Exportujmy złotówki:)))

09.01.06, 02:25
Sława!
Ptolemeusz w Hongkongu
Tygodnik "Wprost", Nr 1205 (08 stycznia 2006)
www.wprost.pl/ar/?O=85653

Protekcjonizm prowadzi do ubożenia bogatych i biednych

David Friedman
Syn Miltona Friedmana, fizyk z wykształcenia, liberalny ekonomista z wyboru,
guru zwolenników libertarianizmu i anarchizmu ekonomicznego

Minęło z górą 400 lat od czasu, gdy polski astronom przedstawił nowy model
wszechświata. Wśród wykształconych elit Europy panowało wówczas przekonanie,
że kulista Ziemia tkwi w środku systemu wirujących wokół niej kryształowych
sfer, na których mieszczą się Słońce, Księżyc i planety. Takie wyobrażenie
wszechświata, system zwany ptolemejskim, przyjmowano od czasów starożytnych.
Kopernik je odrzucił, wprowadzając współczesny obraz Układu Słonecznego -
Słońce znajduje się w jego środku, a planety krążą wokół niego.
Po ponad dwóch stuleciach dwaj inni wybitni ludzie intelektu - szkocki
profesor
i emerytowany angielski bankier - wywołali podobną rewolucję, przedstawiając
wyobrażenie handlu odmienne od tradycyjnego. Według starego poglądu zwanego
merkantylizmem, handel to zabawa w wojnę. Trzeba eksportować więcej, niż się
importuje, brać złoto za te nadwyżki i się bogacić. Ponieważ towary
importowane przez pewien kraj eksportuje inny, toteż była to gra, w której
państwa stawały się wrogami, bo każde zmierzało do tego, by zwiększyć
eksport, a import - zmniejszyć.
Pierwszy z tych ludzi, Adam Smith, wykazywał jednak - a słuszności jego
poglądów dowiódł David Ricardo - że taki obraz handlu ma z rzeczywistością
tyle wspólnego, ile kryształowe sfery Ptolemeusza. Gdy kraj tylko eksportuje,
nie bogaci się, tylko wspomaga inne państwa. Daje im bowiem samochody i
komputery, a w zamian dostaje zadrukowany zieloną farbą papier. W czasach
Smitha dostawał przynajmniej złoto. Ale złoto nie zastąpi ubrań lub domostwa
lepiej niż papier. Kraje nie bogacą się przez to, że gromadzą złoto, lecz
dzięki handlowi towarami - każdy eksportuje to, co potrafi wytwarzać dobrze,
a w zamian bierze to, co produkuje gorzej od innych.

Detroit w Lublinie
O systemie Ptolemeusza wspomina się już tylko w podręcznikach historii, ale
ekonomia merkantylistyczna ma się całkiem nieźle. Nie czytam polskich gazet
ani nie rozumiem mów polskich polityków, ale w krajach mi znanych w dysputach
o założeniach polityki handlu zagranicznego używa się terminów, które wyszły
z użycia niemal dwa wieki temu. To trochę tak, jakby w artykułach
poświęconych amerykańskiemu programowi badań kosmicznych ostrzegano, że sond
wysyłać nie można, gdyż już pierwsza nieuchronnie uderzyłaby w kryształową
sferę Księżyca. Odpowiednikiem tych argumentów w rozmowach o gospodarce są
twierdzenia o "niekorzystnym bilansie handlu zagranicznego", o tym, jakie
znaczenie ma to, by pozostać "konkurencyjnym", lub o konieczności "ochrony
amerykańskich pracowników przed zagraniczną konkurencją".
Najprościej pokazać na przykładzie, jak teraz (czyli od 1817 r., kiedy
Ricardo wydał "Zasady ekonomii politycznej") patrzy się na handel
zagraniczny. Amerykanie mogą produkować samochody na dwa sposoby: montować je
w Detroit lub uprawiać w stanie Iowa. Wszyscy wiedzą, jak się je produkuje w
Detroit - tak samo, jak robią to Polacy choćby w Lublinie. Gdy chcemy
uprawiać samochody w stanie Iowa, zaczynamy od tego, by wyhodować surowiec, z
jakiego są zrobione, czyli pszenicę. Zboże ładujemy na statki, a te wysyłamy
w rejs przez Pacyfik. Gdy wracają, są zapełnione hondami.
Uprawianie pszenicy i wymienianie jej na samochody to przecież produkcja aut
przez amerykańskich robotników i przy wykorzystaniu amerykańskich zasobów
w tej samej mierze, co montowanie ich na taśmie produkcyjnej. Jeżeli taka
metoda pochłania nieco mniej dolarów z amerykańskich zasobów i potrzeba do
tego mniej pracy amerykańskich robotników, to Amerykanie zyskują więcej, gdy
samochody uprawiają, niż wtedy, gdy je produkują. Nakładanie ceł na import
aut to sposób na to, by nas zmusić do wykorzystywania technologii mniej
sprawnej zamiast metod sprawniejszych. Jesteśmy zmuszani, by samochody
produkować, choć taniej byłoby je uprawiać. Chroni się w ten sposób
amerykańskich pracowników przemysłu motoryzacyjnego, tyle że przed
amerykańskimi rolnikami.
Tłem tej opowiastki jest Ameryka, bo tam mieszkam. Wersję oryginalną ułożono
w Anglii. Tę samą historię można jednak równie dobrze opowiedzieć o Francji,
Polsce lub Chinach.

Logika rupii i dolara
W USA panuje powszechna obawa, że inne kraje okażą się lepsze od nas - "nie
będziemy dostatecznie konkurencyjni". Z tego powodu, że nasi robotnicy
zarabiają więcej niż robotnicy w Indiach, a to dlatego, że są gorzej
wykształceni niż niemieccy, a to znów przez to, że opodatkowuje się i
reguluje u nas albo za dużo, albo za mało. Szczegóły zależą od politycznych
przekonań wyrażającego obawy. Pokazać, czemu jest to bzdura, można na dwa
sposoby. Pierwszy - możemy sobie wyobrazić, że Hindusi rzeczywiście są lepsi
od nas we wszystkim. Potrafią produkować samochody, komputery, pszenicę, ryż
i ubrania taniej od nas. Sprzedają je nam po cenach, jakich nasi producenci
nie będą w stanie zaproponować. Co dostają w zamian? Nic z tego, co
wytwarzamy, nie zasługuje na to, by to kupili - z założenia. Eksportujemy
więc dolary, a te umiemy produkować tanio, i żyjemy na koszt Indii. Dla nas
to doskonały interes, ale hinduscy producenci nie wpadaliby w zachwyt.
Teraz drugi sposób wykazania, co nie pasuje w takiej koncepcji. Zwróćmy uwagę
na to, że porównywać koszty w Indiach z kosztami w USA lub w Polsce można
tylko wtedy, gdy mamy wspólną miarę. Koszty w Indiach podaje się w rupiach,
koszty w Stanach Zjednoczonych - w dolarach, a w Polsce - w złotych. Aby
koszty indyjskie przedstawić w dolarach, potrzeba kursu wymiany, czyli ceny
dolarów wyrażonej w rupiach.
Od czego ona zależy? Decyduje o tym popyt i podaż. Dolary wprowadzają na
rynek Amerykanie, pragnąc za nie kupić rupie, aby nabywać towary w Indiach.
Hindusi potrzebują dolarów i płacą za nie rupiami, by kupować towary w
Ameryce. Gdyby było tak, że wszystko jest tańsze w Indiach, żaden Hindus nie
chciałby wymieniać rupii na dolary, nie byłoby popytu, a więc dolar byłby
wart coraz mniej rupii. Gdyby cena dolara spadła, towary amerykańskie,
kupowane za dolary, trafiałyby po niższej cenie do Hindusów płacących
rupiami. Amerykanie musieliby więcej płacić za towary indyjskie. Cena dolara
spadałaby aż do chwili, gdy liczba dolarów, jakie Hindusi chcieliby kupić,
zrównałaby się z liczbą dolarów, jakie Amerykanie pragnęliby sprzedać.
Spadałaby aż do czasu, kiedy Hindusi chcieliby kupić w Ameryce tyle samo, ile
Amerykanie pragnęliby nabyć w Indiach.

Protekcjonizm, czyli bieda
Dlaczego więc Ameryka ma deficyt w handlu zagranicznym, nad czym od czasu do
czasu ubolewają politycy? Czasem pojawia się twierdzenie, że mieszkańcy
innych krajów kupują niekiedy dolary nie po to, by je wydawać, lecz po to, by
je gromadzić. W ten sposób jednak udzielają USA nie oprocentowanego kredytu.
Dają nam towary w zamian za papier, a w świecie, w którym inflacja rzadko
spada poniżej zera, ten papier będzie wart mniej za jakiś czas, kiedy ludzie
ci z nim wrócą, by go wymienić na towary. Czasami udziela się innej
odpowiedzi. Mówi się, że towary kupowane przez mieszkańców innych krajów w
Stanach Zjednoczonych ujmuje się w statystykach handlu zagranicznego wówczas,
gdy nabywający je wywożą. Nie zawsze tak się dzieje. Mogą przecież
wykorzystać dolary inaczej, na przykład inwestując w USA, kupując udziały w
przedsiębiorstwach. Deficyt w handlu zagranicznym lepiej byłoby więc nazywać
napływem kapitału. Dlatego właśnie przez znaczną część XIX wieku Stany
Zjednoczone wykazywały deficyt w handlu zagranicznym. Europejczycy
sprzedawali nam wtedy towary, a pienią
    • ignorant11 Re: Exportujmy złotówki:))) (dok) 09.01.06, 02:44


      Protekcjonizm, czyli bieda
      Dlaczego więc Ameryka ma deficyt w handlu zagranicznym, nad czym od czasu do
      czasu ubolewają politycy? Czasem pojawia się twierdzenie, że mieszkańcy innych
      krajów kupują niekiedy dolary nie po to, by je wydawać, lecz po to, by je
      gromadzić. W ten sposób jednak udzielają USA nie oprocentowanego kredytu. Dają
      nam towary w zamian za papier, a w świecie, w którym inflacja rzadko spada
      poniżej zera, ten papier będzie wart mniej za jakiś czas, kiedy ludzie ci z nim
      wrócą, by go wymienić na towary. Czasami udziela się innej odpowiedzi. Mówi
      się, że towary kupowane przez mieszkańców innych krajów w Stanach Zjednoczonych
      ujmuje się w statystykach handlu zagranicznego wówczas, gdy nabywający je
      wywożą. Nie zawsze tak się dzieje. Mogą przecież wykorzystać dolary inaczej, na
      przykład inwestując w USA, kupując udziały w przedsiębiorstwach. Deficyt w
      handlu zagranicznym lepiej byłoby więc nazywać napływem kapitału. Dlatego
      właśnie przez znaczną część XIX wieku Stany Zjednoczone wykazywały deficyt w
      handlu zagranicznym. Europejczycy sprzedawali nam wtedy towary, a pieniądze
      przeznaczali na to, by u nas budować linie kolejowe.
      W kraju tak dużym jak Stany Zjednoczone protekcjonizm (nakładanie ceł po to,
      aby nas zmusić do tego, by wytwarzać towary u siebie bezpośrednio, zamiast
      pośrednio w wyniku wymiany handlowej z zagranicą) to błąd. Nie jest to jednak
      zagrożenie śmiertelne. USA są krajem na tyle dużym, że mogą zupełnie dobrze
      produkować wiele rzeczy. Mogą i hodować pszenicę, i produkować samochody.
      Utrudnianie handlu, a więc zmuszanie nas do tego, byśmy sami wytwarzali takie
      towary, jakie moglibyśmy mieć łatwiej dzięki handlowi, sprawia, że ubożejemy.
      Ale nie ubożejemy bardzo. Kiedy jednak rzecz dotyczy krajów mniejszych,
      protekcjonizm jest pomyłką znacznie poważniejszą. Co rozumieli bardzo dobrze
      niemal wszyscy uczestnicy ostatniego szczytu WTO w Hongkongu, ale przyznawali
      się do tego tylko niektórzy.
Pełna wersja