Polska-Niemcy, dialog głuchych..?

04.10.03, 00:30
"Dialog głuchych" po roku



O polsko-niemieckim dyskursie historyków i obrazie Polski w świecie

W gorączce wypowiedzi wywołanych niefortunną uwagą Edmunda Stoibera,
naonczas kandydata na kanclerza, aby Polska uchyliła dekrety sankcjonujące
wysiedlenie Niemców po II wojnie światowej (połowa 2002 r.), znalazły się -
obok stwierdzeń ulotnych, do których nie warto powracać - konstatacje o
szerszym charakterze, próbujące podsumować stan dialogu polsko-niemieckiego
nie tylko w dziedzinie politycznej, ale i w zakresie historii.


JAN M. PISKORSKI 2003-08-13




Bodaj najważniejszą z nich, tak ze względu na doświadczenie autora, jak i z
powodu wagi poruszonych zagadnień, stanowi wywiad, jakiego udzielił prof.
Gerard Labuda, jeden najwybitniejszych polskich historyków w ogóle i
znakomity badacz stosunków polsko-niemieckich w szczególności, "Gazecie
Wyborczej" (1 lipca 2002). Rozmowa, w której przywołuje się i drugą,
inicjatywną jakby wypowiedź (na łamach "Komunikatów Mazursko-Warmińskich"
2002 nr 1) prof. Włodzimierza Stępińskiego, historyka Prus nowożytnych i
wieloletniego profesora na uniwersytecie w pomorskiej Gryfii (Greifswald),
nosi niezwykle pesymistyczny tytuł-credo: "Dialog głuchych". Jako uczniowi
profesora Labudy, który do dziś pozostaje mym niezastąpionym rozmówcą i
mentorem, a także jako przyjacielowi drugiego z wymienionych uczonych, jest
mi wyjątkowo niezręcznie z nimi polemizować. Ponieważ jednak "Dialogiem
głuchych" Labuda zaprzecza swoim życiowym dokonaniom, a uwagi Stępińskiego,
choć w wielu punktach niezwykle celne, najczęściej nie zostały poparte
dowodami, nie można przejść do porządku dziennego nad tymi wypowiedziami. Jak
miał się wyrazić Arystoteles: drogi mi Platon, drogi i Sokrates, ale jeszcze
droższa prawda.

Nie chciałbym wchodzić w szczegóły obu wypowiedzi. Starczy nam generalna teza
obu historyków, wedle których polsko-niemiecki dyskurs historyczny przypomina
obecnie - w kilkanaście lat po otwarciu Polski na Zachód - tytułowy "dialog
głuchych". Historycy polscy mieli się otworzyć na świat i Niemcy, podczas gdy
niemieccy dostrzegać nas mają coraz słabiej i coraz rzadziej biorą pod uwagę
nasze opinie. Gerard Labuda formułuje nawet tezę, iż w większości ostatnich
publikacji niemieckich daremnie szukać informacji, że to Niemcy rozpoczęli
ciąg wypędzeń. Jednocześnie bierze on w obronę polską historiografię ziem
zachodnich, mimo że tworzony przez nią obraz tylko po części odpowiadał
prawdzie historycznej. Labuda zdaje się uważać, że sam fakt, iż polska nauka
w zasadzie reagowała na niemieckie twierdzenia, stanowi dla niej dostateczne
usprawiedliwienie. Neguje on również wartość modelowej w pewnym sensie
rozprawy na temat Pomorza Zachodniego, pisanej przez historyków niemieckich i
polskich (por. "Więź" 2002 nr 8-9), wskazując, że dialog potrzebuje dwóch
stron. Czyż jednak fakt, że historycy niemieccy i polscy są w stanie napisać
wspólną historię Pomorza, nie jest wartością samą w sobie? Notabene
wspomniana praca ukazała się jednocześnie w dwóch językach i sprzedaje się w
Niemczech nie gorzej niż w Polsce, nie mówiąc o tym, że w Niemczech doczekała
się dziesiątek recenzji i wielu - często zażartych - dyskusji na łamach prasy
i internetu.

O niemieckim zamykaniu się na Polskę i destrukcyjnej roli niemieckiej
interpretacji przeszłości pisze z kolei Stępiński, w którego uwagach o
rzekomej polskiej niemocy na niwie historiografii wprost rzuca się w oczy
pasywizm. Skądinąd jego prace robią wrażenie, jakby czas się zatrzymał albo
wręcz cofał, jakby skala trudności w dialogu polsko-niemieckim raczej
narastała niż malała - i wreszcie jakby całą winę za ten stan rzeczy należało
zrzucić na naukę niemiecką. Podstawowy problem w ciekawej i w szczegółach
prawdziwej wypowiedzi Stępińskiego stanowi brak zrozumienia zasad demokracji,
która pozwala na wypowiedzi bardzo różne. Ustawiając je wszystkie na tej
samej płaszczyźnie, autor miesza jednak ze sobą sprawy kluczowe i
trzeciorzędne, głosy ważkie i marginalne. Problem, owszem, stanowi zakres
tego marginesu, lecz póki mieści się on "w normie" i nie zagraża
demokratycznemu konsensowi, póty nie ma potrzeby jego publicznej analizy.

Rozdroża historycznej pamięci

Mimo że wypowiedź Stoibera była poruszająca, nie przywiązywałbym zbyt
wielkiej wagi do pochopnych "parafraz" (w języku Stanisława Stommy),
wygłaszanych przez polityków przed wyborami. To prawda, że został złamany
pewnego rodzaju konsens polityczny ostatnich lat w stosunkach między Polską a
Niemcami, ale trudno nie dostrzec, że słowa te zostały wypowiedziane w
specyficznym klimacie. Przed każdymi wyborami ziomkostwa, normalnie
nastawione raczej na współpracę z Polską, stają się - wbrew logice
upływającego czasu - jakby silniejsze i bardziej nieprzejednane. W okresie
przedwyborczym w Niemczech głębiej niż normalnie rozdrapuje się rany
powojennych wysiedleń. W ubiegłym roku doszła do tego głośna sprawa budowy w
Berlinie względnie we Wrocławiu "Muzeum Wypędzonych". Na fakt, że jest to
część pewnego ogólnego trendu, wskazywać by mogła natomiast robiąca w
Niemczech furorę nowa powieść Güntera Grassa na temat tragedii niemieckich
uchodźców. Przy czym - o ironio! - ten sam Grass, który szczyci się rzekomym
złamaniem tabu, mimo całej jego niewątpliwej odwagi, nie chce dodać, że od
dość dawna było to już tylko jego własne tabu.

    • ignorant11 Re: Polska-Niemcy, dialog głuchych..? 04.10.03, 00:31
      O odwrotnych trendach w pamięci historycznej Polaków i Niemców po 1989 r.
      pisano wielokrotnie. Polski socjolog z Bremy Zdzisław Krasnodębski podniósł
      słusznie ("Rzeczpospolita" 22 czerwca 2002), że w Niemczech po przełomie 1989
      r. - przeciwnie niż w Polsce - rośnie rola historii i patriotyzmu.
      Konstatowałem to już przed kilkoma laty ("Dialog" 1995 nr 2-3), kiedy u nas
      zapowiadano jeszcze niefrasobliwie "pożegnanie z historią" nad Renem. Trzeba
      też przyznać Krasnodębskiemu rację, gdy stwierdza, że w stosunkach polsko-
      niemieckich nie ma miejsca na przemilczenia, na udawanie, iż problemów nie ma,
      lecz że należy podjąć z niemieckimi elitami otwartą dyskusję.

      Nie oczekując szybkiego i prostego przełomu w stosunkach polsko-niemieckich,
      zwłaszcza przełomu we wzajemnym postrzeganiu, które kształtowało się przez
      ponad dwa wieki, nie czuję się dzisiaj zawiedziony. Mimo naturalnej skłonności
      historyka do sceptycyzmu, widziałbym raczej więcej powodów do optymizmu niż
      pesymizmu, zwłaszcza jeśli idzie o obraz Polski i jej przeszłości w pracach
      niemieckich humanistów. Naturalnie, że nie wszystkich, ale zdajemy sobie chyba
      sprawę, że osiągnięcie takiego stanu rzeczy jest w społeczeństwach
      pluralistycznych niemożliwe.

      Odpowiedzialność za "dekrety Bieruta"?

      Zanim spróbuję udowodnić postawioną przed chwilą bardziej optymistyczną tezę na
      temat dialogu historyków polskich ze światem, niech mi wolno będzie zadumać się
      chwilę nad temperaturą niemieckich dyskusji nad wysiedleniami. Poniekąd
      rozumiem te dysputy, gdyż Niemcy chcieliby się dopracować "normalnej" historii,
      o czym pisałem niedawno w "Odrze" (2002 nr 12). Mimo to pewne obawy budzi fakt,
      że na przedwyborcze zjazdy ziomkostw pielgrzymowali nie tylko politycy, lecz i
      wybitni intelektualiści, którzy domagali się, aby zapoznać świat nie tylko z
      niemieckimi zbrodniami, ale również z krzywdami, jakie im wyrządzono. Niepokoi
      ponadto, jak łatwo pewne zjawiska przedawnione i bez faktycznego znaczenia
      wchodzą w okresie przedwyborczym do stałego słownika polityki niemieckiej, by
      wspomnieć momentami nachalną krytykę Czechów za ich stosunek do tzw. dekretów
      Benesza. Eva i Hans-Henning Hahn stwierdzają ostatnio słusznie ("Lidové noviny"
      1 lutego 2003), że jest to drama, které se rozplynulo, ale - jak pokazuje
      niedawne głosowanie w Parlamencie Europejskim nad przyjęciem Czech do Unii -
      droga do normalności będzie wyboista.

      Jest sprawą oczywistą, że żadne społeczeństwo cywilizowane nie stanie na straży
      zasady odpowiedzialności zbiorowej, a przecież wiadomo, że nie wszyscy Niemcy
      ponoszą winę za zbrodnie wojenne. Z drugiej strony - co tak mocno podkreślali
      Hannah Arendt i Karl Jaspers - nie ma też zbiorowego braku odpowiedzialności.
      Chcemy czy nie chcemy, ponosimy odpowiedzialność przede wszystkim moralną za
      czyny naszych przodków i współziomków, nawet jeśli trudno się nam z nimi
      identyfikować, a nawet gdy - jak Willy Brandt - opowiemy się z bronią w ręku po
      przeciwnej stronie konfliktu. Słynne uklęknięcie kanclerza Niemiec przed
      pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie jest namacalnym i pięknym świadectwem
      takiej postawy. Reinhard Koselleck, jeden z najlepszych uczonych niemieckich,
      mówił ostatnio w Krakowie, że odpowiedzialność ponoszą wszyscy Niemcy, wina
      ciąży tylko na tych, którzy bezpośrednio uczestniczyli w zbrodniach, a karę za
      nie ponieśli przede wszystkim Niemcy ze wschodu, którzy zostali wysiedleni, bez
      względu na to, czy byli zaangażowani w zbrodnie, czy nie. Jak widać zatem,
      pojęcia winy, odpowiedzialności i kary nie muszą się pokrywać i na ogół się nie
      pokrywają - nie tylko zresztą w tym konkretnym, niemieckim przypadku.

      Zastanawiać może, że żądanie anulowania dekretów w sprawie powojennych
      wysiedleń zgłoszono najpierw wobec małych Czech, później dopiero i o wiele
      ostrożniej wspominać zaczęto o większej Polsce, wobec której bez wątpienia
      uczyniono więcej zła. Pominięto natomiast w ogóle Rosję, która trzyma Królewiec
      i połowę Prus Wschodnich.

      Przyznam też szczerze, że nie rozumiem, cóż miałoby dać, poza ogromnym
      zamieszaniem prawnym, zniesienie wspomnianych dekretów w sześćdziesiąt lat po
      ich zastosowaniu. Równie dobrze można by się domagać od Niemiec anulowania
      decyzji o rozpoczęciu wojny. Rozumiem natomiast żal wysiedleńców niemieckich,
      podobnie jak wszystkich innych wypędzonych. Wstyd mi za nieprawości Polaków
      dokonywane podczas akcji wysiedleńczej, zwłaszcza że najczęściej dotykały one
      nie tych, którzy bezpośrednio zawinili. Wydaje mi się, że tym bardziej potrafię
      zrozumieć cierpienia Niemców, że wcześniej tyle zła dotknęło rodziny mych
      rodziców. Mojego ojca, który dopiero co ukończył studia, męczono miesiącami w
      kazamatach poznańskiego gestapo, a następnie przez lata upadlano w obozach
      koncentracyjnych. Wiem, że cieszył się, gdy alianci bombardowali niemieckie
      miasta, choć po dziesiątkach lat to uczucie go zawstydzało. Mej matce zakłuto
      bagnetami jedynego brata - księdza na pograniczu polsko-niemieckim; awersja do
      Niemców pozostała jej już do końca życia. Niby dlaczego zatem przeciętny Polak
      w 1945 roku miałby się przejmować Niemcami?
      • ignorant11 Re: Polska-Niemcy, dialog głuchych..?(3) 04.10.03, 00:32
        Jak zauważa znany historyk amerykański Norman M. Naimark, alianci byli zgodni
        co do konieczności usunięcia Niemców z Polski i Czechosłowacji na wiele lat
        przed umową poczdamską, gdzie Wielka Trójka formalnie przyjęła takie
        stanowisko. Ogromne przesunięcia ludności w toku wojny spowodowały, że kolejne
        masowe przesiedlenia, szczególnie jeśli dotyczyły znienawidzonych Niemców, nie
        stanowiły problemu ("Fires of hatred. Ethnic cleansing in 20th century Europe",
        Harvard University Press 2001). A mimo to znaleźlibyśmy wśród ówczesnych
        Polaków - to prawda, że niewielu - krytyków wysiedleń, wśród nich paru
        historyków, którzy nie byli w stanie pojąć wysiedleń o takim rozmiarze i którym
        naiwnie zdawało się, że Niemców na dawnych ziemiach słowiańskich można pozyskać
        dla polskości spokojną perswazją.

        Z punktu widzenia etyki judeochrześcijańskiej Kainowy mord na Ablu waży tyle
        samo, co trudna do pojęcia masakra w Jedwabnem, zimna zbrodnia w Katyniu, a
        nawet przerażający rozmiarami i organizacją gwałt na setkach tysięcy w
        Oświęcimiu. A przecież, mimo tego stwierdzenia, każdy z nas od razu dostrzeże
        różnice pomiędzy tymi wydarzeniami. Każdy dostrzeże też, że to poczynania
        Niemców, w przytłaczającej większości popierających Hitlera (co po wojnie
        skonstatował niemiecki historyk Gerhard Ritter) stały u podstaw tamtego
        kataklizmu, który zniszczył dawną Europę. To nie Czesi, ani nie Polacy
        zaatakowali III Rzeszę. To Niemcy zamienili Polskę w ruiny i zgliszcza,
        eliminując polskie elity, robiąc z Polski żydowski cmentarz, rabując i paląc
        muzea, archiwa, biblioteki. Niestety, nie da się tego wszystkiego anulować, tak
        jak nie da się odwołać wysiedleń i związanych z nimi dramatów. Należy jasno
        rozróżniać pomiędzy żalem moralnym i dramatami historycznymi a obecną sytuacją
        prawną. Inaczej zaprzepaścimy wszystkie - w sumie niebywałe - osiągnięcia
        powojennego dialogu polsko-niemieckiego.

        Znany politolog izraelski Szlomo Avineri uważa, że żądanie przez Niemców prawa
        do powrotu na ziemie utracone w wyniku II wojny światowej oznaczałoby
        propozycję zgoła nazistowską ("Gazeta Wyborcza" 9/10 marca 2002). Tymczasem w
        Niemczech i w Austrii nawet poważne siły polityczne i część intelektualistów
        próbowało powiązać wstąpienie Czech do Unii Europejskiej z anulowaniem tzw.
        dekretów Benesza, nie mówiąc już o tym, że nie tylko ziomkostwa, ale nawet
        niemieccy "zieloni" powołują się na prawo do swobodnego osadnictwa po przyjęciu
        Czech i Polski do Unii.

        Ten ostatni problem ma zresztą odrębny kontekst. Swobodne osiedlanie się
        cudzoziemców w Polsce nie jest samo w sobie niebezpieczne. Już teraz przebywa u
        nas wielu obcokrajowców, w tym i Niemców, szczególnie niemieckiej inteligencji,
        która od zawsze emigrowała do Polski, na ogół bardzo szybko się asymilując.
        Wystarczy przypomnieć Lelewelów, Kolbergów, Brücknerów czy Estreicherów, bez
        których trudno wyobrazić sobie początki nauki polskiej. Jeśli zaś istotnie
        dochodzi do nieprawidłowości w sprzedaży i oddawaniu w dzierżawę ziemi w
        województwach graniczących z Niemcami, to raczej nie jest to "kwestia
        niemiecka", lecz odwieczny problem niespójności i nieskuteczności polskiego
        prawa, a zapewne również problem korupcji. Swoje obawy obywatele polscy powinni
        zatem kierować w stronę polskiego parlamentu i polskiej administracji.

        Jak nas widziano w XIX wieku

        Polska ma ogromną tradycję wielonarodowościową i wielokonfesyjną. Bez wątpienia
        to nie problemy etniczne legły u podstaw rozbiorów. Niemcy gdańscy, zanim wiek
        XIX poddał ich nacjonalistycznej obróbce, bronili się przed przynależnością do
        Prus. Zamieszkujący Żuławy mennonici holenderscy wywędrowali po rozbiorach
        Polski, nie mogąc ścierpieć pruskiego drylu. Poznańscy Bambrzy, przybyli w
        XVIII wieku z południowych Niemiec, znaleźli się szybko wśród wiodących
        polskich patriotów. Wśród obrońców Polski w 1939 r. mamy nawet Habsburgów. O
        specyfice Niemców łódzkich napisano sporo, w każdym razie wielu z nich nie
        akceptowało hitlerowskiej polityki podboju, a niektórzy znaleźli się w polskim
        podziemiu. Mimo to i ich po wojnie wyrzucono; nie ulega wątpliwości, że wbrew
        elementarnemu poczuciu sprawiedliwości. Ale - nie zapominajmy - w obronie
        niektórych niemieckich fabrykantów z Łodzi strajkowały po wojnie łódzkie
        prządki, tyle że w zderzeniu z komunistyczną władzą nie miały one żadnych
        szans. Można się przeto zgodzić z historykiem amerykańskim Charlesem Ingrao, że
        problemem Europy w XIX i XX w. nie były mniejszości, lecz nacjonalistyczna idea
        państwa jednonarodowego, która - jak spostrzegł już w 1928 r. Lucian Febvre,
        jeden z założycieli francuskiej szkoły Annales - była w istocie totalitarna i
        nierealna do konsekwentnego przeprowadzenia.
        • ignorant11 Re: Polska-Niemcy, dialog głuchych..?(4) 04.10.03, 00:32
          Idea ta zaczęła kiełkować w okresie Oświecenia, przeżywając rozkwit zwłaszcza
          od czasu Wiosny Ludów w 1848 r. Ponieważ wówczas nie było Polski na mapie
          Europy, przyjęło się - anachronicznie - uważać, że nasz kraj nigdy nie odgrywał
          większej roli w regionie. Co więcej, myślenie europejskie zdominował pogląd o
          odwiecznym zacofaniu Polski.

          Ukształtowany w epoce Oświecenia obraz polskiego zacofania karmił się przede
          wszystkim faktem odmienności Polski od reszty ówczesnej Europy. Naokoło
          dominował bowiem absolutyzm, podczas gdy państwo polsko-litewskie było
          monarchią konstytucyjną, z obieralnym sejmem, do którego należało stanowienie
          prawa. Demokratyczne formy ustrojowe uchodziły zaś wówczas (nawet dla ludzi tej
          miary, co liberalny historyk Karl von Rotteck) za anomalię i symbol
          reakcyjności. Szlachta polska, obawiając się - nie bez racji, ale mimo wszystko
          krótkowzrocznie - że liczna stała armia mogłaby zostać wykorzystana przeciwko
          niej i jej przywilejom (ze słynnym liberum veto na czele), niemiłosiernie
          skąpiła pieniędzy na wojsko, co uczyniło z ogromnej Rzeczypospolitej państwo
          praktycznie bezbronne. Dopiero w ostatniej chwili szlachecka warstwa średnia
          zabrała się za reformy, między innymi uchwalając Konstytucję 3 Maja 1791 r.,
          pierwszą europejską konstytucję i jedną z trzech najstarszych - obok
          francuskiej i amerykańskiej - na świecie. Było jednak zbyt późno.
          Zainteresowani słabością Polski sąsiedzi, przede wszystkim Prusy i Rosja,
          podzielili ją między siebie, a niefrasobliwa szlachta znalazła się pod
          panowaniem władzy absolutnej, której za wszelką cenę chciała uniknąć.

          Ponieważ na czas rozbiorów Polski przypadły narodziny nowoczesnej nauki
          historycznej, która ukształtowała się najpierw w Niemczech, pruscy historycy
          rozpropagowali po świecie obraz polskiej niemocy. Przekonywano świat, że Polska
          upadła z własnej winy, bo Polacy nie byli zdolni do samodzielnego rządzenia
          się. Zaborcom zależało na utrzymaniu takiego wizerunku, gdyż usprawiedliwiał on
          ich czyny, potępiane już przez współczesnych, w tym i wielu Niemców,
          szczególnie południowych, którzy bali się Prus nie mniej niż my.

          Wraz z zaognianiem się walki narodowej na ziemiach polskich w XIX w. narastała
          niechęć niemieckich historyków do Polski i w ogóle do Europy Środkowo-
          Wschodniej, którą Niemcy traktowali - co widać nawet w pismach socjalisty
          Ferdinanda Lassalle'a - jako swój obszar kolonialny. Ta część Europy w pojęciu
          Niemców należała się im z racji roli cywilizacyjnej, tak jak Anglikom "należały
          się" Indie, a Francuzom - Algieria. Przekonanie o tym było na tyle silne, że tu
          i ówdzie pokutuje ono po dziś dzień.

          Od warchoła do wzoru

          Jeśli na takim tle spojrzymy na obecny dialog historiografii polskiej i
          niemieckiej, od razu dostrzeżemy ogromny postęp, jaki dokonał się w tej
          dziedzinie w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. Dzisiaj nie ma już w Niemczech
          historyków, którzy chcieliby kolonizować Polskę, natomiast istnieją zastępy
          takich, którzy krytycznie przyglądają się niemieckiej polityce wobec Polaków.
          To właśnie oni dokonują powolnej rewizji nie tylko obrazu dziejów Polski, ale i
          samych Niemiec. Przed wojną mieliśmy jednego tylko wielkiego polonofila wśród
          historyków niemieckich - berlińczyka Heinricha Felixa Schmida w austriackim
          Grazu. Dzisiaj nie uchodzi za stosowne być wrogiem Polski i na niemieckich
          uniwersytetach mamy dziesiątki prawdziwych przyjaciół. Mamy tam też wielu
          nauczających Polaków, którzy sieją ziarno wśród młodych niemieckich elit. Mamy
          wspólną Komisję Podręcznikową, która wydaje podręczniki i kształci nauczycieli;
          jej działalność jest nie mniej efektywna, choć mniej spektakularna niż w latach
          siedemdziesiątych, jako że w demokratycznych strukturach utraciła ona - na
          szczęście - swoisty monopol na działania w dziedzinie edukacji. Mamy polską
          misję historyczną w Getyndze i stację naukową PAN w Berlinie. Historycy polscy
          goszczą z wykładami na Zjazdach Historyków Niemieckich, a niemieccy - na
          Powszechnych Zjazdach Polskiego Towarzystwa Historycznego. Mamy Niemiecki
          Instytut Historyczny w Warszawie, który inspiruje badania nad przeszłością
          Polski, i znany Niemiecki Instytut Polski w Darmstadt, gdzie tłumaczy się
          polską literaturę. Z osobistego doświadczenia wiem, że pojednanie z Polską jest
          ważnym elementem pozyskiwania środków finansowych przez niemieckie instytucje
          naukowe, co świadczy, że i państwu, i prywatnym fundacjom sprawa ugody z Polską
          naprawdę leży na sercu, a w każdym razie jest wspierana politycznie. Pętla
          wokół Polski, którą przez trzy ostatnie stulecia budowały Prusy i Niemcy we
          współpracy z Rosją (o czym tyle napisał Klaus Zernack, nasz "ambasador" wśród
          niemieckich historyków i wychowawca wielu krytycznych przyjaciół Polski),
          została zerwana po 1989/90 r.

          Co więcej, demokratyczny świat rewiduje swoje spojrzenie na przeszłość z nowej
          demokratycznej perspektywy. Do lamusa odeszły zachwyty nad agresywnymi
          despotami. Nie uważa już się także, że każde państwo na drodze do nowoczesności
          musiało przejść przez etap rządów absolutnych. Twierdzi się wręcz, że
          absolutyzm przyprowadził Europę na skraj przepaści.
          • ignorant11 Re: Polska-Niemcy, dialog głuchych..?(5) 04.10.03, 00:33
            Nie trzeba dodawać, że ta nowa perspektywa, w Polsce ciągle słabo zauważana,
            oznacza zarazem nowe spojrzenie na dawne europejskie republiki - Wenecję,
            Niderlandy i Polskę właśnie, wszystkie zniszczone w zderzeniu z absolutyzmem.
            Historyków interesuje pytanie, czy ówczesne republiki miały jeszcze potencjał
            rozwojowy i czy pogrążona w anarchii Polska XVIII w. mogła się sama
            zreformować. Im więcej badań, tym bliżsi jesteśmy twierdzącej odpowiedzi na
            obydwa te pytania. Polska zatem z roli europejskiego "warchoła" urasta do
            rangi - niespełnionego wprawdzie - przykładu dla Europy!

            Nie dziwota, że przełom perspektywy, z jakiej patrzymy na przeszłość, dokonał
            się najpierw w krajach anglosaskich, mających długą tradycję demokratyczną. Do
            Niemiec tendencja ta dotarła właściwie dopiero w latach osiemdziesiątych, w
            Polsce zaś nadal zdają się dominować zwolennicy rządów absolutnych. Podczas gdy
            historycy amerykańscy podnoszą rolę Konstytucji 3 Maja w zainicjowaniu ery
            konstytucyjnej w świecie (Samuel Fiszman 1997) i podkreślają "cynizm rozbiorów"
            wielonarodowościowej Polski (Raymond Pearson 1994), polskiego Commonwealthu,
            który mógł być dla Europy pewną szansą, dla nas samych jedynym zmartwieniem
            wydaje się to, że Polska nie miała swojego Fryderyka "Wielkiego", cynika i
            oświeconego despoty, przed którym drżeli niemal wszyscy sąsiedzi, szczególnie
            słabsi.

            Świat zmienia się najwidoczniej szybciej niż my sami. Nasz kompleks rozbiorów
            tkwi w nas ciągle niczym kołek. Nie chcemy dostrzec, że powtórka z rozbiorów w
            Europie zjednoczonej i demokratycznej nie jest możliwa. Nie chcemy zauważyć,
            jak bardzo zmienia się obraz Polski w świecie, tej Polski, która ma "na swoich
            usługach" najbardziej znanego "pophistoryka" - jak mawiają Amerykanie -
            współczesnego świata, niezastąpionego Normana Daviesa. Od razu zobaczymy
            jednego czy drugiego Żyda amerykańskiego, który protestuje - czasami słusznie,
            czasami nie - przeciw antysemityzmowi Polaków, lecz nie dojrzymy całej plejady
            historyków anglosasko-żydowskich, którzy - najczęściej z racji pochodzenia -
            obrali Polskę za przedmiot swoich studiów i propagują znajomość historii Polski
            w świecie.

            Dialog bez przymiotników

            Niestety, sama Polska nie promuje się konsekwentnie w świecie (bo trudno uznać
            za promocję kilka słabych reklam na łamach tygodnika "Time"), nie daje
            stypendiów odpowiedniej liczbie studentów zagranicznych, czyli przyszłym
            elitom, nie potrafi zapewnić normalnego funkcjonowania paru instytutom kultury
            polskiej i kilku komisjom podręcznikowym, nie dostrzega korzyści z rozbudowy
            przygranicznych uniwersytetów, nie docenia jakby w ogóle inwestycji na polu
            edukacji dla obcokrajowców, inwestycji przynoszącej największe zyski, chociaż
            dopiero po dłuższym czasie. Polskie władze - i regionalne, i zwłaszcza
            centralne - są pod tym względem zupełnie bierne i co najwyżej odpowiadają na
            zapotrzebowanie sąsiadów, jak w wypadku kolegium polskiego w Słubicach, w sumie
            mało udanego przedsięwzięcia, obliczonego zresztą na kształcenie Polaków.
            Tymczasem w wielkich polskich ośrodkach pogranicznych, przede wszystkim we
            Wrocławiu i Szczecinie, nie ma żadnych inwestycji edukacyjnych obliczonych na
            obcokrajowców. A przecież miasta te stoją obecnie przed ogromną szansą
            rozwojową, mogą stać się wkrótce wizytówką Polski i - daj Boże - przykładem jej
            sukcesu! W Szczecinie, gdzie stacjonuje pierwszy duńsko-niemiecko-polski korpus
            NATO, nie ma nawet planów budowy kolegium europejskiego dla studentów
            zagranicznych, szczególnie niemieckich i skandynawskich, a o potrzebie jego
            powołania słychać co najwyżej w stolicach państw nadbałtyckich i w Berlinie.
            Władze polskie nie mają planów w tym zakresie. W równej mierze dotyczy to ogółu
            polskich elit politycznych, a przynajmniej tego, co w języku potocznym określa
            się tym mianem. Zajęte bieżącymi walkami nie mają czasu na patrzenie w
            perspektywie dziesięcioleci i na zaniedbane regiony. Nie widzą one przez to
            podstawowej prawdy, że naprawdę dobrze rozwinięte są w Europie kraje o
            tradycjach federacyjnych. Państwo nowoczesne poznaje się nie po stolicy - bo te
            i w krajach zacofanych bywają piękne - lecz po rozwiniętych regionach.

            A co do Niemców, nie sądzę, abyśmy musieli się ich naprawdę bać, a już na pewno
            nie historyków niemieckich. W czasie, kiedy u nas toczyła się zbyt emocjonalna
            dyskusja wokół wypowiedzi Stoibera, jeden z najwybitniejszych historyków
            niemieckich, Hans-Ulrich Wehler, przypomniał Niemcom w
            wysokonakładowym "Spieglu" (wydanie specjalne 2/2002), że utrata ziem
            wschodnich jest ceną za podjęcie przez ich państwo dwukrotnego ryzyka wojny
            totalnej. Co więcej, gdyby nie brutalne postępowanie Niemców, nie byłoby takich
            ekscesów i po drugiej stronie. W tym samym numerze "Spiegla" Hans-Henning Hahn,
            historyk znający dobrze i Czechy, i Polskę, pisał bardzo krytycznie o długiej
            tradycji "podgrzewania" sprawy Niemców sudeckich przez niemieckich polityków
            związanych z ziomkostwami. Nieco wcześniej wspomniany już Reinhard Koselleck
            napisał słowa, które Polakowi - z wielu powodów - trudno czytać obojętnie:
            wszyscy Niemcy, przynajmniej ci, którzy naonczas żyli, uczestniczyli w
            brutalnych aktach przemocy na Polakach i w zagładzie Żydów. Uczestniczyli
            pośrednio lub bezpośrednio pod wieloma względami, ponieważ żyli - już to
            akceptując go, już to się nań oburzając - w systemie narodowosocjalistycznym
            ("Neue Sammlung. Vierteljahres-Zeitschrift für Erziehung und Gesellschaft"
            rocz. 42). Podobne cytaty można by mnożyć. Trudno więc chyba mówić w tym
            wypadku o "dialogu głuchych" - jest to normalny, pełny dialog. I naszym
            obowiązkiem jest w tym dyskursie uczestniczyć, nawet jeśli czasami "marginalia"
            burzą nam krew w żyłach.

            Jan M. Piskorski - ur. 1956, profesor historii na Uniwersytecie Szczecińskim,
            główny redaktor Wydawnictw PTPN, wiceprzewodniczący Polsko-Niemieckiej Komisji
            Podręcznikowej UNESCO, profesor gościnny uniwersytetów w Moguncji i Halle.
            Mieszka w Poznaniu.
            • alex.4 Re: imagine 04.10.03, 18:50
              Profesor labuda jest rzeczywiście bardzo osobą utytytułowana, choć ostatnio ze
              wzgledu na wiek coraz mniej otwartą na nowe prądy....
              Stworzył on pewną wizje poczatkó Polski. Co wiecej przeciwieństwie do wizji
              łowmiańskiego, która zestarzała się prawie natychmiast jest to nadal poważna
              interpretacja dziejów. W części podważana, ale dyskusja tu trwa.
              Polscy historycy zbyt mocno chcieli udowodnić odwieczność ziem zachodnich i
              prawa historyczne do nich Polski. Był to trud daremny.
              Ale na szczęście polscy historycy odrzucili więzy najcjonalizmu czy ideologii i
              tworzą obraz wolny od nich.
              Niemcy nadal są wąznym kanałem przepływu idei w obie strony. Z jednej strony
              pozwalaja one zaistnieć na świecie polskim badaczom, z drugiej sa oni oknem na
              świat.
              Dzieki temu można stworzyć historię wolną pd ideologii, nacjonalizmu...
              imagine...
              Pozdr
              • borebitsa Re: imagine 04.10.03, 20:37
                alex.4 napisał:

                > Profesor labuda jest rzeczywiście bardzo osobą utytytułowana, choć ostatnio
                ze
                > wzgledu na wiek coraz mniej otwartą na nowe prądy....
                > Stworzył on pewną wizje poczatkó Polski. Co wiecej przeciwieństwie do wizji
                > łowmiańskiego, która zestarzała się prawie natychmiast jest to nadal poważna
                > interpretacja dziejów. W części podważana, ale dyskusja tu trwa.
                > Polscy historycy zbyt mocno chcieli udowodnić odwieczność ziem zachodnich i
                > prawa historyczne do nich Polski. Był to trud daremny.
                > Ale na szczęście polscy historycy odrzucili więzy najcjonalizmu czy ideologii
                i
                >
                > tworzą obraz wolny od nich.
                > Niemcy nadal są wąznym kanałem przepływu idei w obie strony. Z jednej strony
                > pozwalaja one zaistnieć na świecie polskim badaczom, z drugiej sa oni oknem
                na
                > świat.
                > Dzieki temu można stworzyć historię wolną pd ideologii, nacjonalizmu...
                > imagine...

                tak imagine to ty masz ino że chorą.

                > Pozdr
              • ignorant11 Re: imagine 04.10.03, 23:13
                alex.4 napisał:

                > Profesor labuda jest rzeczywiście bardzo osobą utytytułowana, choć ostatnio
                ze
                > wzgledu na wiek coraz mniej otwartą na nowe prądy....
                > Stworzył on pewną wizje poczatkó Polski. Co wiecej przeciwieństwie do wizji
                > łowmiańskiego, która zestarzała się prawie natychmiast jest to nadal poważna
                > interpretacja dziejów. W części podważana, ale dyskusja tu trwa.
                > Polscy historycy zbyt mocno chcieli udowodnić odwieczność ziem zachodnich i
                > prawa historyczne do nich Polski. Był to trud daremny.
                > Ale na szczęście polscy historycy odrzucili więzy najcjonalizmu czy ideologii
                i
                >
                > tworzą obraz wolny od nich.
                > Niemcy nadal są wąznym kanałem przepływu idei w obie strony. Z jednej strony
                > pozwalaja one zaistnieć na świecie polskim badaczom, z drugiej sa oni oknem
                na
                > świat.
                > Dzieki temu można stworzyć historię wolną pd ideologii, nacjonalizmu...
                > imagine...
                > Pozdr

                Sława!

                Nie przesadzajmy...
                Bo Niemcy i ich nauka wcale nie jest wolna od nacjonalzimów przesądów...

                Pozatem aby zaistnieć w świecie jednak pisze się po angielsku, może również w
                tej dziedzinie po rosyjsku, ale nie po niemiecku, który ma może nieco większe
                znaczenie od rumuńskiego, ale nie przesadzajmy.

                Aby zaistnieć w świecie polscy uczeni jeżdża do USA lub Rosji...

                Ale raczej nie do Niemiec.
Pełna wersja