ignorant11
20.11.05, 18:01
Sława!
Bursztyn jak złote runo
www.sprawynauki.waw.pl/?section=article&art_id=1601
Justyna Hofman-Wiśniewska 2005-03-02
Z prof. JERZYM KOLENDĄ z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego,
laureatem nagrody Prezesa Rady Ministrów w 2004r. za wybitny dorobek naukowy,
rozmawia JUSTYNA HOFMAN-WIŚNIEWSKA
– Głośno było swego czasu o znaleziskach egipskich na terenie Polski.
Figurki, skarabeusze – skąd wzięły się na naszych ziemiach?
– Znaleziska egipskie są fragmentem znacznie szerszego zjawiska, mianowicie:
importów antycznych, przede wszystkim rzymskich, z terenu Imperium Romanum na
obszary tzw. barbaricum, czyli położone poza granicami Imperium Rzymskiego.
Te importy to wyroby materialne o różnej zresztą wartości: od rzeczy bardzo
cennych, po produkcję masową, która na terenie państwa rzymskiego miała
minimalną wartość. Jak trafiły one na ziemie tak odległe od państwa
rzymskiego? Różnymi sposobami: jako wymiana, a więc jakby „zapłata” za jakiś
towar, jako łupy wojenne, dary dyplomatyczne wręczane posłom, itp. Importy te
odgrywają bardzo istotną rolę w badaniach. Niekiedy przyczyniają się do
ustalenia chronologii absolutnej tych obszarów. Szczególną rolę odgrywa tu.
terra sigilata, czyli specjalny rodzaj ceramiki, która ulegała szybkim
zmianom. Z drugiej strony, importy odgrywają ogromną rolę w studiach nad
zmianami w świecie barbarzyńskim. Te przedmioty, niezależnie od tego czy były
bardziej czy mniej wartościowe, robiły na barbarzyńcach ogromne wrażenie,
gdyż dzięki nim poznawali świat zupełnie różny od własnego. Były to przecież
przedmioty o odmiennej kolorystyce, wykonane ze szkła, brązu, czasem srebrne,
błyszczące, bogato dekorowane. To zetknięcie się dwóch kultur, które
powodowało...
– Cywilizowanie się barbarzyńców?
– W pewnym stopniu. W niektórych przypadkach zapotrzebowanie na importy
rzymskie przyczyniało się do rozwoju ekonomicznego tych obszarów. Znaczna
część importów rzymskich to były produkty wymieniane za najcenniejszy
surowiec pochodzący z północy, jakim był bursztyn.
– Co składało się na te importy?
– Przede wszystkim bardzo liczne monety. W II w. n.e. na ziemie położone na
północ od Karpat i Sudetów napłynęła ogromna ilość monet, które
prawdopodobnie stanowiły zapłatę za to, że ludy mieszkające na dalekim
zapleczu Imperium Rzymskiego nie atakowały państwa, albo też atakowały te
plemiona, które najeżdżały na obszary Imperium. Napływały w ogromnych
ilościach paciorki – bardzo często występują w grobach ludności
zamieszkującej ziemie polskie, napływała ceramika terra sigilata, która w
Imperium była normalną ceramiką stołową, odpowiednikiem dzisiejszych talerzy
i misek, napływały naczynia brązowe, szklane, trochę srebrnych. I wręcz
szokujące odkrycie: na terenie barbaricum znajduje się ogromna liczba
rzymskich mieczy. Dostawały się tu w rozmaity sposób: m.in. z handlu, łupów
wojennych. Bardzo często były bogato zdobione, miały bardzo ciekawe
inkrustacje, odciski stempli, co dla barbarzyńców nie miało znaczenia, ale
dla nas jest ważne, bo dowodzi ich rzymskości. Tu warto wspomnieć, że miecze
barbarzyńskie pod względem jakości nie ustępowały rzymskim, ale rzymskie były
bardziej efektowne.
– Szlak bursztynowy to też, jak to kiedyś efektownie Pan ujął, droga od
denara do złotówki?
– Efektowne, ale mało prawdziwe. Narodowy Bank Polski w serii monet
kolekcjonerskich wydał kiedyś jedną monetę nawiązującą do szlaku
bursztynowego – cenniejsze egzemplarze zawierały nawet kawałek sprasowanego
bursztynu. I to stało się powodem tego efektownego powiedzenia „od denara do
złotówki”. Bezpośredniej kontynuacji dopatrywać się tu nie można, chociaż...
Historia bicia pieniądza na ziemiach polskich zaczęła się jeszcze w okresie
przedrzymskim. Na naszych terenach były wtedy używane monety celtyckie i
niektóre z tych monet bito na terenie Małopolski, w okolicach Krakowa. Obieg
tych monet celtyckich był dość ograniczony, raczej spełniały funkcje
prestiżowe niż płatnicze. Bardzo często duża liczba znalezisk monetarnych
koncentruje się wokół ówczesnych centrów produkujących żelazo. Takie centra
zostały odnalezione w Górach Świętokrzyskich oraz na zachodnim Mazowszu, w
okolicach Milanówka.
– Niekiedy cenny zabytek archeologiczny okazuje się fałszywym skarbem...
– Trzeba pamiętać, że wśród znalezisk archeologicznych istnieje pewna liczba
znalezisk rzekomych. Na przykład, pewna rzymska waga byłaby niesłychanie
ciekawym importem, gdyby... nie została znaleziona w 1945 r. na strychu
poniemieckiego domu. Poza tym, nawet gdyby była znaleziona w ziemi, posiada
inskrypcję, której fałszywość jest ewidentna. A niedawno o mało co ta waga
nie stała się cennym zabytkiem.
– Pisał Pan swego czasu o fałszywej inskrypcji łacińskiej na cmentarzysku
pradziejowym ze Śląska...
– Ktoś chciał z jednej strony popisać się swoją znajomością łaciny, z
drugiej – zabawić się tym, że inni będą to znalezisko poważnie badali,
interpretowali itp. Zdarzają się czasami sytuacje, kiedy znalezisko naprawdę
wygląda na prawdziwe. Na przykład, w dworze w Topolnie na Pomorzu, gdzie
znajdowały się bogate zbiory różnych zabytków – podobno przechowywano tam
jakiś rękopis Kanta, co jest nie do sprawdzenia, bo zbiory uległy spaleniu –
m.in. było bardzo efektowne naczynie ceramiczne, które uchodziło za rzymskie.
Po pożarze dostało się ono do muzeum w Poznaniu. I zostało opracowane przez
jednego z najwybitniejszych archeologów polskich, prof. Piotra Bieńkowskiego,
specjalizującego się w problematyce śródziemnomorskiej, który miał dużo
kłopotów ze znalezieniem analogii. Nie śmiał powiedzieć słowa o
nieautentyczności, gdyż o publikację tego znaleziska prosił go prof. Józef
Kostrzewski, największy autorytet w archeologii pradziejowej.
Wiedział on, że w tej samej miejscowości znajdowało się duże cmentarzysko z
okresu rzymskiego, na którym odkryto jeden autentyczny import rzymski.
Wszystko więc pasowało. Bieńkowski, opierając się na wielkim autorytecie
Kostrzewskiego, który mówił, że naczynie ceramiczne pochodzi z cmentarzyska –
a skoro tak, to musi być autentyczne – usiłował znaleźć analogie, ale za
bardzo to się mu nie udawało i mit ostatecznie upadł. Takie przypadki są
jednak marginalne. Trzeba też podkreślić, że dotyczyły głównie archeologów
dziewiętnastowiecznych, choć skutki mogą trwać do dzisiaj, bo nie wszystkie
są do zweryfikowania. Nad niektórymi, mniej efektownymi, archeolodzy w ogóle
się nie zastanawiają.
– Współcześni mniej fantazjują?
– Mają lepszy warsztat badawczy, lepsze narzędzia, większą wiedzę. W połowie
XIX w. na Litwie działał „archeolog”, Adam Plater, który mając 16-17 lat
zaczął rozkopywać kurhany. Miał fantastyczne osiągnięcia! Raz rozkopał 30,
raz 40, raz 12 kurhanów. Obecnie w Polsce chyba nie ma archeologa, który
miałby w swoim dorobku rozkopanie tylu kurhanów. To jest po prostu
niemożliwe! Choćby ze względu na czas, który trzeba poświęcić na
dokumentację.
No cóż, Adam Plater rozkopał te kilkadziesiąt kurhanów i znalazł tylko jakieś
żelastwa i skorupy. Każdy archeolog byłby szczęśliwy z powodu takich
znalezisk, ale on nie potrafił tego docenić, ani zinterpretować, więc podał
później, że znalazł 12 posążków bóstw egipskich wykonanych z brązu. Może
nawet niektóre były starożytne. Wyjaśnienie jest mało budujące. Jego ojciec
był w Egipcie i prawdopodobnie te „zabytki archeologiczne” kupił tam.
Przywiózł je do kraju, syn je w pewnym momencie zakopał, by stworzyć
wrażenie, że sam je odkrył. Chciał być wielki i znany.
– Pan zaprezentował w jakimś momencie mało popularne spojrzenie na
fałszerstwo jako