Na krańcach Słowiańszczyzny, na końcu świata

31.10.03, 00:15
Sława!
Na końcu świata. Samojedzi

Tomasz Kizny 26-10-2003, ostatnia aktualizacja 24-10-2003 12:54

Jest ich dziewięćdziesięciu. Wolność, o której dawno przestali marzyć, spadła
na nich jak brzemię. Nie bardzo wiedzą, jak żyć. Nie mają dokąd uciekać,
nawet gdyby chcieli. Dalej jest tylko poligon nuklearny na Nowej Ziemi i
lodowe pola Oceanu Arktycznego

Dawniej. Ejchmans

W lipcu 1930 roku parowce "Mietiel" i "Gleb Bokij" wypłynęły z Archangielska
i wzięły kurs na północ. Prowadzone przez lodołamacz przebiły się przez lody
na Morzu Barentsa i rankiem 17 lipca stanęły na kotwicy w zatoce Warnek u
wybrzeży arktycznej wyspy Wajgacz. Na ląd zeszło stu kilkudziesięciu więźniów
GUŁagu, oddział żołnierzy i naczelnik ekspedycji - zasłużony oficer OGPU
(sowieckiej policji politycznej) Fiodor Iwanowicz Ejchmans.

Po Złotą Babę

Tubylcy z syberyjskiego plemienia Nieńców, którzy koczowali na wyspie w
czumach - tradycyjnych namiotach ze skór reniferów - ze zdumieniem oglądali
przybyszy. Na brzegu stanęły wojskowe namioty, zadymiły żelazne piecyki, ze
statków wyładowywano na brzeg tony materiałów budowlanych, żywności i węgla.
W świetle polarnego dnia praca wrzała przez całą dobę, więźniowie pracowali
na dwie zmiany po 12 godzin. Budowali bazę ekspedycji, baraki, koszary,
piekarnię, stajnie i składy żywności. Dla siebie Ejch-mans rozkazał zbudować
dom na wzgórzu z widokiem na zatokę i osiedle, które nazwał Warnek. Na
początku września, przed nadejściem pierwszych mrozów, więźniowie i ich
strażnicy byli gotowi do stawienia czoła nadchodzącej zimie polarnej.

Wajgacka Ekspedycja OGPU (1922-34) miała za zadanie wydobycie rud cynku i
ołowiu odkrytych wcześniej na wyspie oraz poszukiwanie nowych złóż surowców.
Prawdopodobnie Ejchmans liczył, że znajdzie złoto. Na północy Rosji od dawna
krążyła legenda o "Złotej Babie" - nienieckim bożku z kutego złota, jakoby
ukrywanym przez tubylców.

Kopalnię na półwyspie naprzeciwko osiedla zbudowano w kilka miesięcy. Latem
więźniowie pływali do pracy na łodziach, a zimą chodzili pieszo przez
zamarzniętą zatokę Warnek, trzymając się liny rozpiętej na słupach wbitych w
lód, by w śnieżnych zawiejach nie zgubić drogi. Górników spuszczano ręcznymi
kołowrotami do szybu, gdzie wydobywali rudę kilofami. "Na wiosnę ślepliśmy od
nieustannego jaskrawego światła. Wydawano nam ciemne okulary ochronne, ale
było ich mało. Kontrast między ciemną kopalnią a iskrzącym się śniegiem źle
wpływał na wzrok. Latem dokuczały komary, zimą mróz. Wiele osób miało
odmrożenia. Ludzie ginęli w kopalni na skutek obrywania się wind i zawałów
sztolni" - wspominał były więzień Wajgacza Wacław Dworżecki.

Latem, kiedy wybrzeże było wolne od lodu, do zatoki Warnek zawijały statki,
które przywoziły nowych skazanych i zaopatrzenie, a zabierały do
Archangielska rudę. W ciągu roku wydobyto jej około tysiąca ton. Po dwóch
latach liczba więźniów przekroczyła tysiąc.

Jesienią 1932 roku na Wajgaczu wydarzyła się tragedia. Oto wspomnienie
więźnia Konstantina Gurskiego: "W zatoce Warnek w odległości siedmiuset
metrów od brzegu trzecią dobę stał parowiec. Trwał załadunek rudy. Nagle
temperatura zaczęła gwałtownie spadać. Kuter holujący trzy łodzie z więźniami
z trudem przebijał się do brzegu przez grubą warstwę kaszy lodowej, kiedy
nagle silnik odmówił posłuszeństwa. Zaczęła się wyjątkowo silna burza
śnieżna. Dopiero trzeciego dnia zatoka na tyle zamarzła, że pierwsi
śmiałkowie po deskach układanych na lodzie dotarli do uwięzionych łodzi.
Wśród żywych znaleźli tylko maszynistę i sternika. Uratowali się dzięki temu,
że byli w zamkniętej sterówce kutra i mieli lutlampę, którą się ogrzewali.
Pozostałe 24 osoby na łodziach zamarzły na śmierć".

Polarne głębiny

Pomimo trudnych warunków pracy i życia Wajgacka Ekspedycja bardziej
przypominała miasteczko pionierów na Alasce niż sowiecki łagier. Więźniów
karmiono do syta, a dieta była bogata w jarzyny, aby zapobiec szkorbutowi.
Ciepłe baraki, czysta pościel, zimowe ubrania - wszystko to wywoływało
zdumienie u więźniów przybywających z innych łagrów. Nie było ogrodzeń z
drutu kolczastego, po pracy więźniowie swobodnie chodzili po osiedlu, a gdy
wysyłano ich w tundrę, dostawali broń myśliwską. Za wykonanie dziennej normy
odpisywano im dwa dni od wyroku, a dobrze pracującym wypłacano premie
pieniężne i pozwalano sprowadzać rodziny. Ejchmans dbał także o życie
kulturalne przymusowych osadników. W osiedlowym klubie występował więźniarski
zespół muzyczno-teatralny, wyświetlano filmy. Organizowano wyścigi
narciarskie. Na polecenie Ejchmansa więźniowie redagowali i drukowali
propagandową gazetę "Przodownik" i gazetkę ścienną "Polarne Głębiny". Sam
Ejchmans i jego zastępca Eduard Skaja wolny czas spędzali na polowaniach na
białe niedźwiedzie, polarne lisy, morsy i białe delfiny. Dobre traktowanie
więźniów było elementem ówczesnej polityki władz obliczonej na kolonizację
Dalekiej Północy, ale także świadczyło o naczelniku, który - jak się wydaje -
miał bardziej naturę awanturnika niż dozorcy.

Fiodor Ejchmans - w myśl zaleceń władzy radzieckiej - porządkował jednak
życie okolicznych mieszkańców. Zorganizował na wyspie kołchoz myśliwych i
hodowców reniferów. Nieńcy przyjęli kolektywizację jak katastrofę. Wolnych
nomadów zmuszono do osiadłego życia, a renifery - odwieczna podstawa ich
bytu - stały się własnością "ojczyzny proletariatu". Myśliwi musieli oddawać
kołchozowi lisy polarne, skóry fok, ryby. Nie próbowali stawiać oporu, a z
czasem przywykli do nowego życia. Za pracę dostawali grosze, ale kołchoz
dostarczał broni myśliwskiej, amunicji, sieci, skuterów śnieżnych, benzyny. A
w sklepie stały skrzynki z tanią wódką.

Album rodzinny

Jemielian Nikołajew, carski oficer skazany na dziesięć lat jako potencjalny
wróg władzy sowieckiej, odbywał wyrok na lodołamaczu "Małygin", który
obsługiwał Wajgacką Ekspedycję. Chociaż był więźniem, pełnił na statku
funkcję pierwszego oficera, bo miał doświadczenie w nawigacji arktycznej.
Ejchmans poznał jego córkę Galinę, gdy przyjechała na widzenie z ojcem. Latem
1931 roku odbył się ich ślub w Archangielsku. Decyzja ożenku z córką więźnia
politycznego wymagała odwagi i determinacji ze strony oficera OGPU.
Młodożeńcy zamieszkali w domu naczelnika z widokiem na zatokę Warnek.
Spędzili wspólnie na Wajgaczu kilka miesięcy.

Na początku 1932 roku nadzieje na znalezienie złota - jeśli Ejchmans je
żywił - rozwiały się. Po dwóch latach intensywnych poszukiwań odkryto tylko
małe złoża cynku i miedzi. Na wiosnę, gdy okazało się, że żona jest w ciąży,
Ejchmans postanowił wrócić do Moskwy. Po Galinę przyleciał znany radziecki
lotnik polarny Fiodor Farich. W czasie przymusowego lądowania w tundrze
samolot uległ awarii. Lekko poturbowanym rozbitkom pomogli koczujący w
pobliżu Nieńcy. Wszystko skończyło się szczęśliwie i latem Galina urodziła w
Moskwie córkę Elwirę.

W następnych latach Ejchmans pracował w sowieckim wywiadzie, głównie w
Japonii. W 1938 roku, w czasie wielkiej czystki, został wezwany do Moskwy,
aresztowany i rozstrzelany. Galina jako "żona wroga ludu" też nie uniknęłaby
represji, ale wcześniej rozwiodła się z Ejchmansem. Dzięki temu ocalał także
album fotografii z Wajgacza, który przechowywała. Dzisiaj spoczywa on w
szufladzie córki naczelnika Wajgackiej Ekspedycji OGPU, mieszkającej w
Stanach Zjednoczonych 70-letniej Elwiry Fiodorowny Ejchmans.

Jeszcze dawniej. Samojedzi

Tutejsi tubylcy byli ludem myśliwych i hodowców reniferów, który koczował na
ogromnych obszarach północnej Europy i północno-wschodniej Syberii aż po
Jenisej. Nazywano ich Samojedami, ale nie wiadomo dlaczego. Naukowcy nie
potrafią jednoznacznie określić pochodzenia tej nazwy. Rosyjscy najeźdźcy
wypierali tubylców z najlepszych łowisk i przez wieki grabili na drodze
kolonialnego handlu suto podl
    • ignorant11 Na krańcach Słowiańszczyzny, na końcu świata(2) 31.10.03, 00:17
      Jeszcze dawniej. Samojedzi

      Tutejsi tubylcy byli ludem myśliwych i hodowców reniferów, który koczował na
      ogromnych obszarach północnej Europy i północno-wschodniej Syberii aż po
      Jenisej. Nazywano ich Samojedami, ale nie wiadomo dlaczego. Naukowcy nie
      potrafią jednoznacznie określić pochodzenia tej nazwy. Rosyjscy najeźdźcy
      wypierali tubylców z najlepszych łowisk i przez wieki grabili na drodze
      kolonialnego handlu suto podlewanego alkoholem. W obronie swojej ziemi,
      uzbrojeni w łuki i strzały, Samojedzi wielokrotnie występowali zbrojnie,
      napadając na osady Rosjan i karawany z "jasakiem" - podatkiem dla cara płaconym
      w futrach lisów polarnych, gronostajów i soboli.

      Samojedzi byli wyznawcami animizmu i szamanizmu. Wierzyli, że niebo, ziemia i
      cała przyroda, która ich otacza, są zamieszkane przez duchy. Chrystianizacja
      Samojedów w XIX wieku była powierzchowna i formalna. Samojedzi zachowali swoje
      wierzenia i obrzędy do lat 20. XX wieku. System sowiecki zniszczył tradycyjny
      sposób życia Samojedów, ośmieszał, szykanował i represjonował szamanów. W 1928
      roku uchwałą rządu ZSRR zmieniono nazwę Samojedzi na Nieńcy, od
      słowa "n'enyts" - "człowiek".

      Dzisiaj. Tajbarejowie

      Osada Warnek leży na krańcu świata - dalej jest tylko poligon nuklearny na
      Nowej Ziemi i lodowe pola Oceanu Arktycznego. Kilkanaście drewnianych domów
      zagubionych na śnieżnej pustyni przez trzy zimowe miesiące tonie w ciemnościach
      nocy polarnej. Latem słońce krąży po nieboskłonie, nie kładąc się za horyzont.
      Wtedy topnieją lody w zatoce Warnek i przypływa statek z węglem, drewnem i
      paliwem dla osiedla. Cztery razy w roku gąsienicowe pojazdy, wiezdiechody,
      brnąc przez tundrę, dowożą żywność z odległej o ponad 300 km Workuty. Raz w
      miesiącu helikopter przysiada na pół godziny, wymienia pocztę i znika za
      horyzontem jak znak, że najwyższa pora stąd uciekać. Rosjanie zrobili to już
      dawno. Na wyspie Wajgacz zostało 90 Nieńców. Nie mają dokąd wracać, bo są stąd,
      to ich ziemia. Sołtys, piekarz, sklepowa, pielęgniarka i trzech pracowników
      elektrowni spalinowej dostają pensje z administracji Nienieckiego Okręgu
      Autonomicznego. Jedna rodzina zajmuje się resztkami kołchozowego stada
      reniferów, które liczyło kiedyś 3000 sztuk. Reszta to bezrobotni. Kiedy runął
      ZSRR, garbarnię i szwalnię zlikwidowano, myśliwi stracili pracę. Niektórzy
      dostają skromne emerytury lub zapomogi na dzieci, ale większość jest bez
      środków do życia. Wolność, o której dawno przestali marzyć, spadła na nich jak
      brzemię. Niespodziewanie wrócili do punktu wyjścia i tak jak ich przodkowie
      stanęli przed pytaniem: jak przetrwać w arktycznej tundrze?
      Izba - świat

      Wiejąca od kilku dni purga zasypała drzwi chaty starego myśliwego Tajbareja
      kilkumetrową zaspą zbitego śniegu. To bez znaczenia, bo i tak nie ma po co
      wychodzić na zewnątrz. Huraganowy, lodowaty wiatr ze śniegiem ogranicza
      widoczność do kilku kroków, zwala z nóg, odmraża policzki. Purga, która
      zaskoczy w tundrze, to walka o życie, ale purga w osiedlu to letarg czekania.
      Czas się zatrzymuje, a świat zawęża do izby, pieca, stołu, łóżka. Tylko
      Nadieżda, żona Tajbareja, czasem przeciska się przez okno z drugiej strony
      domu, by w śnieżycy odnaleźć drogę do sklepu, gdzie można kupić chleb, herbatę,
      cukier, makaron, ryż, olej, sól i tanie papierosy. Przez kilka zimowych
      miesięcy mieszkańcy Warneka nie widują żadnych warzyw, nawet ziemniaków i
      cebuli. Mięsem reniferów żywi się tylko rodzina kołchozowego brygadzisty Stasa.
      Reszta musi szukać ratunku w tundrze, która dostarcza polarnych zajęcy,
      kuropatw, dzikich renów, ryb pod lodem jezior, a w czasie polarnego lata jagód,
      jaj i ptactwa przylatującego na lęgi. Morze przynosi ławice ryb, foki, morsy.
      Czasem pojawi się niedźwiedź polarny.

      Połatana strzelba

      Polowanie jest koniecznością.

      Broń myśliwską i proch strzelniczy można kupić od rosyjskich handlarzy, którzy
      docierają tu na skuterach śnieżnych z miejscowości na kontynencie. Za zużytą,
      połataną drutem strzelbę żądają 10 tysięcy rubli (ok. 300 euro) albo 30 futer
      lisów polarnych. Stary Tajbarej, tak jak inni myśliwi, sam robi naboje: montuje
      spłonkę w mosiężnej gilzie, wsypuje miarkę prochu, ubija trociny i przebitki
      wycięte z filcowych butów. Ołów na pociski zdobywa z akumulatorów porzuconych
      przy latarniach morskich na wybrzeżu. Niektórzy myśliwi mają stare, sowieckie
      skutery śnieżne Buran, które wymagają ciągłych napraw, inni wrócili do psich
      zaprzęgów. Rasa wytrzymałych psów zaprzęgowych, na których kiedyś ród
      Tajbarejów woził towary Wajgackiej Ekspedycji OGPU, dawno wymarła. Te
      dzisiejsze to zbieranina kundli. Tajbarej z synami utrzymuje dwa tradycyjne
      zaprzęgi po osiem psów plus sześć zapasowych. Razem ze szczeniakami mają 28
      psów. Trzeba upolować wiele fok, żeby je wykarmić. Ale skuter śnieżny kosztuje
      astronomiczną sumę 75 000 rubli (ok. 2000 euro), beczka benzyny 3200 rubli (ok.
      100 euro), a części zamienne są drogie i trudno dostępne.

      Sen to śmierć

      Nieńcy polują w chatach wzdłuż wybrzeży Wajgacza. Najdalej na północ zapuszcza
      się Andriej Waliej. Jego chata, zbudowana jeszcze przez Ejchmansa, leży na
      Wysepce Morozowa, w cieśninie Karskie Wrota. To miejsce, odległe o 120 km od
      osiedla, obfituje w lisy, foki i niedźwiedzie polarne. Podróż przez śnieżną
      pustynię tundry jest zawsze ryzykowna, bo w każdej chwili może "uderzyć purga" -
      tak mówi Andriej. Purga rzeczywiście przychodzi jak uderzenie. W słoneczny
      dzień horyzont nagle zasnuwa się mgłą i wkrótce myśliwy jest w środku śnieżnego
      huraganu wiejącego z prędkością ponad 100 km na godzinę, który ogranicza
      widoczność do zera, a temperatura spada do minus 30 stopni. Wtedy Andriej
      przewraca sanie na bok, obudowuje je blokami wyciętymi ze śniegu dla ochrony
      przed wiatrem i czeka - dwa, trzy albo pięć dni - aż wichura ścichnie. Przed
      zimnem chroni go tradycyjna nieniecka malica, rodzaj kombinezonu z kapturem i
      rękawicami z futra reniferów, i toboki, podwójne futrzane buty sięgające po
      pachwinę. - Nie wolno zasnąć, sen to śmierć - mówi Andriej. - We śnie
      zamarzniesz albo purga przykryje cię zaspą twardego śniegu i zadusi.

      Krótka pamięć

      Siergiej Waliej nie jeździ daleko na polowania. Ma pracę w osiedlu, obsługuje
      generator prądotwórczy. Mieszka z żoną i dziećmi w domu Fiodora Ejchmansa z
      widokiem na zatokę Warnek. Wiodą żywot w tych samych pokojach, gdzie naczelnik
      obozu spędzał miodowe miesiące ze swoją młodą żoną Galiną. W drugiej części
      domu, dawniej gabinecie naczelnika, samotnie mieszka Dimitrij Waliejskij.
      Wiedzą, że tu był obóz, więźniowie, kopalnia, ale nie znają nazwiska Ejchmans.
      Najstarszy w osiedlu Iwan Waliej miał cztery lata, kiedy Ejchmans opuszczał
      wyspę. Dzisiaj mieszka w byłej siedzibie Wajgackiej Ekspedycji. Mieszkańcy
      Warneka nie zachowali w zbiorowej pamięci żadnych opowieści z czasów odległych
      tylko o jedno pokolenie. Tym bardziej nie znają nienieckiego eposu mówionego, w
      którym ich przodkowie przez pokolenia przekazywali historię i legendy tego
      ludu. Przez 70 lat Nieńcy nauczyli się pisać, ale utracili talent opowiadania.
      Dzieci uczą się w szkole-internacie na kontynencie. Na wakacje przywozi je
      helikopter. Nauczanie jest na niskim poziomie, wśród młodzieży szerzy się
      pijaństwo, a dziewczyny często wracają na Wajgacz w ciąży i przerywają naukę. W
      szkole są lekcje języka nienieckiego, ale młodzież praktycznie nim nie włada.
      Starsi znają nieniecki, ale w codziennym użyciu jest język rosyjski.

      Bez święta

      Dzisiejsi Nieńcy na Wajgaczu zachowali z tradycyjnej kultury materialnej
      przodków to, co niezbędne w codziennym życiu. Wyprawiają ręcznie skóry
      reniferów, fok i lisów polarnych. Starsze kobiety potrafią nićmi z suszonych
      ścięgien renifera szyć futrzaną odzież i nieprzemakalne buty z foczej skóry.
      Ale odświętne stroje nienieckie niemal zupełnie zanikły. Tylko jedna kobieta w
      osa
      • ignorant11 Na krańcach Słowiańszczyzny, na końcu świata(3) 31.10.03, 00:20
        Bez święta

        Dzisiejsi Nieńcy na Wajgaczu zachowali z tradycyjnej kultury materialnej
        przodków to, co niezbędne w codziennym życiu. Wyprawiają ręcznie skóry
        reniferów, fok i lisów polarnych. Starsze kobiety potrafią nićmi z suszonych
        ścięgien renifera szyć futrzaną odzież i nieprzemakalne buty z foczej skóry.
        Ale odświętne stroje nienieckie niemal zupełnie zanikły. Tylko jedna kobieta w
        osadzie, Olga Waliejskaja, żona hodowcy reniferów, nosi tradycyjną panicę -
        kobiece futro ze skór reniferów ozdobione nienieckimi wzorami oraz pasmami
        żółtego, zielonego i niebieskiego sukna. Paradne buty, pimy, szyte z białego i
        brązowego kamusa - futra z nóg renifera - zdobione różnokolorowym suknem, ma
        tylko dwóch mieszkańców Wajgacza.

        Ofiara Paszy

        W słoneczny dzień z Przylądka Diakonowa dobrze widać drugi brzeg cieśniny
        Jugorskij Szar oddzielającej Wajgacz od lądu stałego. W lewo ciągnie się brzeg
        Azji, a w prawo Europy, bo tutaj przebiega granica kontynentów. Pasza i Losza,
        synowie starego Tajbareja, ukryci w jamie wykopanej w śniegu, wypatrują gęsi
        nadlatujących z południa. Gluk, gluk, gluk - wysokim głosem naśladują krzyk
        ptaków, by zwabić je do lądowania koło drewnianych profili gęsi, które
        rozstawili w pobliżu. Dzisiaj upolowali tylko jedną, a wystrzelili aż osiem
        naboi - ojciec będzie zły.

        Na końcu przylądka można znaleźć garstkę starych kości zebranych przez
        archeologów. Dawniej było tu miejsce kultu boga Wesako - "Starca". Drewniany
        bożek wysokości półtora metra miał siedem twarzy. Otaczało go 450 mniejszych
        idoli. Wszystkie były umazane krwią reniferów zabitych w czasie ofiarnych
        rytuałów karmienia duchów. Wajgacz był jednym z najważniejszych hebidja ja -
        świętych miejsc Samojedów.

        W 1827 roku rosyjski misjonarz Wieniamin Smirnow osobiście spalił miejsce kultu
        Wesako i postawił prawosławny krzyż. Pomimo to tubylcy jeszcze na początku XX
        wieku składali tu ofiary i stawiali idole, które z kolei zniszczyła władza
        sowiecka.

        Dzisiaj nikt nie oddaje hołdu zapomnianym bogom. Tylko Pasza Tajbarej rok temu
        złożył tu w ofierze fokę. Mgliście pamięta, jak babka mówiła, że to święte
        miejsce, a ofiara pomaga w łowach.

        Do dziś myśliwi robią małe idole łowieckie. Drewniane postacie wielkości
        kilkunastu centymetrów są przechowywane w chatkach myśliwskich lub w domu.
        Kiedy łowy są udane, myśliwi, tak jak ich przodkowie, "karmią" idola, smarując
        go krwią i tłuszczem upolowanych zwierząt. Kiedy są nieudane - idol jest
        karany. Dawniej Samojedzi chłostali albo palili bożka, który się nie sprawdził,
        dzisiaj wymierzają mu prztyczka w nos. Pasza nie wiedział, że Samojedzi nigdy
        nie składali w ofierze fok. Nie czytał książek napisanych przez etnografów.
        Pasza w ogóle nie umie czytać. Skończył trzy klasy, gdy lekarze orzekli, że ma
        zaburzenia umysłowe. Pomimo swoich 28 lat patrzy na słońce, tundrę, ogień,
        zwierzęta oczami chłopca. Poluje samotnie. Jego oczy i zachowanie mówią, że
        jest człowiekiem wrażliwym, może wizjonerem. Gdyby urodził się dwieście lat
        temu, prawdopodobnie zostałby szamanem. Właśnie takich chłopców, nawiedzonych,
        nieprzystosowanych do życia w plemiennej wspólnocie, uznawano za powołanych
        przez duchy do roli tadebja - szamana. Adept pod okiem szamana uczył się
        technik transu pozwalających na ekstatyczny lot w krainę duchów. Nauka
        kolejnych stopni wtajemniczenia trwała około 20 lat, zanim osiągnął stopień
        inutana - samodzielnego szamana. Ta mistyczna wiedza i doświadczenie wymagające
        przekazu mistrz - uczeń bezpowrotnie przepadły, gdy znikli ostatni szamani.

        Demon alkohol

        Dziś szamanów nie ma. Bez nich nikt nie umie rozmawiać z dobrym bogiem nieba
        Numem, złym duchem Na mieszkającym w podziemiach, matczynym duchem ziemi Ja
        Hiebia, gospodarzem wody Id Jerw, panem nocy Pij Jerw i setkami Hehe - duchów
        zamieszkujących tundrę. Zostały zastąpione przez jednego tylko demona -
        alkohol. Całe życie osady Warnek kręci się wokół pytania, jak zdobyć wódkę.
        Nieńcy wymieniają futra lisów, skóry fok, kły morsów, mięso reniferów, gęsi i
        ryby na alkohol u rosyjskich handlarzy z kontynentu albo na samogon w
        pobliskiej stacji polarnej. Przepijają prawie wszystko, co upolują. Sami robią
        braszkę - alkoholowy napój ze sfermentowanego cukru, drożdży i ryżu. Mężczyźni
        i kobiety, starzy i młodzi - piją do utraty przytomności. Pijackim sesjom
        towarzyszą nieszczęśliwe wypadki, bójki, okaleczenia i morderstwa. Ani rosyjski
        rząd federalny, ani administracja Nienieckiego Okręgu Autonomicznego nie
        prowadzą żadnych programów terapii antyalkoholowej, aby ograniczyć rozmiary tej
        tragedii.

        Zniewoleni, a potem porzuceni przez komunistyczną utopię Nieńcy na Wajgaczu
        potrafią dać sobie radę w arktycznej tundrze jak ich ojcowie: utrzymać psi
        zaprzęg, upolować zwierzynę, przetrwać purgę. To nie polarna przyroda ich
        zabija. Giną od wódki.

        Syn Tajbareja Pasza i myśliwy Grisza późną wiosną przechodzili przez cieśninę
        Jugorskij Szar z kontynentu na Wajgacz. Zostało jeszcze 200 metrów do Przylądka
        Diakonowa na wyspie, kiedy nagle lód ruszył. Prąd morski wyniósł ich na
        wielkiej krze o średnicy 3 km na Morze Karskie. Pasza myślał o tym, jak bardzo
        ojciec i matka będą rozpaczać, jeśli zginie, postanowił, że musi przeżyć. Udało
        im się upolować tylko jedną mewę, którą zjedli na surowo. Po dwóch tygodniach
        zobaczyli w oddali ląd. Zaczęli przeskakiwać z kry na krę, ale ostatnie dwa
        kilometry do brzegu były wolne od lodu. Pasza i Grisza wybrali małą krę i
        złamaną na dwie części deską, którą mieli ze sobą, wiosłowali do brzegu przez
        kilka godzin. Ostatnie kilkaset metrów płycizny przeszli po pas w wodzie.
        Ocalał także pies, który przez cały czas był z nimi. Nie zjedli go. Na brzegu
        rozpalili ognisko, suszyli buty i ubrania. Szaleli z radości. Dryf lodu wyniósł
        ich około 200 km na wschód od Wajgacza. Potem jeszcze przez tydzień z pomocą
        myśliwych polujących w chatach na wybrzeżu kontynentu docierali do miejscowości
        Amderma, a stamtąd helikopterem na Wajgacz. Jesienią tego samego roku Grisza
        zginął zamordowany nożem w pijackiej bójce w Warneku.

        Stary Tajbarej zabił człowieka. Po pijackiej awanturze 20-letni sąsiad Aleksiej
        zapowiedział, że podpali jego dom. Tajbarej załadował strzelbę i czekał w
        drzwiach. Kiedy w śnieżycy zobaczył sylwetkę z kanistrem, wycelował i nacisnął
        spust. Ołowiana kula ze starych akumulatorów rozerwała serce chłopaka. Córka
        Tajbareja Tamara pojechała z wujkiem na polowanie - zamroczeni wódką
        przewrócili lampę naftową i oboje spłonęli w chacie. Brat Andrieja, Grisza,
        całą noc pił ze Stasem. Rano znaleziono go martwego z siedmioma ranami od noża.
        Sprawcy nie ustalono, nikt nie chciał zeznawać. Dwaj pozostali bracia Andrieja,
        Pietia i Ilja, wypłynęli na motorówce, zabrali wódkę. Morze wyrzuciło łódkę na
        brzeg, ciał nigdy nie znaleziono. Ich ojciec, Sańko, zamroczony alkoholem,
        zachłysnął się śmiertelnie lodowatą wódką pitą z butelki. Matka nie obudziła
        się z alkoholowej zapaści. Stas pchnął nożem w pierś młodego Aloszę. Helikopter
        zabrał go do szpitala z przebitym płucem. Jura zamarzł w tundrze po pijanemu.
        Olegowi żona wbiła nóż w brzuch. Helikopter dotarł dopiero na trzeci dzień.
        Oleg był w stanie agonalnym, ale przeżył. Wrócił do żony - jak wypije, bije ją
        do nieprzytomności. Szura i Tatiana miały sześcioro rodzeństwa - wszyscy
        zginęli od wódki. Ojciec, Timofiej, po pijanemu się powiesił. Męża Tatiany
        zakłuto nożem. Wołodia najechał motorówką na krę, wypadł do wody, śruba silnika
        rozcięła mu głowę. Wańka omotał sobie wkoło głowy lejce zaprzęgu reniferów,
        zwierzęta szarpnęły, zginął na miejscu. Matka Siemiona spadła z pomostu, ojciec
        skoczył ją ratować, byli pijani, utonęli. W czasie purgi pijana Dasza wracała
        do domu od sąsiadów. Znaleziono ją zamarzniętą między domami. Miała 17 lat,
        była w zaawansowanej ciąży...

        Nieńcy giną. Średnia ich życia nie przekrac
        • ignorant11 Na krańcach Słowiańszczyzny, na końcu świata(4) 31.10.03, 00:22
          Nieńcy giną. Średnia ich życia nie przekracza 50 lat.

          Odlot i powrót

          Czasem zdarzy się coś, o czym można słuchać bez smutku. Myśliwy Tajbarej
          przyniósł z tundry do domu pisklę gęsi - małe, puchate i zielone. Jego córka,
          Masza, zaopiekowała się nim i dała mu na imię Antoszka. Latem był już z niego
          duży gąsior, który rano budził Maszę, dziobiąc ją, wskakiwał na stół i jadł
          razem z nią z talerza, chodził za nią krok w krok jak pies. Masza martwiła się,
          że Antoszka, żyjąc wśród ludzi, nie nauczy się latać. Pewnego razu wyszła z nim
          na drogę i zaczęła biec z całych sił, Antoszka biegł za nią, ale nie nadążał,
          wreszcie zrozpaczony zaczął bić skrzydłami powietrze i za którymś razem oderwał
          się od ziemi. Tak Masza nauczyła Antoszkę latać. Jesienią, kiedy Antoszka
          zobaczył na niebie klucze gęsi odlatujących na południe, zerwał się do lotu i
          poleciał z nimi.

          W 2002 roku stało się coś jeszcze bardziej niezwykłego. Jeden z nielicznych
          zachowanych samojedzkich idoli powrócił na Wajgacz po konserwacji w Rosyjskim
          Instytucie Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego w Moskwie. Starosta
          Warneka Aleksiej Waliej oraz myśliwi Nikołaj i Andriej Wyłkowie postawili go na
          starym miejscu, na wyspie Duża Cynkowa na zachodnim wybrzeżu Wajgacza.

          * Książka Tomasza Kiznego pt. "Goulag" ukazała się we Francji w październiku,
          nakładem Acropole-Editions Balland, Paryż.

          Słowo wstępne: Norman Davies, Siergiej Kowaliow i Jorge Semprun. Rozdziały
          książki: "Sołowki", "Kanał Białomorski", "Wajgacka Ekspedycja", "Teatr w
          Gułagu", "Kołyma", "Workuta", "Martwa Droga". Opracowanie graficzne i
          redakcyjne Dominique Roynette. 480 stron, 550 fotografii


          Pozdrawiam i zapraszam na:
          Forum Słowiańskie
          nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
          www.pajacyk.pl
          Ignorant
          +++
          • ignorant11 Nowa Ziemia grozi 31.10.03, 00:26

            • borebitsy Re: Nowa Ziemia grozi 31.10.03, 09:18
              ignorant11 napisał:

              > (jak zwykle system gw kasuje słowa ignoranta. Czy tylko mi?)

              Jezeli jakiś pasza z Afganistanu by zainwestował z 1000 dol(na akwalung) to
              Nieńcy mogliby wydobywać resztki paliwa atomowego, oczyszczać swoje środowisko
              i jednocześnie mscić swoich "dobroczyńców". Z 7 tysięcy ton to by było troche
              brudnych bomb niezbyt czyste ulice światowych imperiów.A moze pólnocne niezbyt
              głebokie. Oj Ignorant czy zdajesz sobie sprawę że jakiś "terrorysta" może
              przeczytać twoją notatkę, poszperać, wypytać miejscowych, ustlić gdzie to
              zatopiono i ... .
              Nawet nie będzie wiadmo kogo ścigać za taką produkcję. No bo kogo? Informatora
              Ignoranta? Borebitsę co daje przestrogi? Nieńca tundry jeńca? A może
              terrorystów? Tylko oni sami się znajdą w dobrej finalnej rozrywce. Terroryzm
              jest zawsze jak długo są powody albo żyją mściciele.
              • ignorant11 Re: Nowa Ziemia grozi 31.10.03, 11:23
                borebitsy napisał:

                > ignorant11 napisał:
                >
                > > (jak zwykle system gw kasuje słowa ignoranta. Czy tylko mi?)
                >
                > Jezeli jakiś pasza z Afganistanu by zainwestował z 1000 dol(na akwalung) to
                > Nieńcy mogliby wydobywać resztki paliwa atomowego, oczyszczać swoje
                środowisko
                > i jednocześnie mscić swoich "dobroczyńców". Z 7 tysięcy ton to by było troche
                > brudnych bomb niezbyt czyste ulice światowych imperiów.A moze pólnocne
                niezbyt
                > głebokie. Oj Ignorant czy zdajesz sobie sprawę że jakiś "terrorysta" może
                > przeczytać twoją notatkę, poszperać, wypytać miejscowych, ustlić gdzie to
                > zatopiono i ... .
                > Nawet nie będzie wiadmo kogo ścigać za taką produkcję. No bo kogo?
                Informatora
                > Ignoranta? Borebitsę co daje przestrogi? Nieńca tundry jeńca? A może
                > terrorystów? Tylko oni sami się znajdą w dobrej finalnej rozrywce. Terroryzm
                > jest zawsze jak długo są powody albo żyją mściciele.
                • borebitsy Re: Nowa Ziemia grozi 31.10.03, 22:31
                  ignorant11 napisał:

                  > borebitsy napisał:
                  >
                  > > ignorant11 napisał:
                  > >
                  > > > (jak zwykle system gw kasuje słowa ignoranta. Czy tylko mi?)
                  > >
                  > > Jezeli jakiś pasza z Afganistanu by zainwestował z 1000 dol(na akwalung) t
                  > o
                  > > Nieńcy mogliby wydobywać resztki paliwa atomowego, oczyszczać swoje
                  > środowisko
                  > > i jednocześnie mscić swoich "dobroczyńców". Z 7 tysięcy ton to by było tro
                  > che
                  > > brudnych bomb niezbyt czyste ulice światowych imperiów.A moze pólnocne
                  > niezbyt
                  > > głebokie. Oj Ignorant czy zdajesz sobie sprawę że jakiś "terrorysta" może
                  > > przeczytać twoją notatkę, poszperać, wypytać miejscowych, ustlić gdzie to
                  > > zatopiono i ... .
                  > > Nawet nie będzie wiadmo kogo ścigać za taką produkcję. No bo kogo?
                  > Informatora
                  > > Ignoranta? Borebitsę co daje przestrogi? Nieńca tundry jeńca? A może
                  > > terrorystów? Tylko oni sami się znajdą w dobrej finalnej rozrywce. Terrory
                  > zm
                  > > jest zawsze jak długo są powody albo żyją mściciele.
                  >
                  >
Pełna wersja