Przejmujemy ruska flote za dlugi:)))

12.01.06, 01:56
Sława!
Dziewięć lat okupacji statku






fot. Damian Kramski / AG



fot. Damian Kramski / AG




Katarzyna Fryc, Gdynia 12-01-2006, ostatnia aktualizacja 11-01-2006 22:16

To był najdłuższy strajk nowoczesnej Europy - dziewięć lat rosyjska załoga
okupowała swój statek stojący w Gdyni. Chcieli odzyskać zaległe pensje od
armatora. Nie udało się, ale happy end jest jeszcze możliwy


W 1997 r. trawler "Gazgan" przypłynął na remont do gdyńskiej stoczni Nauta.
Już wówczas było jasne, że armator - przedsiębiorstwo połowowe z
Noworosyjska - ma kłopoty finansowe: od kilku miesięcy nie płacił marynarzom.

50 członków załogi zwróciło się natychmiast o pomoc do gdyńskiego biura
Międzynarodowej Federacji Transportowców. - Po naszych interwencjach armator
rozliczył się z marynarzami - opowiada Andrzej Kościk, inspektor MFT. - Ale
nie zapłacił stoczni za remont.

Rosyjski armator polecił załodze zostać na statku i pilnować, aby gdyńska
stocznia nie przejęła trawlera za długi. Obiecywał, że lada dzień ruszą w
morze. Tak przez sześć lat marynarze bronili "Gazgana" przed Nautą. Gdy w
2003 r. armator przestał im płacić z powodu postępowania upadłościowego,
zdecydowali strajkiem wymusić na nim zaległe pensje.

- Wierzyliśmy, że to kolejne nierzadkie u nas, w Rosji, "problemy
przejściowe" z wypłatami - mówił starszy elektryk Vadim Khamidulin. Ale
problemy nie chciały minąć.

Rosjanie, stłoczeni w ciasnych, stalowych kajutach pod pokładem, zaczęli
biedować. Większość wróciła do kraju. W 2004 r. na pokładzie zostało osiem
osób i pies - kundel o imieniu Cygan.

Vadim: - Zaczęliśmy się do tego przyzwyczajać.

Część chwytała się dorywczych zajęć na terenie Trójmiasta. Pracowali zwykle
na czarno - głównie w małych prywatnych firmach rozsianych wokół Nauty i
kooperujących ze stocznią. Spawali blachy, sprzątali itp.

Inni po prostu trwali w oczekiwaniu na nadejście pieniędzy - kręcili się po
statku, robili drobne naprawy i spacerowali po stoczni. Co i rusz ktoś
rezygnował i wracał do Rosji.

Pracownicy Nauty oraz załogi innych statków, widząc ich niedolę, zanosili na
pokład "Gazgana" jedzenie i pieniądze. Z czasem wszyscy przyzwyczaili się do
takiego stanu. Dramat rosyjskiej załogi przestał kogokolwiek bulwersować.

Stałą pomoc zaoferował natomiast gdyński duszpasterz ludzi morza
redemptorysta o. Edward Pracz. Załatwił przedłużenia wiz i przepustek do
miasta, pomagał chorym, dokarmiał, pocieszał. Dzięki niemu ostatnia trójka
strajkujących - kapitan Nikołaj Gusinow, starszy elektryk Vadim Khamidulin i
kucharka Tatiana Baszatowa - wytrzymała aż do początku tego tygodnia, kiedy
to wyczerpała się cierpliwość władz Nauty.

Stocznia ocenia rosnące należności za remont i postój statku na 700 tys.
dolarów. W poniedziałek odcięła statkowi prąd. Temperatura na "Gazganie"
spadła poniżej zera, zapadły ciemności, przestała płynąć woda. Ostatnia
trójka następnego dnia musiała zejść z pokładu. Na statku został tylko pies,
ciągle dokarmiany przez stoczniowców.

Załodze schronienia udzielił redemptorysta.

- Są w ośrodku naszego duszpasterstwa, mają wikt i dach nad głową -
powiedział nam wczoraj. - Zbieramy na ich bilety do domu.

Rosjanie są bez grosza, choć cała trójka uważa się za wierzycieli armatora z
Noworosyjska. Kapitan Gusinow wyliczył, że należy im się 100 tysięcy dolarów
zaległych wynagrodzeń.

Zbigniew Szychowski, radca prawny stoczni Nauta, uważa, że część pieniędzy da
się zdobyć: stocznia sprzeda teraz "Gazagana", by odzyskać dług - będzie z
tego ok. miliona złotych (cena złomu). - W miarę możliwości wypłacimy z tego
Rosjanom należne pieniądze - zapowiada Szychowski.

- Jesteśmy zmęczeni, chcemy to skończyć i wracać do siebie - mówią marynarze.
wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3109223.html

Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
Pełna wersja