bolko_turan
23.11.05, 11:40
11 lat rządów Łukaszenki - 11 lat walki z wolnością słowa
23-11-2005, ostatnia aktualizacja 22-11-2005 17:13
serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34174,3027419.html
Aleksander Łukaszenko walczył z wolnością słowa od chwili, gdy został
prezydentem. Dziś, po 11 latach, dobija właśnie ostatnie pisma niezależne.
Niezależni białoruscy dziennikarze żartują, że pierwszą ofiarą walki
Aleksandra Łukaszenki z wolnością słowa padła... krowa Miłka. W 1994 roku
krowa, właścicielem której był nowo obrany prezydent, z dnia na dzień stała
się gwiazdą. Zdjęcia Miłki w polu i oborze ukazały się w niemal wszystkich
niezależnych gazetach białoruskich. Zdenerwowany Łukaszenko zabronił robić
zdjęcia Miłki.
Ten wypadek jest odbiciem stosunku prezydenta Białorusi do prasy. Jeżeli coś
się nie podoba, trzeba tego zabronić.
Białe plamy
10 lipca 1994 roku Aleksander Łukaszenko został wybrany prezydentem. Na
pierwszej konferencji prasowej nowy przywódca zapewnił, że białoruskie media
są nareszcie wolne. Jednak już w sierpniu prezydent podporządkował
bezpośrednio swojej administracji Białoruski Dom Prasy, największą drukarnię w
kraju.
Pierwszym wypadkiem zastosowania cenzury politycznej stał się zakaz drukowania
sprawozdania Siarheja Antończyka, szefa komisji antykorupcyjnej białoruskiego
parlamentu, który oskarżył otoczenie Aleksandra Łukaszenki o korupcję. Kiedy
największe gazety państwowe, takie jak "Sowiecka Biełorusja", "Zwiazda" czy
"Respublika", nie podporządkowały się i próbowały wydrukować raport,
Białoruski Dom Prasy usunął z już przygotowanych do druku makiet tekst Antończyka.
22 grudnia 1994 roku gazety wyszły z pustymi stronami.
Niepokorni redaktorzy naczelni wkrótce zostali zwolnieni. Więcej bunty w
państwowych mediach już się nie zdarzały.
Najbardziej wpływowe i wielkonakładowe gazety zostały spacyfikowane.
Redaktorzy naczelni wszystkich państwowych gazet zostali urzędnikami
państwowymi zatwierdzanymi przez odpowiednie organy władzy. Redaktorzy gazet
centralnych - przez administrację prezydenta, regionalnych - przez komitety
obwodowe.
Wszystkie niezależne tytuły Białorusi razem miały nakład znacznie mniejszy niż
organ prasowy administracji prezydenta "Sowiecka Biełorusja". W kolejnych
miesiącach administracji prezydenta zostało ostatecznie podporządkowane radio
i telewizja. Dziennikarz Paweł Szeremet po ocenzurowaniu jednego z programów
zwolnił się z Telewizji Białoruskiej. Był to jedyny wypadek protestu przeciwko
cenzurze w TV. Popularne niezależne mińskie radio 101.2 zostało zlikwidowane,
bo podobno zakłócało... łączność rządową. Po kilku tygodniach na tej samej
częstotliwości rozpoczęło nadawanie nowe radio. Różniło się tym, że było
całkowicie uległe wobec władzy.
Tak więc już w 1996 roku w rękach władzy znalazł się potężny instrument wpływu
na opinię publiczną w postaci państwowych środków masowego przekazu.
Zdaniem przedstawiciela OBWE utrzymanie aparatu propagandy w 2004 roku
kosztowało białoruski budżet 41 mln dol.
Likwidacja "Swabody"
Tygodnik "Swaboda", wydawcą którego był związany z opozycyjnym Białoruskim
Frontem Narodowym Paweł Żuk, był jednym z najbardziej wpływowych wydawnictw
niezależnych. Podejmował tematy drażliwe dla władzy: korupcja, ubóstwo
białoruskiej wsi, wszechwładza urzędników.
- "Swaboda" drukowała to, co inni się bali. Jak mówili współpracownicy
administracji prezydenta, Łukaszenko zaczynał dzień od czytania naszej gazety
- wspomina dziennikarz Siarhej Astraucou.
Gazeta szybko zdobywała popularność. Wyśmiewała też zalążki tworzonego za
pomocą mediów państwowych kultu Aleksandra Łukaszenki. To właśnie "Swaboda"
wydrukowała satyryczny wiersz "Łuka Mudziszczau - prezydent", w głównym
bohaterze którego prokuratura generalna republiki białoruskiej rozpoznała
prezydenta Łukaszenkę.
Prokuratura wszczęła postępowanie karne. Autora wiersza nie znaleziono.
Uratowało go to przed więzieniem. Mniej szczęścia miał inny poeta Sławomir
Adamowicz, który w 1997 roku za wiersz "Zabij prezydenta" został skazany na
dziesięć miesięcy więzienia.
Szybko powiększająca nakład "Swaboda" (od momentu objęcia przez Łukaszenkę
władzy nakład gazety wzrósł czterokrotnie i doszedł do 60 tys.) została uznana
za wroga numer jeden. W 1997 roku najwyższy sąd gospodarczy zlikwidował
"Swabodę". Próby redakcji, by odrodzić wydawnictwo pod innymi tytułami, nie
powiodły się. Kolejno były likwidowane tworzone przez ten sam zespół
redakcyjny "Nawiny" i "Nasza Swoboda".
Skazani na zagładę
Popularność "Swabody" i możliwość powtórzenia jej sukcesu przez inne gazety
niezależne stworzyło potrzebę obrony odbiorców przed "treściami wywrotowymi".
- Gazety zostały podzielone na dobre i złe. Dobre to te, które są lojalne
wobec władzy. One mają wszystkie warunki dla działalności. Złe są skazane na
zagładę - mówi Michaił Pastuchow, kierownik Centrum Pomocy Prawnej
Białoruskiego Zrzeszenia Dziennikarzy.