W niewoli u Rosjan

10.01.06, 04:50
Sława!
W niewoli u Rosjan
Joanna Kurosz, Jakub Kumoch
www.przekroj.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=928&Itemid=49
Fot. Photoxpress/Reporter


Triumph Palace – jeden z symboli nowej Moskwy. Koncern, który go buduje,
nawet nie ukrywa, że korzysta z pracy nielegalnych gastarbeiterów

W Rosji przebywa 14 milionów nielegalnych imigrantów. Rosjanie ich nie
cierpią, a dla władz są terrorystami i bandytami. Ale wszyscy mają interes w
tym, żeby zostali.

Nielegalni robotnicy kończą pracę i zmęczonym wzrokiem wypatrują autobusu. Za
tłumem śniadych i skośnookich twarzy wznosi się nowa Moskwa. Luksusowy
Triumph Palace, który budują od kilku miesięcy, przyciąga wzrok swoim
kiczowatym przepychem i stylem zamku Gargamela. Nagle panika. Zbliża się
radiowóz. Tłum – bez dokumentów i pozwoleń na pracę – cofa się za bramę
budowy. Ale dziś milicja nie robi łapanki. Dwóch blondynów w milicyjnych
mundurach pęka ze śmiechu, widząc popłoch, jaki wywołali wśród „nielegałów”.
Wciskają klakson, w radiowozie szczeka milicyjny pies. Dziś tylko się bawią.
Wrócą tu zaraz po tym, jak pracujący na czarno robotnicy dostaną wypłatę.
– Przedwczoraj dostaliśmy pieniądze. Gliny stawiły się natychmiast. Wzięli
ode mnie 500 rubli (20 dolarów) i grozili, że jak nie dam, to mnie wyrzucą z
kraju – mówi Alim, młody Uzbek, który nie chce powiedzieć, jak ma na
nazwisko, i protestuje przy próbach zrobienia mu zdjęcia. Większość
robotników nie zgadza się nawet na rozmowę. Każdy biały jest dla nich
podejrzany.
Przed dwoma laty władze rosyjskie po raz pierwszy ogłosiły, że Rosję może
zamieszkiwać nawet 14 milionów cudzoziemców, w tym przytłaczająca większość
nielegalnie. Największe biznesy robią Chińczycy, spece od handlu ubraniami i
sprzętem elektronicznym. Ormianie i Azerowie dzielą między siebie bazary,
Mołdawianie monopolizują rynek drobnych napraw, najniżej stojący w hierarchii
Uzbecy i Tadżycy kończą najczęściej jako robotnicy budowlani. Szefują im
Ukraińcy i Białorusini, którzy załapują się często do pracy na czarno jako
kierowcy ciężarówek, brygadziści i bardziej wyspecjalizowani robotnicy.

Oszukany przez moskwę

Alim przyjechał do Moskwy skuszony perspektywą gigantycznych zarobków.
Obiecywano mu 400 dolarów miesięcznie, astronomiczną sumę jak na jego kraj.
Okłamali go. Alim dostał przez cztery miesiące zaledwie 250 dolarów, z czego
jedną czwartą zabierają mu milicjanci. Jego życie to spanie i praca. Na ulicę
wychodzi tylko wtedy, kiedy musi. Środkowoazjatycka fizjonomia na pewno
sprowokowałaby milicję do „rutynowej kontroli dokumentów”, w najgorszym razie
padnie ofiarą skinów, którzy często atakują tak, żeby zabić.
Wieczorem Alim kładzie się więc spać na pryczy w bloku pod Moskwą. Salę – 24
metry kwadratowe – dzieli z 13 innymi osobami. Takich sal jest w całym
budynku blisko 50, przypadają na nie dwie toalety i cztery prysznice. Ale ten
hotel w imigranckim środowisku uważany jest i tak za jeden z lepszych.
Robotników zatrudnia DON-Stroj – przedsiębiorstwo, które buduje luksusowe
kompleksy i domy dla bogatych Rosjan.
Dla przeciętnego Rosjanina imigrant to plaga i zagrożenie. Ma na niego całą
masę rasistowskich określeń, z których zapada w pamięć jedno –
„czarnodupiec”. Politycy prześcigają się w udowadnianiu, że „nielegalni”
kradną i wspierają terrorystów, a prosty naród zrzuca na nich winę za
wszystkie krzywdy. Rosja brzydzi się przyjezdnymi, ale uwielbia na nich
zarabiać. – Milicja potrzebuje imigrantów, bo zatrzymuje ich na ulicy i
ściąga od nich część wypłaty, urzędy biorą łapówki za zatrudnianie na czarno,
a koncerny budowlane mają robotników pozbawionych praw – mówi „Przekrojowi”
Jelena Riabinina zajmująca się nielegalną imigracją w organizacji praw
człowieka Memoriał.

Wiecznie nielegalni

Na „nielegalnych” oszczędza się nie tylko, nie wypłacając im pensji i nie
odprowadzając podatków. Wielkie koncerny lekceważą również przepisy
bezpieczeństwa. Nawet polscy robotnicy zatrudnieni legalnie przez krajowego
pośrednika skarżyli się, że pracowali na budowie kilkunastopiętrowego
wieżowca bez żadnych zabezpieczeń. Tadżycy i Uzbecy na ogół nie mają się komu
skarżyć. – Zdarzało się, że ludzie ginęli dlatego, że nikt z szefostwa nie
chciał zadzwonić na pogotowie – opowiada Galina Dmitriewa, 20-letnia
aktywistka niewielkiej Rewolucyjnej Partii Roboczej, która
próbuje „uświadamiać” cudzoziemskich robotników. Kiedyś sama zgłosiła się do
pracy na budowie. Zapamiętała, jak jeden z „czarnych” spadł z rusztowania.
Reszta natychmiast chciała zbiegać na dół, ale kazano im pracować dalej.
Pracodawca ma zawsze krótki argument: nie chcesz pracy, to wynocha. Milicja i
władza stoją po jego stronie. W najlepszym wypadku deportują, w najgorszym –
podrzucą mu na komisariacie narkotyki albo oskarżą o terroryzm.
Najefektywniejszy sposób na poprawienie sobie milicyjnych statystyk.
Nielegalni imigranci to nie tylko cudzoziemcy. Ponieważ 10-milionowa Moskwa
żąda od wszystkich, także od Rosjan, trudnego do zdobycia meldunku,
społeczność „nielegalnych” (w samej Moskwie jest ich 1,5 miliona) zasilają
także obywatele federacji. Los Tadżyków i Uzbeków dzielą Czeczeni – ofiary
represji, które nasilają się zwłaszcza po zamachach terrorystycznych. Wówczas
stacje metra zamieniają się w plac do łapanek. Każdy, kto
wygląda „niesłowiańsko”, przechodzi jednego dnia po kilka kontroli, a
dziesiątki „czarnych” lądują na wiele dni na komisariatach.
Ale jest też druga strona medalu. Nawet najgorsza praca w Moskwie zapewnia
wyższy poziom zarobków niż w Tadżykistanie czy w Gruzji i większe
bezpieczeństwo niż w Czeczenii. – Jesteśmy wdzięczni Putinowi za to, że daje
nam tu pracę. Robi dla nas więcej niż nasz dyktator Karimow – Alik wie, co
mówi. Pochodzi z Andidżanu w Dolinie Fergańskiej, najbiedniejszej i
najbardziej zrewoltowanej części Uzbekistanu. Wiosną tego roku w jego mieście
wojsko prezydenta Ilhama Karimowa zmasakrowało setki, a może nawet tysiące
demonstrantów.

To nie ludzie

Środek listopada. W rosyjskiej telewizji chodzi reklamówka nacjonalistycznej
partii Ojczyzna, dziś poważnej siły opozycyjnej. Jej lider Dmitrij Rogozin
przechadza się po Paryżu i poucza imigranckiego nastolatka, by nie pluł na
ulicę i zachowywał się jak „cywilizowany człowiek”. Francuskie media są
zszokowane, ale dla Rosji takie mówienie o imigracji to norma. W tych samych
dniach przez Moskwę przejdzie trzy tysiące demonstrantów Ruchu przeciwko
Nielegalnej Imigracji pod hasłem „Rosja dla Rosjan”. Demokraci nie dostaną
zgody na kontrmanifestację. Wiadomo, kogo w tej wojnie popiera władza i kogo
wspiera społeczeństwo. MSW bez ogródek wyliczyło w tym roku, że cudzoziemcy
dokonali w ciągu 12 miesięcy ponad 41 tysięcy przestępstw. Ukryło oczywiście
to, że te 41 tysięcy przestępców to zaledwie promile wielomilionowej rzeszy.
Gazety bez cienia komentarza przepisały tę statystykę, a jedna z nich dodała
od siebie: „Podkreślmy, że dziś liczba nielegalnych imigrantów w Rosji to od
7 do 14 milionów. Tymczasem 5 milionów naszych obywateli pozostaje bez
pracy”. Wystarczy, by mieszkańcy Moskwy, którzy przecież nie biją się o pracę
na budowach, zaczęli uważać, że „czarni” wysłali ich na bezrobocie. A i tak
ich nienawidzą. Alim opowiada o rozmowie, którą podsłuchał tej wiosny.
– Tatusiu, co to za ludzie? – spytał paroletni chłopiec, pokazując palcem w
stronę czekających na autobus robotników.
– To nie ludzie – bez namysłu odparł męż
Pełna wersja