lablafox 10.06.04, 20:26 Masz już tutaj , kącik . Na własność. Pisz. czekamy. Odpowiedz Link czytaj wygodnie posty
a.erie Re: Kraina Wielkich Jezior - wątek specjalny dla 10.06.04, 20:40 dzieki za watek i od razu wklejam dla was kawalek mojego pamietnika Odpowiedz Link
ewelina10 Re: Kraina Wielkich Jezior - wątek specjalny dla 10.06.04, 21:10 Plastycznie opisałaś. Gratulować stylu, a zwłaszcza, że przebywając poza krajem piszesz tak płynnie po polsku. Pierwszy raz w necie i szczęście.....trafiłaś do nas. Lubię podróże i już z niecierpliwością czekam na Twoją relację. Pozdro. Odpowiedz Link
ewelina10 Re: Kraina Wielkich Jezior - wątek specjalny dla 10.06.04, 21:27 Nooo .... właściwie to zapomniałam się na chwilę, że jestem na forum. Myślałam, że czytam jakąś książkę. Coraz bardziej wprawiasz mnie w zdumienie. Odpowiedz Link
a.erie czy poczta doszla? 11.06.04, 14:36 jej -maz?! wyslalam na podany adres, czy doszlo? Odpowiedz Link
a.erie Niagara Falls 10.06.04, 20:46 Poniedzialek, 8 wrzesnia 2003. Poranna pobudka jest bezbolesna. Z wczorajszego "lelum - polelum" zamieniam sie w wulkan energii. Nic mnie nie boli, nie jestem zmeczona, doslownie fruwam szykujac sniadanie... Poranek jest dosc chlodny, zakladam wiec sweter. Moje ukochane tenisowki, w ktorych przelazilam pol Ameryki sa praktycznie nie do uzytku. Zakladam wiec nowe, kupione z niemalym trudem, nie dlatego, ze tutaj tenisowek nie ma , wrecz przeciwnie chodzi w nich wiele kobiet, ale dlatego, ze trudno bylo zdobyc tenisowki na zameczek z przodu - podobne do tych starych... Calutki dzisiejszy dzien spedzimy w Niagara Falls.Bedziemy lazic caly dzien... to lubie. Gdzies po osmej zostawiamy auto na calodobowym parkingu przylegajacym do visitor center i moj chlopak (czytaj: maz ) prowadzi mnie sobie znanymi drozkami w kierunku wodospadu. Wyraznie slysze potezny szum, nie, nie szum, ale coraz mocniejszy huk wody... Przechodzimy przez park i zblizamy sie do sciezki tuz nad woda. I doslownie mnie zatyka! Widze szmaragdowo-zielona, szeroko rozlana wode plynaca z oszalamiajaca predkoscia, wode,obijajaca sie o potezne kamienie, ktora w pewnym momencie sie gubi.Znika! Nie ma jej! Idziemy w kierunku , z ktorego dochodzi potezny huk... I zatyka mnie... Nie potrafie powiedziec slowa. Tylko oczy chlona widok, ktory jest niepowtarzalny. Koryto rzeki sie konczy, ogrom wody dziwnym dla oka lukiem lekko wznosi się w gore, a nastepnie spada w pieniaca sie czelusc. Obija sie o wystajace w jej glebi glazy i pryska fontanna bialych kropel wysoko , bardzo wysoko tworzac cos na ksztalt naturalnej fontanny...zakonczonej oblokiem blyskajacych w sloncu kropelek. A z tej odchlani wylania sie tecza. Przepiekna, szeroka siedmiokolorowa tecza, ktora jakby igrala z woda, delikatnie wygieta jednym ramieniem wychodzi z tej czelusci, tworzy delikatny pnacy sie ku gorze luk... Wrazenie tak niesamowite... naturalny ogromny amfiteatr, w ktorym bohaterami sa woda i swiatlo... Patrze jak zauroczona w wode, trudno mi sie oderwac... Mam wrazenie, ze tego patrzenia mam ciagle za malo, ze jakis niewidzialny magnez przyciaga moj wzrok i nie pozwala go oderwac. Stoje tak dluga chwile oparta o barierke oddzielajaca mnie od tej naturalnej sceny,az moja twarz robi sie wilgotna od mikroskopijnych kropelek unoszonych lekkimi podmuchami wiatru...Jest pieknie. Jest mi dobrze... To American Falls jeden z dwoch wodospadow tworzacych miejsce zwane popularnie Niagara. (Do tej pory nie moge sie przyzwyczaic, ze w jezyku angielskim to nie Niagara, tylko "Najagra" ). Wodpospad sklada sie z dwoch czesci: po amerykanskiej stronie znajduje sie (jakzeby inaczej!!!) American Fall (Amerykanski Wodospad). Ma on szerokosc 335 m, wysokosc 53 m. i przelewa sie tam okolo 285 000 litrow wody na sekunde! Tuz obok przedzielony malutka wysepka Luna Island- dosyc waski drugi zwany Bridal Veil Fall , czyli Welon Panny Mlodej. Przez most nad rzeka Niagara , ktora laczy dwa jeziora Erie i Ontario przechodzimy na Wyspe Kozia (Goat Island).Po drugiej stronie , juz w Kanadzie znajduje sie przepiekny wodospad Horseshoe, czyli nic innego jak po polsku Podkowa. Tworzy on luk o dlugosci 900 metrow.Cieciwa tego luku to 335 m, wysokosc wodospadu 54 m , a przelewa sie przez niego 2.850.000 litrow na sekunde!!! Przechodzimy przez wyspe. Nasza uwage przykuwaja czarne wiewiorki. Widze je po raz pierwszy ... moje wyobrazenie o wiewiorkach wyniesione z Polski jest jedno - musza byc rude... potem, juz tutaj przyzwyczailam sie do szarych, a teraz widze czarne... ciekawe czy sa biale? ...Moze na Alasce? Podchodzimy do Podkowy... I znowu wciaga mnie magia tego miejsca... Patrze jak urzeczona. Dolem plynie malutki stateczek, ktory z trudem kieruje sie w kierunku wodospadu. Potezny odrzut wody kolysze nim jak lupinka orzecha... Statek wplywa w tecze... Tecza wydaje się naturalna bariera bezpieczeństwa – stateczek pelna para pcha się do przodu, ale nie może się przedrzec przez te siedmiobarwna wstęgę… Zmaganie trwa dluga chwile – tecza zejść wspomagające ja spienione wody wodospadu wygrywaja zejść statek „jak zmyty” zawraca… Chce zejsc na dol, do stop wodospadu, poczuc na wlasnej skorze to, co kiedys ogladalam na filmie "Niagara". Kupujemy bilety i zaopatrzeni w zolte foliowe peleryny i sandaly czekamy chwile. Gdy zbiera sie odpowiednia grupa chetnych przewodnik przejmuje nad nami piecze i zjezdzamy winda w dol. Wchodzimy na waski drewniany mostek, dosiega nas woda, ale to dopiero preludium do tego co ma sie wydarzyc... Drewnianymi schodkami podchodzimy blizej wodospadu, spadajaca woda wytwarza mocne prady powietrza, ktore szarpia nam peleryny... Powoli, bo przez schodki i mostki przelewa sie woda wchodzimy na drewniana platforme nazwana Huraganowa.Nikt nie mogl wymyslic lepszej nazwy! Strumienie wody chloszcza mi twarz, a wiatr unosi peleryne i targa nia niemilosiernie. Nadstawiam twarz na uderzenia wody. Mocne bicze wodne. mamy klopoty z robieniem zdjec, momentalnie zachlapuje kamerke, ale udalo nam sie cos niecos zrobic .. Jestem mokra, wlosy, twarz, a nawet spodnica. Tadek pomimo, ze podwinal nogawki u spodni tez ocieka woda. Pozostali uczestnicy nie sa gorsi. Odwracam glowe i patrze jeszcze raz na to miejsce. Podnosze wzrok w gore, widze jakby sie na mnie walily tony wody. Wrazenie z dreszczykiem... ale takie lubie. Wracamy na gore... Mokrzy, ale radosni, bo przezylismy spotkanie pierwszego stopnia. Bedac na gorze nie odczulibysmy tak mocno potegi tego miejsca. Kierujemy sie na malutka wysepke Luna , tam chcemy zrobic zdjecia z gory naszych mostkow i platform po ktorych krazylismy przed chwila... I po drodze spotykamy malutkiego weza. jest czarny, nie ma nawet 20 cm, a wokol jego malutkiej glowki pozostala jeszcze blona po jajku, z ktorego sie pewnie dopiero co wyklul... Jest na drodze, zmierza w kierunku muru, wiec Tadek bierze patyk i przesuwa go delikatnie w zarosla. Brzdac stawia sie! Podnosi glowe i przednia czesc tulowia doslownie jakby chcial zaatakowac... Taki malutki, a juz sie stawia! Pora na lunch.Opuszczamy Kozia Wyspe i wchodzimy do pieknie utrzymanego parku... Tuz przy Visitor center znajduja sie kwiaty, reszta parku jednak wkomponowana jest pieknie w otoczenie. W jednej z alejek stoi pomnik wodza indianskiego plemienia Tuscarora. Zyl on w latach 1882 - 1971 i nosil ciekawe imie :RO-WA-DA-GAH-RA-DEH, co znaczy Donosny Glos. Pomnik wybudowala Liga Obrony Indian w Ameryce. Wchodzimy na parking.Lunch zjadamy w aucie i wyruszamy w miasto. Centrum Kultury Indian niestety zamkniete...remont... Ale budynek w ksztalcie zolwia ciekawy... Wchodzimy na chwile do sklepow... I do ... Ogrodu Zimowego... A potem kupujemy bilety na stateczek, ktorym podplyniemy pod sam wodospad Horseshoe. Zjezdzamy znowu winda w dol - mamy 20 minut czasu, wiec wlaze na schodki, zeby byc blizej wodospadu . czas szybko mija, dostajemy tym razem niebieskie peleryny i wchodzimy na malutki stateczek. Chociaz jestesmy na stronie amerykanskiej statek plynie pod kanadyjska bandera. Jeszcze rano zakladalismy, ze poplyniemy stateczkiem z kanadyjskiej strony, bo... tylko prosze mi sie tu nie smiac!... w pamieci Tadka pozostal fakt, ze Amerykanie daja zolte peleryny, a Kanadyjczycy niebieskie, a on nie lubi zoltego koloru! Barwy jego firmy sa zolte, jezdzi zoltym firmowym autem i ma tego koloru przesyt! ( I pomyslec, ze wybral sobie zone z zoltymi oczami... hahaha!) Ale gdy okazalo sie, ze obydwie strony obsluguja Kanadyjczycy i daja niebieskie peleryny zmienilismy plany. Osob nie za wiele, wiec mamy mozliwosc przemieszczania sie po statku... stajemy frontem do wodospadu. Pod nogami skrzypi i kolysze sie poklad... Dwie s Odpowiedz Link
lablafox Re: Niagara Falls 10.06.04, 20:52 Czy nie chciałabyś tego tekstu zamieścić na naszej stronie 40+? Może Mark , za Twoim przyzwoleniem mógłby go skopiować i wkleić . Odpowiedz Link
a.erie Re: Niagara Falls 10.06.04, 20:53 jezeli podasz mi e-maila to okrasze go nawet zdjeciami Odpowiedz Link
lablafox Re: Niagara Falls 10.06.04, 20:55 wejdż na stronkę www 40+ na górze naszego forum . Zajrzyj na nią .Na dole zobaczysz adres hacia@ ....cos tam chyba yahoo . Sprawdzę. Odpowiedz Link
warum Re: Niagara Falls 10.06.04, 20:56 Swietnie opisane. Czuje sie jakbym sama byla przy Niagarze. Udanego wypoczynku, i ...wracaj pelna wrazen do nas. Odpowiedz Link
lablafox Re: Niagara Falls 10.06.04, 21:01 Niestety na dole strony jest tylko informacja ,że to strona Marka. Moze Mark sam podrzuci Tobie adres , albo ktos inny ma dokładny , bo ja wrzucam na markhacia i dochodzi. Jakim cudem ? Nie wiem Odpowiedz Link
a.erie Re: Niagara Falls 10.06.04, 21:09 znalazlam na stonie e-mail mam nadzieje, ze wyslalam we wlasciwe miejsce Odpowiedz Link
a.erie a to mialo byc pierwsze :( 10.06.04, 21:23 ze skleroza juz tak bywa ) daje wam pierwsza czesc opisu teraz ********************************************************************* W jedna z sobot sierpnia , przy kolacji Tadek spojrzal na mnie i zapytal: - Jak myslisz, kiedy powinienem wziasc urlop? Wiedzialam, zostal mu jeszcze tydzien, ale dlaczego mnie pyta o zdanie? Przeciez on sam wie najlepiej, kiedy moze sobie pozwolic na to, zeby go nie bylo w pracy... Ale juz drugie jego zdanie podekscytowalo mnie co niemiara. Jakby od niechcenia stwierdzil, ze chce mi zrobic prezent na urodziny i zabrac nad Niagare. Oniemialam troche, bo nie spodziewalam sie tego zupelnie. Niecale dwa miesiace temu wrocilismy z pieknej podrozy na zachod, dopiero niedawno skonczylam pisac wspomnienia o niej, a tutaj czeka na mnie nastepna przygoda... A juz najbardziej ucieszyla mnie wypowiedziana mimochodem informacja, ze do tej podrozy wejdzie moje marzenie. Poznanie Pumki, mojej internetowej przyjaciolki, ktora mieszka w London w Kanadzie , i z ktora nigdy nie spotkalysmy sie w realu. Chodzilam podminowana, bo plany te nie byly jeszcze za bardzo sprecyzowane... wszystko zalezalo od pracy mojego Tadka, a tam zaczelo sie cos komplikowac i jego obecnosc wydawala sie byc bardzo potrzebna... Koniec koncow jednak moj chlopak zdazyl pozalatwiac wszystko tak, ze bez przeszkod moglismy wyruszyc... Modlilam sie o pogode, bo wiedzialam, ze gdy bedzie padac nasz wyjazd nie dojdzie do skutku i moja radosc byla wielka, gdy juz w sobote okazalo sie, ze deszcz laskawie omija nasza trase... Niedziela - 7 wrzesnia 2003. Obudzilam sie jeszcze przed budzikiem, ktory zadzwonil juz wtedy gdy ja bylam jedna noga na podlodze... Wstalam pelna emocji, ktore zawsze mi towarzysza przed kazda podroza... I pelna radosci , ale i niepokoju... Do tej chwili kazda nasza podroz miala na celu spotkanie ciekawych miejsc, obecna miala mnie doprowadzic do konfrontacji z dziewczynami z netu, z ktorymi przegadalam godziny na Forum, ale ktore w rzeczywistym swiecie stanowily dla mnie zagadke... Bardzo nie chce sie zawiesc sama, a i ich nie chce zawiesc... Slowa napisane kiedys przez jedna z dziewczyn, ze spotkala sie z kilkoma dziewczynami poznanymi w necie, ktore w rzeczywistosci okazaly sie niewypalem bardzo drazyly moje mysli i nie dawaly mi spokoju... Ale slowo sie rzeklo! Zobaczymy sie... Jezeli nie klamalysmy w necie, nie robilysmy z siebie kogos innego niz jestesmy naprawde, to powinno sie udac... mam taka nadzieje... Odbieram jeszcze 3 e-maile od Pumki , wolamy naszego Ruby, ktory musi zostac w domu pod piecza przyjaciol... No wlasnie! gdzie Ruby? szukamy go dosc dlugo, wolamy... ze zwieszona glowa , jakby wiedzial, ze bedzie sam w domu, pojawia sie kudlata glowa i opornym krokiem schodzi do swojej budki w piwnicy... Wsiadamy do auta. Tadek dojedzie tylko do stacji benzynowej, zeby zatankowac auto, nastepne dwie godziny bedzie nalezalo do mnie... Pytam, jak mam jechac, czy tak jak do niego do pracy? Otrzymuje potwierdzenie, ustawiam sie na odpowiednim pasie przygotowana do skretu w prawo, a on krzyczy, ze mam jechac prosto. Nie zastanawiajac sie wiec daje "buta" i przejezdzam skrzyzowanie na wprost na czerwonym swietle. Dobrze, ze nie bylo zadnego gliny! No coz! Otwarto rampe na autostrade 480 , tylko ja o tym nie wiedzialam... Stad ta pomylka. Nie psuje nam to jednak humorow, Tadek docina mi od czasu do czasu,np. ze dobrze, ze na uautostradzie nie ma swiatel ... ale do tego juz pomalu sie przyzwyczajam... Kierujemy sie na autostrade zwana "Jacke Mayer - Miss America H-WAY"... Amerykanskie drogi sa naprawde dobre, a pomimo tego caly czas prowadzone sa na nich remonty. Na nasze polskie gusta droga dobra, a oni juz zdzieraja nawierzchnie i ukladaja nowa... Napisow "Work construction " jest zawsze pelno. Znakow i ostrzezen o zwolnieniu jazdy jest pelno. Mnie osobiscie rozczula jedna tablica, zawsze wtedy sciagam noge z gazu... Na pomaranczowym tle widnieje napis sporzadzony dzieciecym charakterem pisma:" Prosze zwolnij! Moj tata pracuje tutaj.- Abby".Ta bardzo osobista prosba dziewczynki dziala na wyobraznie bardziej niz tysiac innych ostrzezen, nawet tych, ze mandaty za przekroczenie predkosci liczy sie podwojnie. Kazdy przejechany kilometr zbliza nas do granicy z Kanada. Tadek zartuje caly czas, w pewnym momencie mowi, ze ubralam sie jak zona ruskiego marynarza . No tak mam bluzeczke w paski, ale co? Jak ja zona marynarza to kim jest on?? Ruskim marynarzem! Wania...! Przed Toledo przesiadamy sie... wjezdzamy w droge dwukierunkowa... Przejezdzamy obok elektrowni atomowej, od ktorej zaczela sie pamietna awaria pradu. Ogladam monotonny krajobraz, plaski, czasami widze jeziorka i wodne akweny. Wypatruje oznak jesieni. Slupy i druty ciagna sie wzdluz drogi, przelatuja dzikie gesi... Denerwuje sie troche przekroczeniem granicy.Mam tylko green card, a ten moj potwor twierdzi, ze wpuscic mnie wpuszcza, ale z wjazdem do USA moze byc gorzej! Omijamy bokiem Detroit i wjezdzamy na bramki - za nimi przepiekny, dlugi most i Kanada.Jest godzina 10.15... Wjezdzamy do miasteczka Windsor - za szybka ta jazda przez miasto. 60 mil na godzine? I tutaj sie orientujemy, ze predkosci podawane sa w kilometrach, a nie jak u nas w milach. Bardzo trudno przestawic sie na ten system metryczny... Tadek sciaga noge z gazu i zaczyna sie przeliczanie kilometrow na mile. Tablice informacyjne w dwoch jezykach - angielskim i francuskim. Pierwsza mowi o zapieciu pasow bezpieczenstwa (my nie lubimy). Tutaj kara jest 100 kanadyjskich dolarow. Inne tablice glosza o karach za przekroczenie predkosci : Obowiazujaca predkosc 100 km/h 120 km - kara 100 $ 130 km - kara 143 $ 140 km - kara 295 $ Wszyscy jada zgodnie z wymagana predkoscia wiec i my wleczemy sie jak zolwie, zolwie w szelkach... Zmienil sie tez kolor i ksztalt beczek na remontowanych drogach - amerykanskie beczki sa pekate i pomaranczowo-biale, a tutaj wysmukle, w pomaranczowo-czarne paski - Tadek zartuje, ze wygladaja jak dupy os. Nizinny, plaski teren,gdzieniegdzie kepy drzew , gdzieniegdzie zabudowania farmerow... Bardzo malo miast ... Przy tablicach informacyjnych z nazwami podaje sie rowniez ilosc mieszkancow danej miejscowosci...To dla nas nowosc. Nadchodzi pora lunchu. Rozkladamy sie na rest area, jakies 40 km od London, miasta w ktorym mieszka Pumka. Do naszego stolika podfruwaja mewy. karmimy je i obserwujemy, jak dwa samce, skrzeczac, stroszac piorka odpedzaja samiczki, a same rzucaja sie na kawalki chleba... Staramy sie tak rzucac jedzenie, zeby omijac nienazartych samcow, ale one zwijaja sie jak w ukropie. Wykorzystuja swoja sile jak moga. Calkowity brak szacunku dla plci slabszej... wiadomo, chlopy - smieje sie. Juz po 12 w poludnie. Pumka zapewne sie denerwuje, wiec pakujemy sie i w droge... Bladzac troche dojezdzamy do downtown, gdzie mieszka Pumka. Odnajdujemy blok, stawiamy auto na podziemnym parkingu dla gosci i wchodzimy do srodka. Pumka otwiera nam drzwi i wjezdzamy na 15 pietro... Cholera! Boje sie... tak bardzo chce i sie boje! Ale gdy slyszymy prosze... otwarte dzielnie naciskam na klamke i wchodze do srodka. Oslepia mnie blysk fleszu, to Pumka na wiwat robi nam zdjecie. Witamy sie i wyglada to tak jakbysmy znaly sie od lat! Patrzymy sobie prosto w oczy i wiemy, ze nadajemy na tych samych falach... Pumka jest dokladnie taka jak ja sobie wyobrazalam. naprawde wspaniala z niej dziewczyna! Dzielna, zorganizowana, ze swada opowiada o swoim zyciu , wciagam sie w rozmowe i nawet nie wiem, ze czas przeznaczony na wizyte (miala byc godzinka) juz dawno minal... Pijemy kawusie, zajadam taramisu (mam to ciasto pierwszy raz w ustach!), kosztuje chlebek z pelnego przemialu upieczony przez Pumke (niebo w gebie!!!) , i gadamy,.... ga Odpowiedz Link
ertes Re: a to mialo byc pierwsze :( 10.06.04, 21:41 Ciekawie napisane. Jedno co mnie zastanowilo to dlaczego bylo ci sie trudno przestawic na system metryczny? > Wszyscy jada zgodnie z wymagana predkoscia wiec i my wleczemy sie jak zolwie, > zolwie w szelkach... Czyzby Kanadyjczycy zaczeli przestrzegac ograniczen? Dziwne Odpowiedz Link
mammaja Re: a to mialo byc pierwsze :( 10.06.04, 22:59 Tez z przyjemnoscia przeczytalam! Forum nabralo szerszego oddechu w pluca! Odpowiedz Link
marialudwika Re: a to mialo byc pierwsze :( 10.06.04, 23:16 Niecierpliwie bede oczekiwac na ciga dalszy opowiesci!!A jaki to stworek ma budke w piwnicy???? ml Odpowiedz Link
jej_maz Re: Kraina Wielkich Jezior - wątek specjalny dla 10.06.04, 23:10 Cool; witam, pozdrawiam i rozgosc sie. PS. Przesli to raz jeszcze na jej_maz@gazeta.pl - moj ares na yahoo jest alarmowy i zdjecia nie przeszly. Wsadze to w przyszlym tygodniu i przy okazji pokarze pare zdjec z mojej ostatniej wyprawy po... Jeziorach Odpowiedz Link
ertes Re: Kraina Wielkich Jezior - wątek specjalny dla 10.06.04, 23:20 Ja tez mam troche zdjec. Moge cos podrzucic. Zdjecia to glownie poludniowa Kalifornia, Arizona, Utah i Nevada. jej_maz: masz email. Odpowiedz Link
jej_maz Re: Kraina Wielkich Jezior - wątek specjalny dla 10.06.04, 23:22 Swietnie... tylko dajcie mi prosze kilka dni... w ten weekend mam ten slub... Odpowiedz Link
a.erie Niagara Fort - cd. o Jeziorach :) 23.07.04, 13:14 Wtorek, 9 wrzesnia 2003. Mamy szczescie do pogody. Naszym wyprawom zawsze towarzyszy slonce, wiec nie zdziwilam sie wcale, gdy i ten dzien okazal sie sloneczny i cieply. Nogi nie bola, chce sie zyc... Kierujemy sie w strone Fortu Niagara - miejsca, ktore jest rzadko odwiedzane przez tlumy walace do Niagara Falls, a obiekt naprawde wart zobaczenia. Lezy on na wystajacym cyplu wysoko ponad tafla jeziora Ontario. Stromy brzeg zabezpieczal napad od strony wody. Poczatek fortu siega pierwszych lat 19 wieku - najpierw wybudowano tzw. Palac Francuski, Indianom przekazano wersje, ze jest to miejsce do handlowania pomiedzy nimi, a "bladymi twarzami"... Dosc szybko otoczono go murem w drewnianych bali , wykopano rowy i usypano waly obronne... Fort przechodzil kilkakrotnie z rak do rak... Francuzi, potem Anglicy, potem Amerykanie, ktorym znowu odebrali go Anglicy... a na koncu juz nie w drodze walki, ale porozumien Fort wrocil do Ameryki. Obecnie jest to muzeum , gdzie w okreslonych dniach odbywaja sie historyczne pokazy dawnych bitew . Do fortu prowadzi brama.Kamienna, piekna, taka „nieamerykanska” w stylu. Wewnatrz kupujemy bilety i dostajemy pomaranczowe, samoprzylepne naklejki, ktore nalezy sobie umiescic na piersiach... nie sluchamy, Tadek chowa naklejki do kieszeni... Jakis dzisiaj lobuzowaty zrobil sie ten moj chlopak... Figle mu w glowie.Ja zreszta tez mam dobry humor. Zachowujemy sie jak szczeniaki na szkolnej wycieczce! Zaczynamy zwiedzanie .Pierwsza jest sala z ogromna mapa Wielkich Jezior. Wychodzimy na dziedziniec. Obchodzimy dookola poszczegolne budowle i obwarowania. Panuje tutaj przedziwna atmosfera, czuc powiew historii… Wchodzimy do piwnic, w ktorych znajduja sie dawne arsenaly broni, oraz potezne armaty, wystawiajace lufy przez male okienka. Gdzies pod samych stropem golebie uwily sobie gniazda... gruchaja wesoło, choc lochy sa ponure, zimne. W tych lochach, które widzialy niejedno ludzkie cierpienie, strach, śmierć objely panowanie golebie. Glebie pokoju? Wchodzimy do palacu francuskiego. Dwupietrowy budynek byl pierwsza baza wojsk francuskich. Na dole obszerny sklep, na polkach towary, materialy, bron, koraliki, sprzety gospodarstwa domowego... Na ladzie skory, to pewnie te z wymiany "koraliki za skory"... Wchodzimy po trzeszczacych drewnianych schodach na pierwsze pietro. Po prawej stronie kaplica. Po lewej obszerne pomieszczenie. Tutaj mieszkali zolnierze. Pod scianami , na calej dlugosci podia z drewna, na ktorych polozony jest szereg materacy i kocy. Tutaj spali. Pod podestem stoja nocniki Posrodku olbrzymi stol... Sprzet wojskowy i szable...wlasnie biala bron to slabosc mojego T. Niewiele myslac lobuz przeskakuje barierke i juz nie mam meza! T. jak widac wybral zaciag do wojska. Na razie jest szeregowym zolnierzykiem... Zasiada do stolu, zaklada czapke zolnierska na glowe…w dlon ujmuje szable… Pstrykam zdjęcia. No ale nie pozostaje przy tym, wchodzimy do pomieszczenia komendanta fortu i ... hoooooop, samozwanczo T. obwolal sie komendantem Fortu Niagara!!! Z komendancka szabla w dloni i jego kapeluszem wyglada imponująco. Robie w pospiechu zdjecia, a tu slyszymy kroki na drewnianych, skrzypiacych schodach... T. szybko przeskakuje spowrotem wytracajac mi butem aparat fotograficzny z reki... Pracownik Muzeum przebrany w mundur z epoki opowiada nam historie fortu , pokazuje obsluge karabinu, ladujac go, a potem strzelajac . Na koniec zadaje zagadke. Ile zebow musial miec mezczyzna, zeby mogl sie zaciagnac do wojska? ( w tamtych czasach oczywiscie!) Cztery, najmniej cztery, zeby mogl przegryzc kapsulke z prochem...hihihi Odwiedzamy jeszcze sklepik... pelen drobiazgow, pamiątek. Zegnamy stary fort. Obok parkingu stoi piekna latarnia morska… W żółknących lisciach wyglada romantycznie, dostojnie. Niestety zamknieta. A ciekawa jestem wnętrza takiej budowli, która była światełkiem nadziei dla wielu zeglarzy. Wracamy do Niagara Falls. Po drodze zatrzymujemy sie przy Diabelskiej Dziurze - jest tam elektrownia wodna. wzdłuż głębokim kanionie, na skarpie budynki, tuz nad pieniaca się woda czerwone budynki. Patrzymy na to wzdłuż gory, nie znajdujemy dojścia. Spacerujemy wzdluz rzeki Niagara - to ona na swoim krotkim, 53 kilometrowym odcinku laczy dwa jeziora - Erie i Ontario. Ciekawostka jest, ze te jeziora leza na roznych poziomach ... Z Niagara z parkingu przed kasynem Seneca (to nazwa plemienia Indian!) wykonuje telefon do Ani,nastepnej mojej internetowej przyjaciółki - niestety nie ma jej w domu, nagrywam sie na sekretarke. Jej telefon komorkowy tez nie odpowiada... Jestem troche zawiedziona. Bardzo chcialam sie z nia spotkac. Postanawiamy pojsc jeszcze do kasyna, a nastepnie jechac do Ani... do Buffalo... trudno, najwyzej nie zastaniemy jej w domciu. W kasynie zostawiam 5 dolcow, jakos nie idzie dzisiaj... (ale tylko dzisiaj i wyruszamy do Buffalo. Czuje sie coraz bardziej podniecona i intensywnie sciagam myslami Anie do domu... - Badz w domu Aniu, wracaj do domu... te mysli telepatycznie przesylam w kierunku Buffalo. Droga do niej okazuje sie prosta i podjezdzamy pod dom... - Nie ma jej - mowie Jest - drzwi sa otwarte - uspokaja mnie T. I... i w drzwiach staje Ania. Wysmukla zgrabna dziewczyna, z brazowymi, figlarnie upietymi wlosami. Emanuje kobiecoscia... Cieplym, dziewczecym glosikiem zaprasza nas do srodka... I znowu jest tak jakbysmy sie znaly od dawna... Poznajemy Patryka, to syn Ani i Jima, wita sie i szybko znika, wiadomo ! tak juz maja nastolatki... Wynosimy na podworko za domem winko, winogrona, Ania boczy sie na mnie, ze nie dalam znac wczesniej, bo nosila sie z zamiarem przygotowania dla mnie urodzinowego tortu... Zostaje przedstawiona Kichusiowi, szczurkowi Ani. Siedzi u niej na kolanach i zabawnie, bez chwili odpoczynku rusza noskiem. Rozmowa toczy sie wartko, jest naprawde przyjemnie... Gdy maz Ani, Jim wraca z pracy przylacza sie do nas i moje zaskoczenie jest zupelne! Swietnie mowi po polsku! I naprawde wspanialy z niego facet. Pasuja do siebie! Czas leci niesamowicie szybko, mam w czubie troche, wreszcie ja, niepijaca istota pozwolilam sobie na rozpuste i spilysmy dwie butelki wina. Macham rekami przy rozmowie, rozlewam wino.. niezdara... No i ogladam cos niesamowitego! Ania prawie oswoila malutkiego chipmunka - ... To takie dzikie zwierzatko, wielkosci duzej myszy, bardzo plochliwe... Rzucamy mu kawalki sera, a on staje na lapkach i zajada... Czas ucieka, pora sie zegnac..., gdzies tam, w odległości kilku godzin czeka na nas dom. Odpowiedz Link