Upadek euro juz bliski:)))

15.10.05, 14:39
Sława!
Klątwa Friedmana
Tygodnik "Wprost", Nr 1193 (16 października 2005)


Z euro jest jak z socjalizmem: nie sprawdza się w praktyce

Jan Piński


To możliwe, że wkrótce niektóre kraje wystąpią ze strefy euro, ponieważ
pozostawanie w niej będzie sprzeczne z ich interesem gospodarczym -
powiedział na początku września prof. Paul de Grauwe, doradca gospodarczy
szefa Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso. Analitycy banków
komercyjnych szacują prawdopodobieństwo rozpadu strefy euro i powrotu do
walut narodowych na 1:4. - Jeszcze do niedawna rozpad strefy euro był
wykluczony. Dziś jest już prawdopodobny - mówi Anthony Kleinwort z banku
inwestycyjnego Dresdner Kleinwort Wasserstein.
- Wspólna europejska waluta zakończy swój żywot najdalej za dziesięć lat -
prognozował w 1999 r. Milton Friedman, laureat Nagrody Nobla, uważany za
najbardziej wpływowego ekonomistę XX wieku. Wspólna waluta istniała wówczas
tylko wirtualnie: w postaci sztywnych relacji kursowych (do obiegu
gotówkowego euro weszło w 2002 r.), ale oczywiste było, że interesy piętnastu
państw Unii Europejskiej są zbyt odległe, a gospodarki zbyt się różnią, aby
pogodziła je unia walutowa. Wprowadzenie euro było na tyle kontrowersyjnym
pomysłem, że żaden z dwunastu krajów, które to zrobiły, nie zdecydował się na
przeprowadzenie w tej sprawie referendum. Skutek jest taki, że dziś prawie
dwie trzecie obywateli państw należących do UE (na przykład 56 proc. Niemców,
52 proc. Francuzów) chce powrotu walut narodowych. Prognoza (klątwa?)
Friedmana zaczyna się sprawdzać na naszych oczach. Kilka tygodni temu włoskie
Centrum Studiów Europejskich (think-tank finansowany przez Komisję
Europejską) w opublikowanym raporcie zatytułowanym "Upadek euro" obarcza
wprowadzenie euro winą za obecne problemy gospodarcze Włoch i przewiduje, że
podobne kłopoty czekają już niedługo większość krajów, które weszły do strefy
euro. - W tej sytuacji lansowany w Polsce pomysł jak najszybszego
przystąpienia do strefy euro można porównać do przeprowadzki się do walącego
się domu - mówi Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha.


Kto wyjdzie?
W Niemczech, Włoszech i Holandii rozpoczęły się już ogólnonarodowe dyskusje
nad powrotem do narodowej waluty. "Wprowadzenie euro przyczyniło się do
spowolnienia gospodarki i wzrostu bezrobocia" - tłumaczył Roberto Maroni,
włoski minister polityki społecznej, w wywiadzie dla dziennika "La
Repubblica" w maju 2005 r. Maroni przywołał przykład Wielkiej Brytanii, która
pozostała przy własnej walucie i rozwija się znacznie szybciej niż kraje
strefy euro. Jego zdaniem, lekarstwo jest jedno: jak najszybsze referendum w
sprawie powrotu lira. Miesiąc później niemiecki tygodnik "Stern" ujawnił, że
według raportu przygotowanego w niemieckim Ministerstwie Finansów,
wprowadzenie euro dobiło kulejącą niemiecką gospodarkę wysokimi stopami
procentowymi. - Polityka Europejskiego Banku Centralnego bardzo nam
zaszkodziła. Euro zadziałało jak hamulec dla niemieckiej gospodarki.
Nadzieje, że euro będzie stymulować wzrost w Europie, okazały się płonne -
komentuje Bert Rurup, członek zespołu doradców niemieckiego rządu.




Perfekcyjny świat
Z euro jest jak z socjalizmem. To piękna idea, która nie sprawdza się w
praktyce. - Unia walutowa państw jest trudna do przeprowadzenia, jeżeli mają
one różne gospodarki, kulturę i języki - mówi "Wprost" prof. Friedman. W USA
dolar zdał egzamin, bo między stanami nie było bariery językowej, a
Amerykanie byli i są bardziej mobilni niż Europejczycy. Między stanami
podróżuje dwadzieścia siedem razy więcej Amerykanów niż Europejczyków między
krajami strefy euro. Brak mobilności siły roboczej działa zabójczo na
gospodarkę. Z badań niemieckiego Ministerstwa Finansów wynika, że unia
walutowa była korzystna tylko dla Irlandii, Hiszpanii i Grecji. Pozostałe
kraje straciły z uwagi na niedopasowanie wysokości stóp procentowych do tempa
rozwoju gospodarki. W amerykańskiej gospodarce problem jest likwidowany
dzięki mobilności siły roboczej. Jeżeli dla jakiegoś stanu stopy procentowe,
ustalane przez Rezerwę Federalną, są zbyt wysokie i powodują spowolnienie
gospodarki oraz wzrost bezrobocia, to Amerykanie przenoszą się do stanu,
który rozwija się lepiej i w którym brakuje rąk do pracy. Trudno sobie
wyobrazić, aby Niemcy masowo jechali pracować do Hiszpanii i Irlandii.
Na domiar złego unię walutową dobijają państwa członkowskie, które
destabilizują wspólny pieniądz, zwiększając wydatki budżetowe (w wypadku
dolara jest to niemożliwe, bo kontrolę nad deficytem państwa skupia rząd
federalny). Przodują w tym rządy Francji i Niemiec, które trzeci rok z rzędu
łamią zasady unii walutowej, zadłużając się powyżej dozwolonych norm.

Wejście do euro, czyli NRD bis
Nadzieje na to, że euro ożyje dzięki przystąpieniu kolejnych silnych
gospodarek - na przykład brytyjskiej - są płonne. Kenneth Clarke, czołowy
polityk brytyjskiej Partii Konserwatywnej, oświadczył, że Wielka Brytania na
pewno nie wejdzie do strefy euro w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Clarke
przez lata był zwolennikiem euro, ale zmienił zdanie, kiedy zobaczył, jakie
były skutki wprowadzenia wspólnej waluty dla gospodarki unii. W wywiadzie dla
magazynu "Central Banking" oświadczył, że "euro nie udało się doprowadzić do
zwiększenia wydajności pracy i przyspieszenia wzrostu gospodarczego w
Europie".
Polska oraz pozostałe kraje Europy Wschodniej zobowiązały się przystąpić do
unii walutowej jak najszybciej. Teoretycznie miałoby to nastąpić już w 2009
r. - Pierwsi wyłamali się Węgrzy, odstępując od tego kalendarza.
Przystąpienie do unii walutowej jest korzystne, gdy dotyczy krajów o
zbliżonym poziomie rozwoju gospodarczego - mówi Sadowski. O tym, że wspólna
waluta nie tworzy bogactwa, boleśnie przekonali się mieszkańcy byłej NRD.
Wprowadzenie tam marki zachodnioniemieckiej - choć wsparte gigantycznym
transferem pieniędzy (ponad bilion euro w ciągu dziesięciu lat) - nie tylko
nie ożywiło, ale wręcz pogrążyło wschodnioniemiecką gospodarkę. Zwolennicy
szybkiego wejścia Polski do strefy euro (m.in. Leszek Balcerowicz i Andrzej
Bratkowski) wskazują korzyści, takie jak eliminacja ryzyka kursowego i
obniżenie kosztów transakcyjnych. Biorąc pod uwagę, że zabezpieczenie się
przed zmianami kursów jest elementarnym działaniem każdego przedsiębiorcy, to
korzyści nie są tak wielkie. Za euro zapłacilibyśmy natomiast rezygnacją z
własnej polityki monetarnej. Realne jest także to, że po wprowadzeniu euro
będziemy płacić za brak dyscypliny budżetowej Francji i Niemiec. Co więcej,
zanim przystąpimy do strefy euro, będziemy musieli wprowadzić tzw. ERM II,
regulację, która ogranicza wahania waluty w stosunku do euro do +/-15 proc.
Regulacja ta zmusza bank centralny do obrony kursu narodowej waluty, co
stanowi wymarzoną sytuację dla spekulantów atakujących waluty. Wszystko razem
sprawia, że o przyjęciu euro powinniśmy myśleć nie wcześniej niż za dziesięć
lat. Jeżeli będzie ono jeszcze istnieć.

Zob. wykresy, mapy, diagramy:

www.wprost.pl/ar/?O=81751

Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
Pełna wersja