ignorant11
02.11.05, 12:01
Sława!
Europa: powrót egoizmów
serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34181,2995035.html
Antoni Podolski* 01-11-2005, ostatnia aktualizacja 01-11-2005 18:47
Zagraniczne media narzekają, że w trakcie kampanii wyborczej w Polsce
pojawiła się frazeologia nacjonalistyczno-socjalna. Jednakże owa frazeologia
była jedynie wyolbrzymionym i zwulgaryzowanym odbiciem praktyki dominującej
dziś w polityce europejskiej. Praktyki przedkładania narodowych interesów czy
wręcz egoizmów ponad wspólny interes europejski
Nieformalny szczyt przywódców państw UE w podlondyńskiej rezydencji Hampton
Court (27 października) miał być swoistą rozgrzewką czy może próbą generalną
przed właściwym szczytem kończącym brytyjską prezydencję. Szczyt wypadł
jednak dość blado i praktycznie bez efektów. Tego się zresztą spodziewano.
Wciąż bowiem nie wiadomo, czy Brytyjczykom uda się osiągnąć kompromis
budżetowy, a nawet czy w ogóle do tego dążą. Przyjęcie budżetu musiałoby
oznaczać zmianę stanowiska Londynu w kwestii tzw. brytyjskiego rabatu - na
likwidację lub choćby redukcję którego nie zgadza się społeczeństwo
brytyjskie. Musiałoby też oznaczać zmianę bardzo liberalnego stanowiska
premiera Tony'ego Blaira w kwestii unijnej polityki dopłat rolnych, które
jest nie do przyjęcia dla krajów kontynentalnych (zwłaszcza Francji i
Hiszpanii). Z kolei nowe kraje członkowskie UE obawiają się, że proponowane
przez Londyn przeznaczenie większych środków finansowych na badania naukowe i
rozwój nowych technologii odbędzie się kosztem zmniejszenia funduszy
strukturalnych mających pomóc tym krajom w dogonieniu rozwiniętych
gospodarczo państw starej Unii.
Kryzys integracji
Oczywiście, nadzieja na kompromis pozostaje - Komisja Europejska przedstawiła
ostatnio kilka kompromisowych wariantów rozwiązania sporu. Jednak, co
znamienne, tematyka budżetowa nie była oficjalnie poruszana w Hampton Court.
Tak zadecydował Blair, choć podobno kilku przywódców chciało podjąć ten temat.
Budżet był zresztą omawiany na szczycie, choć w sposób pośredni. Blair
pragnął bowiem podjąć dyskusję o europejskiej polityce socjalnej - czyli
pośrednio także o finansach, bez reformy których nie ma możliwości
prowadzenia jakiejkolwiek polityki. Byłby to może dobry wstęp do grudniowych
rozmów o budżecie, jednak niewielu obserwatorów wierzy w sukces w tym
zakresie podczas brytyjskiej prezydencji. Z jednej bowiem strony Londyn
znalazł się w trudnej sytuacji - jest jednocześnie aktywną stroną w sporze i
mediatorem. Z drugiej strony pozostaje kwestia reakcji wielkich krajów
kontynentalnych, które doskonale pamiętają, że to z winy Brytyjczyków nie
udało się przyjąć budżetu podczas poprzedniego szczytu. Co prawda, by ułatwić
życie Brytyjczykom, Komisja Europejska przedkłada szefom państw propozycje
kompromisu, ale czy to wystarczy, by przełamać urazy np. Francji?
W Hampton Court pojawiło się kilka tematów "bezpiecznych", czyli
satysfakcjonujących większość państw - badania naukowe i edukacja, bardzo
ogólnikowe plany "wspólnej polityki energetycznej", wreszcie unijna strategia
walki z terroryzmem, żelazny temat od końca 2001 r. Zamieszanie wywołały
jedynie kraje skandynawskie, podnosząc kwestię polityki wobec Rosji, a
zwłaszcza separatystycznych relacji niemiecko-rosyjskich.
Trudności z unijnym budżetem nie są niczym nadzwyczajnym i nienaturalnym w
obecnej Unii. Można wręcz rzec, że są odbiciem głębokiego kryzysu, w jakim
znalazła się Europa. Po fiasku europejskiej konstytucji wciąż nie znaleziono
rozwiązania pozwalającego nadać nowy impuls europejskiej integracji. Zamiast
tego mamy kolejne spory i napięcia, a także popisy narodowych egoizmów - jak
w przypadku niemieckiej zgody na rosyjski gazociąg bałtycki - czasem
dodatkowo podszyte podtekstem korupcyjnym (jak w przypadku włoskich koncesji
dla rosyjskiego Gazpromu).
Porcelana w składzie słoni
Jeśli znane powiedzenie mówi o słoniu w składzie porcelany, w przypadku
Europy trzeba by dziś raczej mówić o unijnej porcelanie w składzie
zramolałych narodowych słoni. Ta symboliczna starość nie jest związana z
wiekiem polityków, lecz z - wydawałoby się przezwyciężoną u schyłku minionego
stulecia - praktyką przedkładania narodowych interesów czy wręcz egoizmów
ponad wspólny interes europejski.
Zagraniczne media i krajowi komentatorzy narzekają, że w trakcie kampanii
wyborczej w Polsce pojawiła się frazeologia nacjonalistyczno-socjalna.
Jednakże owa frazeologia była jedynie wyolbrzymionym i zwulgaryzowanym
odbiciem praktyki - w mniejszym zaś stopniu języka - dominującej dziś w
polityce europejskiej. Jakkolwiek bowiem premier Blair zapewniałby, że
powodem zawetowania przezeń unijnego budżetu była troska o przyszłość i
konkurencyjność gospodarki europejskiej, to i tak niemal wszyscy są
przekonani, że chodziło o narodowy interes Brytyjczyków, a także o osobisty
interes polityczny premiera. Kanclerz Gerhard Schröder był przynajmniej
szczery, gdy mówił, że kontrakt na gazociąg bałtycki - zawarty z pominięciem
Polski i Litwy, godzący w bezpieczeństwo tych krajów - leży w interesie
gospodarczym Niemiec. Gdy Francuzi bronią dopłat do europejskiego rolnictwa
jako gwarancji żywnościowego i sanitarnego bezpieczeństwa Europy, to i tak
wiadomo, że chodzi o francuskich rolników, a zwłaszcza o ich głosy w
kolejnych wyborach. W tym ciągu narodowych egoistów świetnie mieści się
również premier Hiszpanii wycofujący wojska z Iraku, by pójść za falą lęków
społecznych po zamachach w Madrycie.
Taka jest obecna Europa i obawy zagranicznych mediów, że przyszły polski rząd
będzie zdecydowanie odstawał od swych europejskich kolegów, są naprawdę
krzywdzące i panikarskie. Nie bójcie się, my też już jesteśmy Europejczykami!
*Antoni Podolski - dyrektor programowy Centrum Stosunków Międzynarodowych w
Warszawie
Wydrukuj Wyślij znajomym Podyskutuj na forum
Pozdrawiam i zapraszam na: