewodniczącego Komisji José Manuela
Barroso. Chce on, by w okolicach 20 października unijna egzekutywa
przedstawiła kilka nowych rozwiązań w sprawie budżetu UE na lata 2007-13.
Prace nad planem wydatków setek miliardów euro ze wspólnej kasy z trudem
posuwają się naprzód. Czerwcowy szczyt Unii, na którym budżet miał zostać
zaakceptowany, zakończył się klapą. W dużej mierze ze względu na spór Francji
i Wielkiej Brytanii. Oba kraje inaczej wyobrażają sobie priorytety, które
powinny być finansowane z unijnej kasy. Brytyjczycy mówią o zwiększaniu
konkurencyjności przemysłu i "nowoczesnych technologiach", Francuzi zaś wolą,
by na czele pozostały wydatki na rolnictwo.
Bruksela chce ich pogodzić. Jak? Wraca do koncepcji sprzed kilkunastu
miesięcy, by w ramach unijnego budżetu wykroić specjalny
fundusz "przeciwdziałania skutkom globalizacji".
Ten fundusz wart około 7 mld euro byłby niczym magiczne lusterko - każdy
widziałby w nim to, co chce. Mogłyby z niego korzystać francuskie firmy
tekstylne, które potrzebują wsparcia w obliczu rosnącej azjatyckiej
konkurencji. Ale mogłyby też brytyjskie przedsiębiorstwa, które chcą się
unowocześnić - także by stawić czoła konkurencji.
- Taki fundusz dostosowawczy będzie zgłoszony jako pomysł polityczny, a nie
jako oficjalna propozycja Komisji. Nie będą podane cyfry - wyjaśnia Le Bail.
I nie jest to zabawa w słowa. Gdyby fundusz został zgłoszony oficjalnie, w
postaci aktu prawnego, to wówczas musiałby przejść całą oficjalną ścieżkę
legislacyjną. A tak, jeśli zostanie zaprezentowany np. w komunikacie Komisji,
lub w publicznym liście Barroso do premiera Tony'ego Blaira, to oszczędzone
zostaną cenne tygodnie.
Na pośpiechu zależy przede wszystkim nowym państwom w UE, w tym Polsce. Bez
kompromisu nie ma szans na uruchomienie wielomiliardowych funduszy
strukturalnych. Jednak pomysł stworzenia nowego funduszu jest sceptycznie
przyjmowany przez rządy "nowych" w UE. Boją się one, że pieniędzy na ten cel
będzie się szukać poprzez oszczędności w zwykłych funduszach strukturalnych i
spójnościowych, których one staną się po 2007 r. głównym beneficjentem.
Nowym państwom członkowskim nie podoba się też druga, szykowana przez Komisję
propozycja: by wprowadzić obowiązek wydawania części funduszy strukturalnych
(około 10 proc. na każdy kraj) na cele związane ze Strategią Lizbońską,
czyli - upraszczając - z unowocześnianiem gospodarki. Polskie, czeskie i
słowackie rządy nie mają nic przeciwko unowocześnianiu gospodarki, ale wolą
by większość funduszy można było wydać na bardziej podstawowe potrzeby, np.
drogi.
Niezrażona Komisja szykuje jeszcze jeden pomysł na przyspieszenie kompromisu
budżetowego. Chce zapisać w oficjalnych dokumentach, że w kilka lat po
uruchomieniu nowego budżetu (np. w 2009 lub w 2010 r.) państwa Unii umówią
się na spotkanie, na którym punkt po punkcie przejrzą wykonanie planu
wydatków i zastanowią się, gdzie można dokonać poważnych korekt.
Przewodniczący Barroso kolejny raz dał w środę do zrozumienia, że bardzo
zależy mu na budżetowym kompromisie jeszcze w tym roku. Przy okazji środowego
spotkania z przedstawicielami Unii Afrykańskiej, Barroso ostrzegł, że bez
siedmioletniego budżetu Unia nie będzie miała podstaw do pomagania głodującej
Afryce.
Barroso ma nadzieję, że mimo niechęci Brytyjczyków, budżet UE stanie się
jednym z tematów nieformalnego szczytu szefów państw i rządów UE 27
października w podlondyńskim Hampton Court.