witomir
31.08.06, 10:16
zaprasza.net/a_y.php?mid=11073&&PHPSESSID=c3569b0e57b15bf3a524805e1eb69a3e
dr Marek Głogoczowski
Po mym, napisanym dokładnie rok temu, „Liście otwartym do Tygodnika
Podhalańskiego w sprawie kłamstw na temat Grodna oraz Mińska”*, redakcja
miesięcznika „Świat Inflant” z Bydgoszczy poprosiła mnie o dalsze
spostrzeżenia dotyczące Białorusi, który to kraj, w opinii ponoć dobrze
poinformowanej, byłej Sekretarz Stanu USA, Madeleine Albraight, stanowi
„Czarną Dziurę w Europie”. Korzystając zatem z wyjątkowo ciepłej aury w
miesiącu lipcu, wybrałem się na wycieczkę samochodowo – rowerowo – pływacką na
rzeczone Inflanty – czyli Litwę i Łotwę – zwiedzając w drodze powrotnej tę
„czarną dziurę” jaką jest, w opinii prominentów USA, Ruś Biała.
Poniżej znajduje się garść spostrzeżeń, których nie wolno publikować w
niby-polskiej, wielko i średnionakładowej prasie niby-naszego kraju. Otóż to,
co się najbardziej rzuca w oczy, po przekroczeniu granicy z Litwą, to ogromne
obszary porzuconych pól uprawnych, „na oko” większe niż te, jakie występują u
nas na Pomorzu oraz u naszych sąsiadów na Zachodniej Ukrainie. Trzeba jednak
przyznać, że „Rewolucja Anty-Proletariacka”, jaka miała miejsce w Europie
Wschodniej kilkanaście lat temu, na Litwie miała też i swój pozytywny aspekt.
Stara, przedwojenna polska stacja klimatyczna Druskienniki nad Niemnem jest
obecnie dobrze odremontowana i niewątpliwie zachęca turystów i kuracjuszy nie
tylko z Polski do jej odwiedzenia. Podobnie wygląda i Wilno, zapchane
turystami zupełnie tak samo jak mój „półrodzinny” Kraków. I podobnie jak w
Lesie Gubałowskim odzielającym, od reszty Polski, me rodzinne Zakopane, tak i
w Wilnie nad Wilejką, bezpośrednio poniżej Wzgórza Giedymina, tamtejsza
ludność autochtoniczna zorganizowała coś w rodzaju „salonu wystawowego na
wolnym powietrzu” po-konsumpcyjnych śmieci.
W przeciwieństwie jednak do Polski dzisiaj, drogi na Litwie – podobnie jak te
na Słowacji – mają dobrą nawierzchnię, wciąż poprawianą, ponoć z funduszy UE.
Także i bardzo zadbane są litewskie pełne jezior Parki Narodowe, które
poleciłbym wszystkim Polakom, pragnącym odetchnąć od nadmiaru samochodów w
naszym kraju. Natomiast gdy przekroczyliśmy w pobliżu Dyneburga granicę z
Łotwą, to szosa od razu nabrała tradycyjnie polskiego charakteru, o profilu
najwyraźniej skopiowanym ze znaczka jakości „Teraz Polska”. Do „Polski teraz”
okazał się być podobnym także i sam Dyneburg, zapyziałe miasto średniej
wielkości, upstrzone reklamami produktów tych samych co i w naszym kraju
koncernów.
Ponieważ koszty noclegu w ośrodku wczasowym w pobliżu Dyneburga (20 $ od
osoby) wydały się nam wygórowane, więc już tego samego wieczora stanęliśmy na
pobliskiej granicy z Białorusią. Tutaj, czekając w kolejce samochodowej przez
prawie 3 godziny na wpuszczenie nas do „czarnej dziury Europy”, od kierowcy
oczekującego przed nami samochodu dowiedzieliśmy się, że w opuszczonym właśnie
przez nas Dyneburgu Łotysze stanowią tylko 35 procent ludności, reszta to
Rosjanie, Białorusini i ... Polacy, którzy według danych „Świata Inflant”
stanowią tam aż 15 procent ludności! Bardzo dużo Polaków musi też mieszkać w
odległym o pięćdziesiąt kilometrów od Dyneburga, białoruskim Braclawie, gdzie
w sympatycznym hotelu zapłaciliśmy tylko po 12 $ od osoby za komfortowy nocleg
i gdzie, zwiedzając następnego dnia rano na rowerach po tę turystyczną
miejscowość, natknęliśmy się na lokalny cmentarz, na którym prawie połowa
grobów z lat 1970 i 80 miała tablice z napisami po polsku!
Podróżując przez Białoruś, kilka rzeczy w niej napotkanych było miłym
potwierdzeniem tego, co widziałem „migawkowo” już rok wcześniej, w czasie
kilkudniowego oficjalnego pobytu w Mińsku.
- Po pierwsze, drogi na Białorusi pozbawione są znaku jakości „Teraz Polska”.
Są one szerokie, dobrze oznakowane i o ciągle ulepszanej nawierzchni,
oczywiście bez żadnej pomocy z UE walczącej z białoruską „dyktaturą”.
(Słyszałem nawet od kogoś, kto przyjechał rok temu do Zakopanego z Francji, że
w krajach „starej Unii” się szepta, że kraj Łukaszenki jest przygotowany do
wstąpienia do UE lepiej niż Polska!)
- Po drugie, jest to jeden z najczystszych krajów w Europie, przynajmniej w
zwiedzanych przez nas miejscach publicznych, pod tym względem porównywalny li
tylko ze Skandynawią i ewentualnie Szwajcarią.
- Po trzecie, zarówno miasta jak i wsie są od strony estetycznej zadbane,
zwłaszcza gdy się je widzi od strony głównych ciągów komunikacyjnych. Byliśmy
świadkami jak wręcz „na dniach” remontuje się tam chodniki oraz skwery i to
nie tylko w Mińsku i w uzdrowisku „klasy I” jakim jest Narocz, położna nad
pięknym jeziorem o tej samej nazwie. Intensywne prace, podnoszące estetykę
miasta, widzieliśmy także i w Grodnie, w którego centrum krawężniki układa się
nie ze zwykłego betonu, ale ze sztucznego, różowo-czarnego granitu, takiego
jakim na całym świecie obkłada się zazwyczaj fasady banków!
Po czwarte, z rozmów z goszczącymi nas przedstawicielami „klasy średniej”
(dziennikarz z Witebskiej „Gazety Raboczich” i naczelna białoruskiego
miesięcznika literackiego „Niemen”, pani Nina Czajka), dowiedzieliśmy się, iż
Białorusini ogólnie są zadowoleni z warunków życia jakie im stworzyła trwająca
już 12 lat „dyktatura” ich prezydenta. I chyba prawdą jest opublikowana 24
maja w warszawskiej „Polityce” opinia Jagienki Wilczak, że Białorusinki po
prostu są zakochane w swym prezydencie: w gabinecie redakcyjnym pani Czajki
dostrzegłem aż 3 fotografie Łukaszenki.
- Po piąte i to jest najważniejszy punkt mego meldunku. Gdy się jedzie przez
Białoruś, to w ogóle nie widać porzuconych pól, tak charakterystycznych dla
krajobrazu „post-proletariackiej”, Środkowo-Wschodniej Europy. Te zaś obszary
upraw, które widziałem, były dobrze obsiane, bez śladów roboty „na odwal się”,
jak to widywało się w polskich PGR-ach. Pytaliśmy o tą niezwykłą dla
krajobrazu Europy Wschodniej sprawę, goszczących nas dziennikarzy (pani Nina
pracowała uprzednio w prezydenckiej telewizji). Dowiedzieliśmy się od nich, że
jest to wynik pracy kołchozów będących nie tylko pod presją niespodziewanych
„lustracji”, których dokonuje Prezydent z pomocą „wszystkowidzącego”
helikoptera, ale i wynik twardego reżymu bankowych kredytów, za pomocą których
„wyłącznie białoruskie” banki trzymają równie „narodowe” kołchozy w
finansowych kleszczach.
W liczącej obecnie sto tysięcy mieszkańców Lidzie :”biwakowaliśmy” gościnnie w
eleganckim „Domu Polskim”, wybudowanym dziesięć lat temu za pieniądze III RP.
Od liczącej 72 lata kierowniczki tego Domu, pani Izabeli Tyrkin,
dowiedzieliśmy się kolejnych interesujących szczegółów „wojny
polsko-polskiej”, jaka została stoczona w roku ubiegłym przez działaczy
Związku Polaków Białorusi, przy bardzo aktywnym wsparciu strony
„zwycięsko-przegranej” przez władze III RP. Zarówno pani Czajka z Mińska jak i
pani Tyrkin z Lidy pytały się nas, skąd się wzięła ta Andżelika Borys, 32
letnia nauczycielka, którą starsze od niej średnio dwa razy gremium działaczy
ZPB, w marcu ubiegłego roku w Grodnie, uczyniło swoją przełożoną? (Pani
Izabela była obecna na tym specyficznym „walnym zebraniu”, ale z niego wyszła,
gdy zobaczyła co się święci.)
Kierowniczka Domu w Lidzie opowiadała nam, że już od momentu, kiedy Borys
została członkiem Zarządu ZPB, to robiła wszystko, aby sabotować pracę prezesa
tej organizacji, ponoć bardzo utalentowanego dr