Kraina Wielkich Jezior - wątek specjalny dla a.eri

10.06.04, 20:26
Masz już tutaj , kącik .
Na własność.
Pisz. czekamy.
    • a.erie Re: Kraina Wielkich Jezior - wątek specjalny dla 10.06.04, 20:40
      dzieki za wateksmile
      i od razu wklejam dla was kawalek mojego pamietnika smile

      • ewelina10 Re: Kraina Wielkich Jezior - wątek specjalny dla 10.06.04, 21:10
        Plastycznie opisałaś. Gratulować stylu, a zwłaszcza, że przebywając poza krajem
        piszesz tak płynnie po polsku.
        Pierwszy raz w necie i szczęście.....trafiłaś do nas.
        Lubię podróże i już z niecierpliwością czekam na Twoją relację.
        Pozdro.
        • ewelina10 Re: Kraina Wielkich Jezior - wątek specjalny dla 10.06.04, 21:27
          Nooo .... właściwie to zapomniałam się na chwilę, że jestem na forum.
          Myślałam, że czytam jakąś książkę. Coraz bardziej wprawiasz mnie w zdumienie.
      • a.erie czy poczta doszla? 11.06.04, 14:36
        jej -maz?!
        wyslalam na podany adres, czy doszlo?
    • a.erie Niagara Falls 10.06.04, 20:46
      Poniedzialek, 8 wrzesnia 2003.



      Poranna pobudka jest bezbolesna. Z wczorajszego "lelum - polelum" zamieniam sie
      w wulkan energii. Nic mnie nie boli, nie jestem zmeczona, doslownie fruwam
      szykujac sniadanie...

      Poranek jest dosc chlodny, zakladam wiec sweter. Moje ukochane tenisowki, w
      ktorych przelazilam pol Ameryki sa praktycznie nie do uzytku. Zakladam wiec
      nowe, kupione z niemalym trudem, nie dlatego, ze tutaj tenisowek nie ma , wrecz
      przeciwnie chodzi w nich wiele kobiet, ale dlatego, ze trudno bylo zdobyc
      tenisowki na zameczek z przodu - podobne do tych starych...

      Calutki dzisiejszy dzien spedzimy w Niagara Falls.Bedziemy lazic caly dzien...
      to lubie.
      Gdzies po osmej zostawiamy auto na calodobowym parkingu przylegajacym do
      visitor center i moj chlopak (czytaj: mazsmile ) prowadzi mnie sobie znanymi
      drozkami w kierunku wodospadu. Wyraznie slysze potezny szum, nie, nie szum, ale
      coraz mocniejszy huk wody... Przechodzimy przez park i zblizamy sie do sciezki
      tuz nad woda.
      I doslownie mnie zatyka! Widze szmaragdowo-zielona, szeroko rozlana wode
      plynaca z oszalamiajaca predkoscia, wode,obijajaca sie o potezne kamienie,
      ktora w pewnym momencie sie gubi.Znika! Nie ma jej! Idziemy w kierunku , z
      ktorego dochodzi potezny huk... I zatyka mnie... Nie potrafie powiedziec slowa.
      Tylko oczy chlona widok, ktory jest niepowtarzalny.
      Koryto rzeki sie konczy, ogrom wody dziwnym dla oka lukiem lekko wznosi się w
      gore, a nastepnie spada w pieniaca sie czelusc. Obija sie o wystajace w jej
      glebi glazy i pryska fontanna bialych kropel wysoko , bardzo wysoko tworzac cos
      na ksztalt naturalnej fontanny...zakonczonej oblokiem blyskajacych w sloncu
      kropelek.
      A z tej odchlani wylania sie tecza.
      Przepiekna, szeroka siedmiokolorowa tecza, ktora jakby igrala z woda,
      delikatnie wygieta jednym ramieniem wychodzi z tej czelusci, tworzy delikatny
      pnacy sie ku gorze luk... Wrazenie tak niesamowite... naturalny ogromny
      amfiteatr, w ktorym bohaterami sa woda i swiatlo...
      Patrze jak zauroczona w wode, trudno mi sie oderwac... Mam wrazenie, ze tego
      patrzenia mam ciagle za malo, ze jakis niewidzialny magnez przyciaga moj wzrok
      i nie pozwala go oderwac. Stoje tak dluga chwile oparta o barierke oddzielajaca
      mnie od tej naturalnej sceny,az moja twarz robi sie wilgotna od
      mikroskopijnych kropelek unoszonych lekkimi podmuchami wiatru...Jest pieknie.
      Jest mi dobrze...
      To American Falls jeden z dwoch wodospadow tworzacych miejsce zwane popularnie
      Niagara. (Do tej pory nie moge sie przyzwyczaic, ze w jezyku angielskim to nie
      Niagara, tylko "Najagra"smile ).
      Wodpospad sklada sie z dwoch czesci: po amerykanskiej stronie znajduje sie
      (jakzeby inaczej!!!) American Fall (Amerykanski Wodospad). Ma on szerokosc 335
      m, wysokosc 53 m. i przelewa sie tam okolo 285 000 litrow wody na sekunde! Tuz
      obok przedzielony malutka wysepka Luna Island- dosyc waski drugi zwany Bridal
      Veil Fall , czyli Welon Panny Mlodej.
      Przez most nad rzeka Niagara , ktora laczy dwa jeziora Erie i Ontario
      przechodzimy na Wyspe Kozia (Goat Island).Po drugiej stronie , juz w Kanadzie
      znajduje sie przepiekny wodospad Horseshoe, czyli nic innego jak po polsku
      Podkowa. Tworzy on luk o dlugosci 900 metrow.Cieciwa tego luku to 335 m,
      wysokosc wodospadu 54 m , a przelewa sie przez niego 2.850.000 litrow na
      sekunde!!!
      Przechodzimy przez wyspe. Nasza uwage przykuwaja czarne wiewiorki.
      Widze je po raz pierwszy ... moje wyobrazenie o wiewiorkach wyniesione z Polski
      jest jedno - musza byc rude... potem, juz tutaj przyzwyczailam sie do szarych,
      a teraz widze czarne... ciekawe czy sa biale? smile...Moze na Alasce?

      Podchodzimy do Podkowy... I znowu wciaga mnie magia tego miejsca... Patrze jak
      urzeczona.
      Dolem plynie malutki stateczek, ktory z trudem kieruje sie w kierunku
      wodospadu. Potezny odrzut wody kolysze nim jak lupinka orzecha... Statek wplywa
      w tecze... Tecza wydaje się naturalna bariera bezpieczeństwa – stateczek pelna
      para pcha się do przodu, ale nie może się przedrzec przez te siedmiobarwna
      wstęgę… Zmaganie trwa dluga chwile – tecza zejść wspomagające ja spienione wody
      wodospadu wygrywaja zejść statek „jak zmyty” zawraca…
      Chce zejsc na dol, do stop wodospadu, poczuc na wlasnej skorze to, co kiedys
      ogladalam na filmie "Niagara". Kupujemy bilety i zaopatrzeni w zolte foliowe
      peleryny i sandaly czekamy chwile. Gdy zbiera sie odpowiednia grupa chetnych
      przewodnik przejmuje nad nami piecze i zjezdzamy winda w dol. Wchodzimy na
      waski drewniany mostek, dosiega nas woda, ale to dopiero preludium do tego co
      ma sie wydarzyc... Drewnianymi schodkami podchodzimy blizej wodospadu,
      spadajaca woda wytwarza mocne prady powietrza, ktore szarpia nam peleryny...
      Powoli, bo przez schodki i mostki przelewa sie woda wchodzimy na drewniana
      platforme nazwana Huraganowa.Nikt nie mogl wymyslic lepszej nazwy! Strumienie
      wody chloszcza mi twarz, a wiatr unosi peleryne i targa nia niemilosiernie.
      Nadstawiam twarz na uderzenia wody. Mocne bicze wodne. mamy klopoty z robieniem
      zdjec, momentalnie zachlapuje kamerke, ale udalo nam sie cos niecos zrobic ..

      Jestem mokra, wlosy, twarz, a nawet spodnica. Tadek pomimo, ze podwinal nogawki
      u spodni tez ocieka woda. Pozostali uczestnicy nie sa gorsi.
      Odwracam glowe i patrze jeszcze raz na to miejsce. Podnosze wzrok w gore, widze
      jakby sie na mnie walily tony wody. Wrazenie z dreszczykiem... ale takie lubie.

      Wracamy na gore... Mokrzy, ale radosni, bo przezylismy spotkanie pierwszego
      stopnia. Bedac na gorze nie odczulibysmy tak mocno potegi tego miejsca.

      Kierujemy sie na malutka wysepke Luna , tam chcemy zrobic zdjecia z gory
      naszych mostkow i platform po ktorych krazylismy przed chwila...
      I po drodze spotykamy malutkiego weza. jest czarny, nie ma nawet 20 cm, a
      wokol jego malutkiej glowki pozostala jeszcze blona po jajku, z ktorego sie
      pewnie dopiero co wyklul... Jest na drodze, zmierza w kierunku muru, wiec Tadek
      bierze patyk i przesuwa go delikatnie w zarosla. Brzdac stawia sie!

      Podnosi glowe i przednia czesc tulowia doslownie jakby chcial zaatakowac...
      Taki malutki, a juz sie stawia!
      Pora na lunch.Opuszczamy Kozia Wyspe i wchodzimy do pieknie utrzymanego parku...

      Tuz przy Visitor center znajduja sie kwiaty, reszta parku jednak wkomponowana
      jest pieknie w otoczenie.

      W jednej z alejek stoi pomnik wodza indianskiego plemienia Tuscarora. Zyl on w
      latach 1882 - 1971 i nosil ciekawe imie :RO-WA-DA-GAH-RA-DEH, co znaczy Donosny
      Glos. Pomnik wybudowala Liga Obrony Indian w Ameryce.





      Wchodzimy na parking.Lunch zjadamy w aucie i wyruszamy w miasto. Centrum
      Kultury Indian niestety zamkniete...remont... Ale budynek w ksztalcie zolwia
      ciekawy...





      Wchodzimy na chwile do sklepow... I do ... Ogrodu Zimowego...









      A potem kupujemy bilety na stateczek, ktorym podplyniemy pod sam wodospad
      Horseshoe. Zjezdzamy znowu winda w dol - mamy 20 minut czasu, wiec wlaze na
      schodki, zeby byc blizej wodospadu .



      czas szybko mija, dostajemy tym razem niebieskie peleryny i wchodzimy na
      malutki stateczek. Chociaz jestesmy na stronie amerykanskiej statek plynie pod
      kanadyjska bandera.



      Jeszcze rano zakladalismy, ze poplyniemy stateczkiem z kanadyjskiej strony,
      bo... tylko prosze mi sie tu nie smiac!... w pamieci Tadka pozostal fakt, ze
      Amerykanie daja zolte peleryny, a Kanadyjczycy niebieskie, a on nie lubi
      zoltego koloru! Barwy jego firmy sa zolte, jezdzi zoltym firmowym autem i ma
      tego koloru przesyt! ( I pomyslec, ze wybral sobie zone z zoltymi oczami...
      hahaha!)

      Ale gdy okazalo sie, ze obydwie strony obsluguja Kanadyjczycy i daja niebieskie
      peleryny zmienilismy plany.

      Osob nie za wiele, wiec mamy mozliwosc przemieszczania sie po statku... stajemy
      frontem do wodospadu. Pod nogami skrzypi i kolysze sie poklad... Dwie s
      • lablafox Re: Niagara Falls 10.06.04, 20:52
        Czy nie chciałabyś tego tekstu zamieścić na naszej stronie 40+?
        Może Mark , za Twoim przyzwoleniem mógłby go skopiować i wkleić .
        • a.erie Re: Niagara Falls 10.06.04, 20:53
          jezeli podasz mi e-maila to okrasze go nawet zdjeciamismile
          • lablafox Re: Niagara Falls 10.06.04, 20:55
            wejdż na stronkę www 40+ na górze naszego forum . Zajrzyj na nią .Na dole
            zobaczysz adres hacia@ ....cos tam chyba yahoo . Sprawdzę.
      • warum Re: Niagara Falls 10.06.04, 20:56
        Swietnie opisane. Czuje sie jakbym sama byla przy Niagarze. Udanego wypoczynku,
        i ...wracaj pelna wrazen do nas.
        • lablafox Re: Niagara Falls 10.06.04, 21:01
          Niestety na dole strony jest tylko informacja ,że to strona Marka.
          Moze Mark sam podrzuci Tobie adres , albo ktos inny ma dokładny , bo ja wrzucam
          na markhacia i dochodzi. Jakim cudem ? Nie wiem
          • a.erie Re: Niagara Falls 10.06.04, 21:09
            znalazlam na stonie e-mail smile
            mam nadzieje, ze wyslalam we wlasciwe miejsce smile
    • a.erie a to mialo byc pierwsze :( 10.06.04, 21:23
      ze skleroza juz tak bywa smile)

      daje wam pierwsza czesc opisu terazsmile
      *********************************************************************

      W jedna z sobot sierpnia , przy kolacji Tadek spojrzal na mnie i zapytal:

      - Jak myslisz, kiedy powinienem wziasc urlop?

      Wiedzialam, zostal mu jeszcze tydzien, ale dlaczego mnie pyta o zdanie?
      Przeciez on sam wie najlepiej, kiedy moze sobie pozwolic na to, zeby go nie
      bylo w pracy...

      Ale juz drugie jego zdanie podekscytowalo mnie co niemiara. Jakby od niechcenia
      stwierdzil, ze chce mi zrobic prezent na urodziny i zabrac nad Niagare.

      Oniemialam troche, bo nie spodziewalam sie tego zupelnie. Niecale dwa miesiace
      temu wrocilismy z pieknej podrozy na zachod, dopiero niedawno skonczylam pisac
      wspomnienia o niej, a tutaj czeka na mnie nastepna przygoda...

      A juz najbardziej ucieszyla mnie wypowiedziana mimochodem informacja, ze do tej
      podrozy wejdzie moje marzenie. Poznanie Pumki, mojej internetowej przyjaciolki,
      ktora mieszka w London w Kanadzie , i z ktora nigdy nie spotkalysmy sie w realu.

      Chodzilam podminowana, bo plany te nie byly jeszcze za bardzo sprecyzowane...
      wszystko zalezalo od pracy mojego Tadka, a tam zaczelo sie cos komplikowac i
      jego obecnosc wydawala sie byc bardzo potrzebna...

      Koniec koncow jednak moj chlopak zdazyl pozalatwiac wszystko tak, ze bez
      przeszkod moglismy wyruszyc...

      Modlilam sie o pogode, bo wiedzialam, ze gdy bedzie padac nasz wyjazd nie
      dojdzie do skutku i moja radosc byla wielka, gdy juz w sobote okazalo sie, ze
      deszcz laskawie omija nasza trase...

      Niedziela - 7 wrzesnia 2003.

      Obudzilam sie jeszcze przed budzikiem, ktory zadzwonil juz wtedy gdy ja bylam
      jedna noga na podlodze... Wstalam pelna emocji, ktore zawsze mi towarzysza
      przed kazda podroza... I pelna radosci , ale i niepokoju...

      Do tej chwili kazda nasza podroz miala na celu spotkanie ciekawych miejsc,
      obecna miala mnie doprowadzic do konfrontacji z dziewczynami z netu, z ktorymi
      przegadalam godziny na Forum, ale ktore w rzeczywistym swiecie stanowily dla
      mnie zagadke... Bardzo nie chce sie zawiesc sama, a i ich nie chce zawiesc...
      Slowa napisane kiedys przez jedna z dziewczyn, ze spotkala sie z kilkoma
      dziewczynami poznanymi w necie, ktore w rzeczywistosci okazaly sie niewypalem
      bardzo drazyly moje mysli i nie dawaly mi spokoju...

      Ale slowo sie rzeklo! Zobaczymy sie... Jezeli nie klamalysmy w necie, nie
      robilysmy z siebie kogos innego niz jestesmy naprawde, to powinno sie udac...
      mam taka nadzieje...

      Odbieram jeszcze 3 e-maile od Pumki , wolamy naszego Ruby, ktory musi zostac w
      domu pod piecza przyjaciol... No wlasnie! gdzie Ruby? szukamy go dosc dlugo,
      wolamy... ze zwieszona glowa , jakby wiedzial, ze bedzie sam w domu, pojawia
      sie kudlata glowa i opornym krokiem schodzi do swojej budki w piwnicy...

      Wsiadamy do auta. Tadek dojedzie tylko do stacji benzynowej, zeby zatankowac
      auto, nastepne dwie godziny bedzie nalezalo do mnie...

      Pytam, jak mam jechac, czy tak jak do niego do pracy? Otrzymuje potwierdzenie,
      ustawiam sie na odpowiednim pasie przygotowana do skretu w prawo, a on krzyczy,
      ze mam jechac prosto. Nie zastanawiajac sie wiec daje "buta" i przejezdzam
      skrzyzowanie na wprost na czerwonym swietle. Dobrze, ze nie bylo zadnego gliny!
      No coz! Otwarto rampe na autostrade 480 , tylko ja o tym nie wiedzialam... Stad
      ta pomylka.

      Nie psuje nam to jednak humorow, Tadek docina mi od czasu do czasu,np. ze
      dobrze, ze na uautostradzie nie ma swiatel ... ale do tego juz pomalu sie
      przyzwyczajam...

      Kierujemy sie na autostrade zwana "Jacke Mayer - Miss America H-WAY"...
      Amerykanskie drogi sa naprawde dobre, a pomimo tego caly czas prowadzone sa na
      nich remonty.
      Na nasze polskie gusta droga dobra, a oni juz zdzieraja nawierzchnie i
      ukladaja nowa... Napisow "Work construction " jest zawsze pelno. Znakow i
      ostrzezen o zwolnieniu jazdy jest pelno. Mnie osobiscie rozczula jedna tablica,
      zawsze wtedy sciagam noge z gazu... Na pomaranczowym tle widnieje napis
      sporzadzony dzieciecym charakterem pisma:" Prosze zwolnij! Moj tata pracuje
      tutaj.- Abby".Ta bardzo osobista prosba dziewczynki dziala na wyobraznie
      bardziej niz tysiac innych ostrzezen, nawet tych, ze mandaty za przekroczenie
      predkosci liczy sie podwojnie.

      Kazdy przejechany kilometr zbliza nas do granicy z Kanada.

      Tadek zartuje caly czas, w pewnym momencie mowi, ze ubralam sie jak zona
      ruskiego marynarza . No tak mam bluzeczke w paski, ale co?

      Jak ja zona marynarza to kim jest on?? Ruskim marynarzem! Wania...!

      Przed Toledo przesiadamy sie... wjezdzamy w droge dwukierunkowa...

      Przejezdzamy obok elektrowni atomowej, od ktorej zaczela sie pamietna awaria
      pradu.
      Ogladam monotonny krajobraz, plaski, czasami widze jeziorka i wodne akweny.

      Wypatruje oznak jesieni.

      Slupy i druty ciagna sie wzdluz drogi, przelatuja dzikie gesi...

      Denerwuje sie troche przekroczeniem granicy.Mam tylko green card, a ten moj
      potwor twierdzi, ze wpuscic mnie wpuszcza, ale z wjazdem do USA moze byc gorzej!

      Omijamy bokiem Detroit i wjezdzamy na bramki - za nimi przepiekny, dlugi most
      i Kanada.Jest godzina 10.15... Wjezdzamy do miasteczka Windsor - za szybka ta
      jazda przez miasto. 60 mil na godzine? I tutaj sie orientujemy, ze predkosci
      podawane sa w kilometrach, a nie jak u nas w milach. Bardzo trudno przestawic
      sie na ten system metryczny... Tadek sciaga noge z gazu i zaczyna sie
      przeliczanie kilometrow na mile.

      Tablice informacyjne w dwoch jezykach - angielskim i francuskim.

      Pierwsza mowi o zapieciu pasow bezpieczenstwa (my nie lubimy). Tutaj kara jest
      100 kanadyjskich dolarow.

      Inne tablice glosza o karach za przekroczenie predkosci :

      Obowiazujaca predkosc 100 km/h

      120 km - kara 100 $

      130 km - kara 143 $

      140 km - kara 295 $

      Wszyscy jada zgodnie z wymagana predkoscia wiec i my wleczemy sie jak zolwie,
      zolwie w szelkach...

      Zmienil sie tez kolor i ksztalt beczek na remontowanych drogach - amerykanskie
      beczki sa pekate i pomaranczowo-biale, a tutaj wysmukle, w pomaranczowo-czarne
      paski - Tadek zartuje, ze wygladaja jak dupy os.

      Nizinny, plaski teren,gdzieniegdzie kepy drzew , gdzieniegdzie zabudowania
      farmerow... Bardzo malo miast ... Przy tablicach informacyjnych z nazwami
      podaje sie rowniez ilosc mieszkancow danej miejscowosci...To dla nas nowosc.

      Nadchodzi pora lunchu. Rozkladamy sie na rest area, jakies 40 km od London,
      miasta w ktorym mieszka Pumka.

      Do naszego stolika podfruwaja mewy. karmimy je i obserwujemy, jak dwa samce,
      skrzeczac, stroszac piorka odpedzaja samiczki, a same rzucaja sie na kawalki
      chleba... Staramy sie tak rzucac jedzenie, zeby omijac nienazartych samcow, ale
      one zwijaja sie jak w ukropie. Wykorzystuja swoja sile jak moga. Calkowity brak
      szacunku dla plci slabszej... wiadomo, chlopy - smieje sie.

      Juz po 12 w poludnie. Pumka zapewne sie denerwuje, wiec pakujemy sie i w
      droge...

      Bladzac troche dojezdzamy do downtown, gdzie mieszka Pumka. Odnajdujemy blok,
      stawiamy auto na podziemnym parkingu dla gosci i wchodzimy do srodka. Pumka
      otwiera nam drzwi i wjezdzamy na 15 pietro... Cholera! Boje sie... tak bardzo
      chce i sie boje!

      Ale gdy slyszymy prosze... otwarte dzielnie naciskam na klamke i wchodze do
      srodka. Oslepia mnie blysk fleszu, to Pumka na wiwat robi nam zdjecie.

      Witamy sie i wyglada to tak jakbysmy znaly sie od lat! Patrzymy sobie prosto w
      oczy i wiemy, ze nadajemy na tych samych falach... Pumka jest dokladnie taka
      jak ja sobie wyobrazalam. naprawde wspaniala z niej dziewczyna! Dzielna,
      zorganizowana, ze swada opowiada o swoim zyciu , wciagam sie w rozmowe i nawet
      nie wiem, ze czas przeznaczony na wizyte (miala byc godzinka) juz dawno
      minal... Pijemy kawusie, zajadam taramisu (mam to ciasto pierwszy raz w
      ustach!), kosztuje chlebek z pelnego przemialu upieczony przez Pumke (niebo w
      gebie!!!) , i gadamy,.... ga
      • ertes Re: a to mialo byc pierwsze :( 10.06.04, 21:41
        Ciekawie napisane. Jedno co mnie zastanowilo to dlaczego bylo ci sie trudno
        przestawic na system metryczny?

        > Wszyscy jada zgodnie z wymagana predkoscia wiec i my wleczemy sie jak zolwie,
        > zolwie w szelkach...

        Czyzby Kanadyjczycy zaczeli przestrzegac ograniczen? Dziwne wink
        • mammaja Re: a to mialo byc pierwsze :( 10.06.04, 22:59
          Tez z przyjemnoscia przeczytalam! Forum nabralo szerszego oddechu w pluca!
          • marialudwika Re: a to mialo byc pierwsze :( 10.06.04, 23:16
            Niecierpliwie bede oczekiwac na ciga dalszy opowiesci!!A jaki to stworek ma
            budke w piwnicy????
            ml
    • jej_maz Re: Kraina Wielkich Jezior - wątek specjalny dla 10.06.04, 23:10
      Cool; witam, pozdrawiam i rozgosc sie.

      PS. Przesli to raz jeszcze na jej_maz@gazeta.pl - moj ares na yahoo jest
      alarmowy i zdjecia nie przeszly. Wsadze to w przyszlym tygodniu i przy okazji
      pokarze pare zdjec z mojej ostatniej wyprawy po... Jeziorach wink
      • ertes Re: Kraina Wielkich Jezior - wątek specjalny dla 10.06.04, 23:20
        Ja tez mam troche zdjec. Moge cos podrzucic.
        Zdjecia to glownie poludniowa Kalifornia, Arizona, Utah i Nevada.

        jej_maz: masz email.
        • jej_maz Re: Kraina Wielkich Jezior - wątek specjalny dla 10.06.04, 23:22
          Swietnie... tylko dajcie mi prosze kilka dni... w ten weekend mam ten slub...
    • a.erie Niagara Fort - cd. o Jeziorach :) 23.07.04, 13:14

      Wtorek, 9 wrzesnia 2003.

      Mamy szczescie do pogody. Naszym wyprawom zawsze towarzyszy slonce, wiec nie
      zdziwilam sie wcale, gdy i ten dzien okazal sie sloneczny i cieply.
      Nogi nie bola, chce sie zyc...
      Kierujemy sie w strone Fortu Niagara - miejsca, ktore jest rzadko odwiedzane
      przez tlumy walace do Niagara Falls, a obiekt naprawde wart zobaczenia.
      Lezy on na wystajacym cyplu wysoko ponad tafla jeziora Ontario. Stromy brzeg
      zabezpieczal napad od strony wody.


      Poczatek fortu siega pierwszych lat 19 wieku - najpierw wybudowano tzw. Palac
      Francuski, Indianom przekazano wersje, ze jest to miejsce do handlowania
      pomiedzy nimi, a "bladymi twarzami"...
      Dosc szybko otoczono go murem w drewnianych bali , wykopano rowy i usypano waly
      obronne...
      Fort przechodzil kilkakrotnie z rak do rak...
      Francuzi, potem Anglicy, potem Amerykanie, ktorym znowu odebrali go Anglicy...
      a na koncu juz nie w drodze walki, ale porozumien Fort wrocil do Ameryki.
      Obecnie jest to muzeum , gdzie w okreslonych dniach odbywaja sie historyczne
      pokazy dawnych bitew .
      Do fortu prowadzi brama.Kamienna, piekna, taka „nieamerykanska” w stylu.
      Wewnatrz kupujemy bilety i dostajemy pomaranczowe, samoprzylepne naklejki,
      ktore nalezy sobie umiescic na piersiach... nie sluchamy, Tadek chowa naklejki
      do kieszeni...
      Jakis dzisiaj lobuzowaty zrobil sie ten moj chlopak... Figle mu w glowie.Ja
      zreszta tez mam dobry humor. Zachowujemy sie jak szczeniaki na szkolnej
      wycieczce!
      Zaczynamy zwiedzanie
      .Pierwsza jest sala z ogromna mapa Wielkich Jezior.
      Wychodzimy na dziedziniec.
      Obchodzimy dookola poszczegolne budowle i obwarowania. Panuje tutaj przedziwna
      atmosfera, czuc powiew historii…












      Wchodzimy do piwnic, w ktorych znajduja sie dawne arsenaly broni, oraz potezne
      armaty, wystawiajace lufy przez male okienka.
      Gdzies pod samych stropem golebie uwily sobie gniazda... gruchaja wesoło, choc
      lochy sa ponure, zimne. W tych lochach, które widzialy niejedno ludzkie
      cierpienie, strach, śmierć objely panowanie golebie. Glebie pokoju?

      Wchodzimy do palacu francuskiego.
      Dwupietrowy budynek byl pierwsza baza wojsk francuskich. Na dole obszerny
      sklep, na polkach towary, materialy, bron, koraliki, sprzety gospodarstwa
      domowego... Na ladzie skory, to pewnie te z wymiany "koraliki za skory"...
      Wchodzimy po trzeszczacych drewnianych schodach na pierwsze pietro.
      Po prawej stronie kaplica.
      Po lewej obszerne pomieszczenie. Tutaj mieszkali zolnierze. Pod scianami , na
      calej dlugosci podia z drewna, na ktorych polozony jest szereg materacy i
      kocy. Tutaj spali. Pod podestem stoja nocniki smile
      Posrodku olbrzymi stol...
      Sprzet wojskowy i szable...wlasnie biala bron to slabosc mojego T.

      Niewiele myslac lobuz przeskakuje barierke i juz nie mam meza! T. jak widac
      wybral zaciag do wojska.
      Na razie jest szeregowym zolnierzykiem... Zasiada do stolu, zaklada czapke
      zolnierska na glowe…w dlon ujmuje szable… Pstrykam zdjęcia.



      No ale nie pozostaje przy tym, wchodzimy do pomieszczenia komendanta fortu
      i ... hoooooop, samozwanczo T. obwolal sie komendantem Fortu Niagara!!!
      Z komendancka szabla w dloni i jego kapeluszem wyglada imponująco.
      Robie w pospiechu zdjecia, a tu slyszymy kroki na drewnianych, skrzypiacych
      schodach... T. szybko przeskakuje spowrotem wytracajac mi butem aparat
      fotograficzny z reki...

      Pracownik Muzeum przebrany w mundur z epoki opowiada nam historie fortu ,
      pokazuje obsluge karabinu, ladujac go, a potem strzelajac .


      Na koniec zadaje zagadke. Ile zebow musial miec mezczyzna, zeby mogl sie
      zaciagnac do wojska?
      ( w tamtych czasach oczywiscie!)
      Cztery, najmniej cztery, zeby mogl przegryzc kapsulke z prochem...hihihi
      Odwiedzamy jeszcze sklepik... pelen drobiazgow, pamiątek.
      Zegnamy stary fort. Obok parkingu stoi piekna latarnia morska… W żółknących
      lisciach wyglada romantycznie, dostojnie. Niestety zamknieta. A ciekawa jestem
      wnętrza takiej budowli, która była światełkiem nadziei dla wielu zeglarzy.



      Wracamy do Niagara Falls.
      Po drodze zatrzymujemy sie przy Diabelskiej Dziurze - jest tam elektrownia
      wodna. wzdłuż głębokim kanionie, na skarpie budynki, tuz nad pieniaca się woda
      czerwone budynki. Patrzymy na to wzdłuż gory, nie znajdujemy dojścia.


      Spacerujemy wzdluz rzeki Niagara - to ona na swoim krotkim, 53 kilometrowym
      odcinku laczy dwa jeziora - Erie i Ontario. Ciekawostka jest, ze te jeziora
      leza na roznych poziomach ...
      Z Niagara z parkingu przed kasynem Seneca (to nazwa plemienia Indian!)
      wykonuje telefon do Ani,nastepnej mojej internetowej przyjaciółki - niestety
      nie ma jej w domu, nagrywam sie na sekretarke. Jej telefon komorkowy tez nie
      odpowiada... Jestem troche zawiedziona. Bardzo chcialam sie z nia spotkac.
      Postanawiamy pojsc jeszcze do kasyna, a nastepnie jechac do Ani... do
      Buffalo... trudno, najwyzej nie zastaniemy jej w domciu.
      W kasynie zostawiam 5 dolcow, jakos nie idzie dzisiaj... (ale tylko dzisiaj wink
      i wyruszamy do Buffalo.
      Czuje sie coraz bardziej podniecona i intensywnie sciagam myslami Anie do
      domu...
      - Badz w domu Aniu, wracaj do domu... te mysli telepatycznie przesylam w
      kierunku Buffalo.
      Droga do niej okazuje sie prosta i podjezdzamy pod dom...
      - Nie ma jej - mowie
      Jest - drzwi sa otwarte - uspokaja mnie T.
      I... i w drzwiach staje Ania.
      Wysmukla zgrabna dziewczyna, z brazowymi, figlarnie upietymi wlosami. Emanuje
      kobiecoscia...
      Cieplym, dziewczecym glosikiem zaprasza nas do srodka... I znowu jest tak
      jakbysmy sie znaly od dawna...
      Poznajemy Patryka, to syn Ani i Jima, wita sie i szybko znika, wiadomo ! tak
      juz maja nastolatki...
      Wynosimy na podworko za domem winko, winogrona, Ania boczy sie na mnie, ze
      nie dalam znac wczesniej, bo nosila sie z zamiarem przygotowania dla mnie
      urodzinowego tortu...
      Zostaje przedstawiona Kichusiowi, szczurkowi Ani. Siedzi u niej na kolanach i
      zabawnie, bez chwili odpoczynku rusza noskiem.
      Rozmowa toczy sie wartko, jest naprawde przyjemnie... Gdy maz Ani, Jim wraca z
      pracy przylacza sie do nas i moje zaskoczenie jest zupelne! Swietnie mowi po
      polsku! I naprawde wspanialy z niego facet. Pasuja do siebie!

      Czas leci niesamowicie szybko, mam w czubie troche, wreszcie ja, niepijaca
      istota pozwolilam sobie na rozpuste i spilysmy dwie butelki wina. Macham rekami
      przy rozmowie, rozlewam wino.. niezdara...

      No i ogladam cos niesamowitego! Ania prawie oswoila malutkiego chipmunka -
      ... To takie dzikie zwierzatko, wielkosci duzej myszy, bardzo plochliwe...
      Rzucamy mu kawalki sera, a on staje na lapkach i zajada...
      Czas ucieka, pora sie zegnac..., gdzies tam, w odległości kilku godzin czeka na
      nas dom.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja