witomir
01.11.05, 12:46
Złudzenia umierają na Wyspach
Cooltura
Irlandia miała być dla Polaków kolejną ziemią obiecaną. Dla wielu stała się
piekłem.
Monikę Wolańską znaleziono zakrwawioną i nieprzytomną w jednym z dublińskich
domów. Lekarze ratowali ją przez sześć godzin. Nie udało się. Miała 37 lat,
10-letniego syna, magisterium z filozofii. W Polsce utrzymywała się z
dorywczych prac. Drobna, rudowłosa, pełna energii i apetytu na życie.
Wierzyła, że w Irlandii bez problemu zarobi na utrzymanie siebie i dziecka.
Słyszała to przecież zewsząd - tak mówili w telewizji, pisały gazety, takie
entuzjastyczne opinie czytała na internetowych forach. Przyjechała więc do
Dublina. Chodziła od baru do baru, od hotelu do hotelu i odchodziła z
kwitkiem. Wpadła w silną depresję.
Jej syn i rodzice nie zobaczyli Moniki po śmierci - nie było ich stać na
sprowadzenie trumny. Monikę skremowano na koszt irlandzkiego państwa, a
szczątki odesłano w urnie. - Niech ktoś wreszcie powie głośno, że
nie warto poświęcać życia dla kilku marnych euro
- płakała jej matka, obejmując rękami urnę. Monika spadła z wysokiej antresoli
w mieszkaniu. Do dziś toczy się śledztwo mające wyjaśnić, czy było to
samobójstwo, czy nieszczęśliwy wypadek.
Wyrwanie ze środowiska, samotność, stres związany z walką o byt w obcym
świecie, wreszcie depresja - te przypadłości dotyczą wielu Polaków
przebywających na obczyźnie, nie tylko w Irlandii. Jednak - co podkreśla prof.
Wojciech Łukowski, socjolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej - tych,
którzy wyjechali właśnie do Irlandii, dotykają jeszcze boleśniej. Choćby
dlatego, że w przypadku żadnej innej emigracji zarobkowej rzeczywistość tak
boleśnie nie zderza się z mitem. Jak ktoś jedzie na saksy do Niemiec, USA czy
Anglii, zwykle wie, czego się spodziewać - mycia garów w knajpie, sprzątania
domów, ciężkiej pracy na budowie. A Irlandię, tego celtyckiego tygrysa Europy
- jak lubi o niej pisać prasa - Polacy sobie zmitologizowali.
Konsul Małgorzata Kozik zarzuca naszym mediom, że to one zbyt optymistycznie
przedstawiają Zieloną Wyspę. Dziennikarze „Polskiej Gazety” wychodzącej od
niedawna w Dublinie opowiadają, że przyszli do nich Polacy z
„superprzewodnikiem” po Irlandii, opublikowanym przez „Super Express”. Płakali
i pytali, dlaczego nikt nie czekał na nich już na lotnisku, skoro pracy jest
tak dużo.
Małgorzata Kozik konsultowała z „Super Expressem” wiele szczegółów. Prosiła,
by nie przedstawiać tutejszej rzeczywistości wyłącznie w różowych barwach. A w
gazecie napisali, że wystarczy mieć gotówkę, nocleg i bilet powrotny. Wymowa
przewodnika była nad wyraz optymistyczna:
przyjeżdżajcie, Irlandia czeka!
Nie ma się co martwić szczegółami, jakoś to będzie. Polacy przeczytali i
przyjechali. I wciąż jadą. Bez dobrej znajomości języka, z kilkunastoma euro w
kieszeni i wiarą w Promised Land - krainę nadziei, nieograniczonych możliwości
i perspektyw, gdzie ambitny człowiek bez problemu znajdzie pracę w swoim
zawodzie za kilkakrotnie większe niż w Polsce pieniądze.
Irlandia, po Wielkiej Brytanii, stała się dla Polaków drugą ziemią obiecaną.
Co miesiąc zjawia się tu około tysiąca, najczęściej młodych, nieźle
wykształconych ludzi. Oficjalnie o PPS - irlandzki odpowiednik polskiego NIP i
PESEL - wystąpiło dotychczas ponad 52 tys. osób. Ale według szacunków polskiej
ambasady w Dublinie Polaków na wyspie jest ponad 120 tysięcy. Większość więc
pracuje na czarno albo - co równie często się zdarza - bezskutecznie szuka
pracy. Studenci, absolwenci wyższych uczelni, ale też kierowcy, stolarze,
budowlańcy. W samym Dublinie jest ich ponad 35 tysięcy, a poddublińskie
Newbridge stało się stolicą polskiej emigracji. Choć jeszcze przed czterema
laty żyło tu dziesięciu naszych rodaków, dziś Polacy stanowią połowę
mieszkańców tej 30-tysięcznej miejscowości. Przyjeżdżając na Szmaragdową
Wyspę, mają wielkie ambicje i jeszcze większe oczekiwania, które zderzają się
z tutejszą, naprawdę trudną rzeczywistością, o której nie mieli pojęcia.
Wpadają w depresję, schizofrenię, alkoholizm, kradną albo próbują targnąć się
na życie. Polska ambasada w Dublinie od niedawna zaczęła prowadzić statystykę
samobójców. Na razie na liście znalazło się sześć nazwisk, ale jaka jest
prawdziwa skala tragedii, nie sposób ocenić. Na listę trafili ci, którzy
skutecznie rozstali się z życiem, nie ma na niej natomiast nieudanych prób
samobójczych. Nikt nie liczy też Polaków przebywających w irlandzkich
szpitalach psychiatrycznych. Pracownicy polskiego konsulatu i dziennikarze
gazety polonijnej w Dublinie twierdzą, że jest ich coraz więcej. Potwierdza to
jedyny polski ksiądz w Dublinie, salwatorianin Andrzej Pyka z kościoła St.
Michan’s, traktowany jak pogotowie duchowe - wzywają go do szpitali
psychiatrycznych, kiedy trafia tam niedoszły samobójca. - W ciągu ostatnich
kilku tygodni jeździłem dwanaście razy - mówi duchowny. - Jeszcze częściej
spotykam się z przypadkami „zwyczajnych” załamań nerwowych i depresji - dodaje.
Łukasz Kostrzewa z Dolnego Śląska, 27-letni historyk zaraz po studiach,
marzył, że tu zarobi, wesprze niezamożnych rodziców, obkupi się, ubierze.
Pracy miało być tyle, że tylko przebierać w ofertach. Zresztą jego koledzy już
tam byli. Łukasz nie sądził więc, że jedzie w ciemno: znał trochę język, no i
w Gorey była już jego dziewczyna, we dwoje miało być łatwiej.
- Ale okazało się, że z moim kulawym angielskim mogłem tylko robić kanapki za
6 euro za godzinę (minimalna stawka w Irlandii to 7,65). A ja skończyłem
studia i nie chciałem być wołem roboczym. Żyłem w stresie - opowiada. Ma
dzikie, rozbiegane spojrzenie i drżący głos. Mówi, że potem było jeszcze
gorzej - zostawiła go dziewczyna, stracił mieszkanie i pracę. Miał omamy, bał
się ludzi na ulicy, szczególnie Polaków. Trafił do szpitala psychiatrycznego w
Wexford: depresja, skrajne wyczerpanie nerwowe, początek schizofrenii.
Moda na Irlandię - by nie powiedzieć: irlandzka gorączka - zaczęła się w maju
2004 roku, po wstąpieniu Polski do Unii. Zresztą nie bez powodów - ten kraj, w
przeciwieństwie do innych członków UE, nie stawiał przed Polakami barier na
rynku pracy, przedstawiciele tamtejszych firm sami przeczesywali Polskę w
poszukiwaniu fachowców, a na kolumnach ogłoszeniowych „praca” w niektórych
dziennikach wydzielono specjalne sekcje dotyczące pracy w Irlandii.
Ale jeszcze przed rokiem - co podkreśla Izabela Grabowska, pracownik naukowy
Ośrodka Badań nad Migracjami Instytutu Studiów Społecznych UW - o pracę w
Irlandii było o wiele łatwiej niż dziś.
Bo ilu zarobkowych emigrantów może przyjąć niespełna czteromilionowe państwo?
Poza tym Polacy nie zdają sobie sprawy z wysokich kosztów utrzymania, jadą
głównie do Dublina, który jest przepełniony, a ceny wynajmu mieszkań wciąż
rosną i coraz trudniej o pracę.
Agata Poleska, 22-letnia blondynka o artystycznej duszy, już po raz siódmy
próbowała odebrać sobie życie. W szpitalu w Galway dość już mają szalonej
Polki, która
garściami łyka psychotropy. Po ostatnim odtruciu zapowiedziano jej, że jak
znowu się nafaszeruje, zamkną ją w szpitalu psychiatrycznym albo deportują do
Polski. - Agata przerwała w kraju studia na kulturoznawstwie, bo myślała, że
tu zostanie artystką i skończy sztuki plastyczne. Za wysoko postawiła
poprzeczkę - mówi jej koleżanka Anna Kobus.
I u niej - jak u Łukasza - ambicja i delikatna psychika pokaleczyły się o
irlandzkie realia. Zamiast tworzyć, stoi za barem w Galway i leje piwo w
kufle. Do Polski wracać nie chce, bo to by oznaczało pożegnanie z marzeniami,
pogodzenie się z perspektywą, że - w najlepszym przypadku - będzie uczyła
rysunków dzieci w szkole. Więc trzyma się tego baru, ale czasem ziemia usuwa
się jej spod nóg. A najgorsze, że nie ma za bardzo do kogo zwrócić się o
pomoc. Do znajomych Irlandczyków? Nie zrozumieją. Do Polaków? Każdy ma swoje
problemy. Łukaszow