w 1981 r. demontaż komunizmu był w Polsce możliwy

20.12.05, 02:04


Sława!
Noc generała

www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_051219/publicystyka/publicystyka_a_2.html
Jestem przekonany, że w 1981 r. demontaż komunizmu był w Polsce możliwy i
ZSRR, choć nie bez wstrętów, byłby zmuszony to zaakceptować


RYSZARD BUGAJ

(c) ANDRZEJ KRAUZE
Blisko ćwierć wieku po 13 grudnia 1981 r. stan wojenny wciąż budzi polityczne
emocje. Nadal dominują trzy interpretacje: zbrodnia, która nie została
ukarana, krok desperacki, który trzeba zrozumieć i wybaczyć, oraz akt będący
polską racją stanu. Każda z tych interpretacji jest stronnicza.

Tezę o zbrodni eksponuje prawica (szczególnie PiS): stan wojenny to narodowa
zdrada, a utrzymujące się poparcie tego kroku przez większość Polaków to
skumulowany skutek propagandy. Ten ostry sąd nie jest jednak konsekwencją
szczególnego przywiązania do wartości demokratycznych. Relatywizowanie oceny
dyktatur prawicowych (szczególnie chilijskiej), forsowanie pomysłów
ustrojowych o wątpliwych standardach demokratycznych (projekt konstytucji
PiS) skłania do hipotezy, że radykalna ocena stanu wojennego to przede
wszystkim oręż w aktualnej politycznej walce.

Wybitnym wyrazicielem oceny akcentującej "obiektywną konieczność" stanu
wojennego jest Adam Michnik. Napisał ostatnio: "czcimy w tym roku rocznicę
pamiętnego orędzia biskupów polskich, którzy 20 lat po wojnie wyciągnęli ręce
ku niemieckim biskupom w geście przebaczenia i pojednania. Czy ćwierć wieku
po wprowadzeniu stanu wojennego nie jesteśmy zdolni - my, Polacy - do polsko-
polskiego gestu przebaczenia i pojednania?". Otóż nawet jeżeli zgadzamy się z
tamtym stanowiskiem biskupów i pominiemy okoliczność, że apel sformułowany w
kategoriach etycznych nie może być prostą dyrektywą dla politycznych
rozstrzygnięć, pozostanie inna różnica: 20 lat po wojnie zorganizowane
środowiska NSDAP nie odgrywały w Niemczech żadnej roli, a w obecnej Polsce
spadkobiercy stanu wojennego są potężnym środowiskiem.

Na ogół robili kariery po stanie wojennym. I jeżeli potem przyczynili się do
ustrojowych zmian, to motywowani byli nie moralnym wstrząsem, ale zimną
kalkulacją swoich interesów. A polskie zmiany poszły daleko, bo w tej grze
popełnili błędy. Moralne uniesienia Michnika są fałszywe, a ich konsekwencje
prowadzą do nie mniej stronniczych ocen niż teza prawicy o zdradzie.

Według myślących jak Michnik, największym zagrożeniem dla Polski jest
prawica, a zatem przebaczenie stanu wojennego, które służy środowisku
postkomunistycznemu, jest działaniem przeciw prawicy. Ale wsparcie w tej
walce postkomunistów to wyganianie diabła Belzebubem. Po rządach Leszka
Millera, po ostatnich decyzjach Aleksandra Kwaśniewskiego, trudno w tej
sprawie mieć wątpliwości.

Środowiska postkomunistyczne chcą jednak więcej: chcą uznania, że stan
wojenny wyrażał polską rację stanu. Najwyżej godzą się dziś przyznać, że
ówcześni przeciwnicy też mieli swoje racje. To przesłanie podzielają też
aktywiści młodzieżówki SLD i SdPl (!), którzy w rocznicę 13 grudnia
przekazują generałowi wyrazy wdzięczności. To świadczy, że postkomunizm
będzie istniał nawet, gdy na emeryturę przejdą funkcjonariusze PZPR.

Szczęśliwie Polacy mogą wiedzę o stanie wojennym czerpać z książek
historyków. W tych książkach obraz jest względnie jednolity. Komunistyczni
przywódcy nigdy nie zaakceptowali "Solidarności". Przez szereg miesięcy
związek był tolerowany, ale władze cały czas szukały możliwości jego
likwidacji. Radykalizm wielu zachowań "Solidarności" rodził oczywiście
zaostrzone konflikty, jednak nie istniała żadna formuła egzystencji
niezależnego związku, którą mogłyby zaakceptować władze. Żadna duża i
niezależna organizacja (poza Kościołem) nie mogła być składnikiem systemu
komunistycznego.

Do konfrontacji mogłoby nie dojść wyłącznie w dwu przypadkach:
samolikwidacji "Solidarności" albo zaakceptowania przez władzę demontażu
komunizmu. To pierwsze byłoby absurdalne. Czy można sobie wyobrazić drugi
wariant?

Odpowiedź prowadzi do rejonów historii alternatywnej. Ani teza, że Rosja
sowiecka stanęłaby zbrojnie na drodze radykalnych polskich przemian, ani
twierdzenie, że istniała możliwość faktycznego odrzucenia komunizmu, nie mogą
być formułowane kategorycznie. W 1981 r. sądziłem, że prawdziwa jest pierwsza
teza. Dziś jestem przekonany, że przemiany ustrojowe były możliwe i ZSRR,
choć nie bez wstrętów, byłby zmuszony je zaakceptować. Rosja była już słaba,
a jej zesklerociali przywódcy chyba rozumieli, że przegrywają wyścig zbrojeń.
Poza tym noga uwięzła im w Afganistanie. Liczne sygnały historyków, oparte na
archiwaliach, wskazujące na niechęć do zbrojnej interwencji w Polsce brzmią
wiarygodnie. Musiałyby się pojawić nowe, rewelacyjne dokumenty, by tę
hipotezę obalić.

Nie oznacza to, że "finlandyzacja" Polski byłaby łatwa. Więzi Polski z ZSRR -
szczególnie gospodarcze - były bardzo silne i ich zrywanie musiałoby być
społecznie bolesne. Jednak gdyby ekipa komunistyczna zaakceptowała ten
scenariusz, zyskałaby ogromne społeczne poparcie. Nie byłaby to droga ku
zatracie. Przeciwnie, ku wielkiej historycznej szansie.

Jednak ekipa Jaruzelskiego nie brała pod uwagę scenariusza emancypacji.
Jaruzelski był nieodłączną częścią komunistycznego systemu. W tym systemie
zrobił ogromną karierę - także wtedy (jak w grudniu 1970 czy w marcu i
sierpniu 1968), gdy jej warunkiem było robienie podłych rzeczy. Zdecydował
się na stan wojenny, bo chciał ratować komunizm. Lata 1982 - 1986 pokazują,
że jego celem była odbudowa w pełni autorytarnego systemu. Na obronę generała
trzeba jednak powiedzieć, że zrobił wiele, by uniknąć ofiar stanu wojennego i
by - już potem - nie bronić komunizmu zbrojnie. Nie wystarcza to, by uznać go
za męża stanu, ale podważa tezę: "Jaruzelski - zbrodniarz".

Nie powinniśmy rezygnować z egzekwowania odpowiedzialności za stan wojenny i
w ogóle za działania w czasach komunistycznych. Ale nie powinno też być
miejsca na odpowiedzialność zbiorową. Ustawa dekomunizacyjna pomyślana jako
zakaz pełnienia publicznych funkcji przez byłych funkcjonariuszy systemu
mogłaby wielu usatysfakcjonować (jednych ucieszyłby ten zakaz np. dla posła
Szmajdzińskiego, a innych dla redaktora Króla), ale nie mogłaby być
sprawiedliwa. To nie znaczy, że amnezja i bezkarność powinny być akceptowane.

Nowa Polska nie może być budowana ani na ślepym odwecie, ani na rehabilitacji
draństwa.

Potrzebne jest ustanowienie odpowiedzialności nie tylko za komunistyczne
zbrodnie. Ale i za czyny formalnie peerelowskiego prawa nie naruszające, lecz
godzące w prawa człowieka. Czy np. ten, kto propagował w mediach esbecką
fałszywkę pt. "Rozmowa Wałęsy z bratem", ma być zwolniony od
odpowiedzialności? Nie powinna w tym przypadku być stosowana odpowiedzialność
karna; konieczne jest szczególne uregulowanie ustawowe. Ale nie można
zaakceptować formalizmu prawnego, który pewnie doprowadzi do tego, że
Jaruzelski zostanie oskarżony nie za wprowadzenie stanu wojennego, ale
dlatego, że dokonał tego w trybie naruszającym peerelowską "konstytucję". Ale
jeżeli traktować ją serio, to może słusznie ścigano tych, którzy "nie
respektowali kierowniczej roli partii" i "godzili w sojusze"?

Historycy nie mogą zastąpić polityków i sędziów. Ostatnie lata pokazały z
całą ostrością, że polityczna amnezja rodzi wiele negatywnych następstw. To
dlatego za rządów Leszka Millera mogli wypełznąć niegdysiejsi aparatczycy,
zająć stołki i dorwać się do kasy.

Dziś powstała możliwość rozsądnego wyegzekwowania odpowiedzialności za
działania ludzi peerelowskiej władzy w czasach komunistycznych.
Odpowiedzialności, a nie ślepego politycznego odwetu. Prawa człowieka powinny
być szanowane zawsze.

RYSZARD BUGAJ, Ekonomista, działacz opozy
Pełna wersja