ignorant11
04.10.03, 00:30
"Dialog głuchych" po roku
O polsko-niemieckim dyskursie historyków i obrazie Polski w świecie
W gorączce wypowiedzi wywołanych niefortunną uwagą Edmunda Stoibera,
naonczas kandydata na kanclerza, aby Polska uchyliła dekrety sankcjonujące
wysiedlenie Niemców po II wojnie światowej (połowa 2002 r.), znalazły się -
obok stwierdzeń ulotnych, do których nie warto powracać - konstatacje o
szerszym charakterze, próbujące podsumować stan dialogu polsko-niemieckiego
nie tylko w dziedzinie politycznej, ale i w zakresie historii.
JAN M. PISKORSKI 2003-08-13
Bodaj najważniejszą z nich, tak ze względu na doświadczenie autora, jak i z
powodu wagi poruszonych zagadnień, stanowi wywiad, jakiego udzielił prof.
Gerard Labuda, jeden najwybitniejszych polskich historyków w ogóle i
znakomity badacz stosunków polsko-niemieckich w szczególności, "Gazecie
Wyborczej" (1 lipca 2002). Rozmowa, w której przywołuje się i drugą,
inicjatywną jakby wypowiedź (na łamach "Komunikatów Mazursko-Warmińskich"
2002 nr 1) prof. Włodzimierza Stępińskiego, historyka Prus nowożytnych i
wieloletniego profesora na uniwersytecie w pomorskiej Gryfii (Greifswald),
nosi niezwykle pesymistyczny tytuł-credo: "Dialog głuchych". Jako uczniowi
profesora Labudy, który do dziś pozostaje mym niezastąpionym rozmówcą i
mentorem, a także jako przyjacielowi drugiego z wymienionych uczonych, jest
mi wyjątkowo niezręcznie z nimi polemizować. Ponieważ jednak "Dialogiem
głuchych" Labuda zaprzecza swoim życiowym dokonaniom, a uwagi Stępińskiego,
choć w wielu punktach niezwykle celne, najczęściej nie zostały poparte
dowodami, nie można przejść do porządku dziennego nad tymi wypowiedziami. Jak
miał się wyrazić Arystoteles: drogi mi Platon, drogi i Sokrates, ale jeszcze
droższa prawda.
Nie chciałbym wchodzić w szczegóły obu wypowiedzi. Starczy nam generalna teza
obu historyków, wedle których polsko-niemiecki dyskurs historyczny przypomina
obecnie - w kilkanaście lat po otwarciu Polski na Zachód - tytułowy "dialog
głuchych". Historycy polscy mieli się otworzyć na świat i Niemcy, podczas gdy
niemieccy dostrzegać nas mają coraz słabiej i coraz rzadziej biorą pod uwagę
nasze opinie. Gerard Labuda formułuje nawet tezę, iż w większości ostatnich
publikacji niemieckich daremnie szukać informacji, że to Niemcy rozpoczęli
ciąg wypędzeń. Jednocześnie bierze on w obronę polską historiografię ziem
zachodnich, mimo że tworzony przez nią obraz tylko po części odpowiadał
prawdzie historycznej. Labuda zdaje się uważać, że sam fakt, iż polska nauka
w zasadzie reagowała na niemieckie twierdzenia, stanowi dla niej dostateczne
usprawiedliwienie. Neguje on również wartość modelowej w pewnym sensie
rozprawy na temat Pomorza Zachodniego, pisanej przez historyków niemieckich i
polskich (por. "Więź" 2002 nr 8-9), wskazując, że dialog potrzebuje dwóch
stron. Czyż jednak fakt, że historycy niemieccy i polscy są w stanie napisać
wspólną historię Pomorza, nie jest wartością samą w sobie? Notabene
wspomniana praca ukazała się jednocześnie w dwóch językach i sprzedaje się w
Niemczech nie gorzej niż w Polsce, nie mówiąc o tym, że w Niemczech doczekała
się dziesiątek recenzji i wielu - często zażartych - dyskusji na łamach prasy
i internetu.
O niemieckim zamykaniu się na Polskę i destrukcyjnej roli niemieckiej
interpretacji przeszłości pisze z kolei Stępiński, w którego uwagach o
rzekomej polskiej niemocy na niwie historiografii wprost rzuca się w oczy
pasywizm. Skądinąd jego prace robią wrażenie, jakby czas się zatrzymał albo
wręcz cofał, jakby skala trudności w dialogu polsko-niemieckim raczej
narastała niż malała - i wreszcie jakby całą winę za ten stan rzeczy należało
zrzucić na naukę niemiecką. Podstawowy problem w ciekawej i w szczegółach
prawdziwej wypowiedzi Stępińskiego stanowi brak zrozumienia zasad demokracji,
która pozwala na wypowiedzi bardzo różne. Ustawiając je wszystkie na tej
samej płaszczyźnie, autor miesza jednak ze sobą sprawy kluczowe i
trzeciorzędne, głosy ważkie i marginalne. Problem, owszem, stanowi zakres
tego marginesu, lecz póki mieści się on "w normie" i nie zagraża
demokratycznemu konsensowi, póty nie ma potrzeby jego publicznej analizy.
Rozdroża historycznej pamięci
Mimo że wypowiedź Stoibera była poruszająca, nie przywiązywałbym zbyt
wielkiej wagi do pochopnych "parafraz" (w języku Stanisława Stommy),
wygłaszanych przez polityków przed wyborami. To prawda, że został złamany
pewnego rodzaju konsens polityczny ostatnich lat w stosunkach między Polską a
Niemcami, ale trudno nie dostrzec, że słowa te zostały wypowiedziane w
specyficznym klimacie. Przed każdymi wyborami ziomkostwa, normalnie
nastawione raczej na współpracę z Polską, stają się - wbrew logice
upływającego czasu - jakby silniejsze i bardziej nieprzejednane. W okresie
przedwyborczym w Niemczech głębiej niż normalnie rozdrapuje się rany
powojennych wysiedleń. W ubiegłym roku doszła do tego głośna sprawa budowy w
Berlinie względnie we Wrocławiu "Muzeum Wypędzonych". Na fakt, że jest to
część pewnego ogólnego trendu, wskazywać by mogła natomiast robiąca w
Niemczech furorę nowa powieść Güntera Grassa na temat tragedii niemieckich
uchodźców. Przy czym - o ironio! - ten sam Grass, który szczyci się rzekomym
złamaniem tabu, mimo całej jego niewątpliwej odwagi, nie chce dodać, że od
dość dawna było to już tylko jego własne tabu.