Wakacyjna opowiesc Erie

19.07.04, 15:12
13 czerwca 2004.

Budzik zaterkotal w momencie, gdy jedna noga bylam już poza lozkiem.
Wyprzedziłam go o sekunde może. Zawsze tak się dzieje, ze przed wyjazdem to
ja budze budzik, a nie on mnie. Śpioch siedział jeszcze w moich oczach, no
ale umysl był już na obrotach. Automatyczne, wyćwiczone ruchy, tupot stop po
drewnianych schodach i już stawiam wode na kawe, wyciągam chleb, maslo…
Na gorze słychać szum wody, to moje zaspane chlopaczysko walczy z cialem,
które u niego oporne rano jak osiol. Katuje je woda, a i tak, gdy zejdzie to
będzie wyglądał jak kupka nieszczęścia.
Schodzi. Zasiada przy stole i siega po papierosa. Codziennie, najpierw
papieros. Niezdrowe, ale jego. Opatulony oblokiem dymu zwiesza nos nad swoim
kubkiem z kawa.
Pora na mnie. Biegiem zasuwam pod prysznic, a potem wymachujac konczynami i
robiąc miny do lustra zakladam przygotowane wczoraj ciuchy. Jeszcze tylko
ostatni rzut na sypialnie, posprawdzanie okien i dolaczam do mojego śpiocha.
On już konczy jesc chlebek z maslem. To tez codzienna czynność. Na sniadanie
tylko chlebek z maslem i kawa.
Ze mna trudniejsza sprawa. Nie lubie jesc rano. No, ale dzis wyjatkowo
podnosze do ust malutka kromke i pomimo oporu przełyku wpycham w siebie kilka
kesow.
Ten poranek jest inny jak wszystkie. Nie ma naszego psa . poszedł na służbę
do przyjaciol. Pusto bez niego, nie ma kto drapac po nogach i upominac się o
pieszczoty.

Dokladnie o siódmej rano zapalamy auto. Zerujemy licznik w aucie.
Wyciągam notes. Wpisuje date. 13 czerwiec 2004. Godzina 7.oo – wyjazd z domu.

Dojeżdżamy do płatnej autostrady 480. Bierzemy bilet i w droge.
http://groups.msn.com/albumczterdziesteki/podrozzpiorkiem.msnw?
action=ShowPhoto&PhotoID=1342

Krajobrazy Ohio to zielone przestrzenie i raz po raz typowe dla Stanow miasta-
wsie.

Na poboczach autostrady ustawione czujniki. Te urzadzenia maja ostrzegac
przed zwierzętami. Jeżeli zwierzak przetnie promien wysylany przez czujnik,
wtedy zaczyna migac światło, które ostrzega kierowcow.
Wiem, nie potrafie tego wytłumaczyć, ale techniczna nie jestem, wiec
wybaczcie.
Zdaje się na wasza wyobraznie, która podbuduje zdjęciem. Tak wyglądają te
urzadzenia

http://groups.msn.com/albumczterdziesteki/podrozzpiorkiem.msnw?
action=ShowPhoto&PhotoID=1347

Pomimo tych urządzeń, widze na poboczach zabite sarny. Na trasie Cleveland –
Chicago – 5 sztuk. I jakos nie zal mi uszkodzonych aut, tylko tych pieknych
zwierzat. Bo sarny sa piekne. Podglądałam je wiele razy będąc w West
Wirginia, gdzie mieszkaja nasi znajomi. A mieszkaja w srodku lasu i sarny
podchodza im pod okna.
No ale sarny to nie ta bajka, wymagaja osobnej opowiesci…

Pogoda paskudna. Gesta mgla wloczy się po h-wayu, ograniczając widoczność.
Dziesięć minut jazdy i zaczyna padac deszcz.
Wiadomo , trzynasty, ale co tam! Trzynasty trwa tylko jeden dzien.
Dzisiaj chcemy dojechac do Chicago. Mieszka tam kolega mojego meza. Oni nie
widzieli się wieki, ja nie znam go wcale.
Mojego T. bierze na wspominki. Opowiada o roku 1980, o obozie dla uchodźców
uchodźców w Austrii, o beznadziei czekania na „co dalej”, o ludziach tam
poznanych.
Jednym z nich był wlasnie G.
Nie widzieli się 10 lat. Życiowe zakrety spowodowaly, ze stracili kontakt. A
teraz , już dzisiaj go odswieza. Wyczuwam ukrywane napiecie w glosie, jakis
zal?
No, kilka godzin i okaze się.
Kazde z nas ma inne, wlasne obawy. Ale nie przyznajemy się do nich. Po co
psuc sobie nawzajem humory?
Moje niepokoje sa zapisane w moje obecne zycie. Zawsze boje się spotkan z
ludzmi, którzy znali mojego T. z innego, pierwszego małżeńskiego układu.
Bo ja jestem drugą zoną. I boje się porównań. Tchórz jestem i tyle.

Kolo poludnia jestesmy w Chicago. Z jadacego auta staram się robic zdjęcia
miasta.
http://groups.msn.com/albumczterdziesteki/podrozzpiorkiem.msnw?
action=ShowPhoto&PhotoID=1343


Robienie zdjęć z jadacego auta nie jest latwe. Albo za szybko, albo to co
chcesz „zdjąć” już jest poza zasiegiem obiektywu. Albo zamiast wybranego
obiektu uwieczniony zostaje bok trocka . Samo zycie.

Zjeżdżamy z autostrady na Puławski street . Już niedaleko do domu G.
Właściwie do mieszkania, które od lat wynajmuje. Jest! G. szlifuje chodnik
przed domem. Czeka na nas. I za chwile mój T. ginie w objęciach ogromnego
faceta, z wydatnym brzuszkiem. Obydwaj sa wzruszeni, zatopili się w tym
przyjacielskim uscisku.
Wreszcie T. przypomina sobie o mnie , przedstawia mnie. Olbrzym podchodzi do
mnie i moje stopy obute w ukochane tenisowki zaczynaja dyndac nad ziemia.
Zostaje podniesiona na wysokość oczu obcego faceta, która wyciska na moim
policzku sążnistego calusa. I jeszcze w drugi policzek. Na wyciągniętych
rekach odsuwa moja twarz od swojej i patrzy na mnie wesołym wzrokiem.A ja
nadal dyndam.
Jestem troche oszolomiona tym żywiołowym powitaniem.
Wchodzimy do starej kamienicy, na pierwszym pietrze znajduje się mieszkanie G.
Living room to tylko sofa , stol i krzesła.
Dowiadujemy się, ze kilka miesiecy wczesniej od G. odeszla zona. Zabrala
wszystko co się dalo i gdy ten wrócił z pracy zastal puste sciany i kilka
starych mebli.
Mojemu T. udaje się naprowadzic rozmowe na weselszy temat. Nastroj się
poprawia.
Szok! Jesteśmy zaproszeni na urodzinowe party do jakiegos faceta, który,
również był z nimi w obozie dla uchodźców Austrii.
G. czestuje nas własnoręcznie przygotowanym obiadem. Spartansko, po mesku
zastawiony stol, ale gospodarz robi co może. I obiad smakuje.
W kwietniu G. był w Arizona i tam „zarazil się”.
Teraz w jego domu kroluje zdrowa żywność, tzw. Organiczna. A wiec, warzywa
organiczne, chleb organiczny, kurczak organiczny i kawa ziarnista, świeżo
mielona w młynku tez organiczna.I woda mineralna odpowiedniej marki tez
organiczna. Gada o tym bez przerwy. Jak misjonarz, który chce nawrocic
ludożerców.
Kopie pod stolem T. Dlaczego? Bo zaczyna nabijac się z przyjaciela.
Nieładnie, chociaż i mnie smieszy ta tyrada.
Rozumiem chec jedzenia zdrowej żywności, ale ktos nakładł chłopakowi do
glowy, ze może jesc ile chce, byle to było organiczne. I ze tym sposobem
schudnie. Bo ponoc żołądek da mu znac, kiedy jest pelny.
Nasze żołądki już dawno powiedzialy stop, a jego milczy. Jedna dokladka,
druga, wreszcie stop. Ta ilość jedzenia, która pochłonął G. starczylaby nam
na caly dzien, a może i dwa …

Wyruszamy na Jackowo. Ciekawa jestem tego osławionego wśród polonii miejsca.
Kilka przecznic i wjeżdżamy.
Napisy w polskim jezyku, polska mowa. Dawno nie słyszane polskie „Q”…
Wchodzimy do spozywczaka, typowego polskiego Samu. I moje oczy szaleja ze
szczęścia. Wróciłam do Polski? Nie brakuje niczego, od polskich cukierkow,
pasztecikow, szynek, goracych kubkow, przypraw, serkow, masla,
maki,salcesonow, kaszanki, po pachnący, złocisty chlebek.
Chlebek! Zabieram do koszyka kilka bochenkow i nie wytrzymuje, podskubuje
aromatyczna skorke.
Przy kasie dziewczyna uśmiecha się i stwierdza. „Pani nie stad”.
Dlaczego? – pytam.
- Bo obskubywanie chleba ze skorki jeszcze w sklepie to norma, dla tych, z
innych stanow.
Nie mamy wiele czasu, ale nie podaruje sobie polskiej księgarni. Chłopaki ida
do monopolowego, ja buszuje wśród książek. Jak dawno tego nie robiłam. Ja
chce tu zostac!
Ksiegarnia ma w sobie moc uswieconego miejsca. Przynajmniej dla mnie.
Uwielbiam dotykac nowych książek, uwielbiam ten specyficzny zapach papieru i
farby drukarskiej.
Kupuje kilka tytułów, obiecuje sobie, ze ja tu wroce.
Pora wracac, bo czeka nas garden party.
Ale to już w nastepnym odcinku opowiesci 



    • a.erie Polish garden party 19.07.04, 20:48
      Nie mialam ochoty na to garden party. A juz gdy G. zaproponowal abym to ja
      prowadzila jego wysluzonego Pontiaca,to rece mi opadly. Ale co? Mialam sie
      poddac? Wywolujac na usta prawie komercyjny usmiech zgodzilam sie,ba!
      entuzjastycznie sie zgodzilam, bo lepiej od razu ulec, wiedzac, ze zadne
      argumenty nie dotra do dwoch kumpli, ktorzy pragna sie napic.
      G. dzielil mi kilku instrukcji , przysunal do przodu fotel i jazda Niedaleko
      bylo. na polskie warunki zostawilabym auto w domciu i pomaszerowala na
      piechotke, ale coz. Nie jestem w Polsce, a tutaj autem niektorzy wjezdzaliby do
      toalety smileWiec i ja staje sie coraz leniwsza smile
      Wchodzimy przez boczna furtke, wokol back yardu szczelny drewniany
      plot.Gospodarz, solenizant, swietnie trzymajacy sie piecdziesiecioparolatek, w
      podkoszulku, z ramionami wyhaftowanymi tatuazami prowadzi nas w glab ogrodu. W
      rogu ogrodu duzy ceglany piec, obok stol z naczyniami pelnymi jadla i
      turystyczne izolowane skrzynie pelne lodu, w ktorym zagrzebane sa butelki i
      puszki z napitkami.Napoje procentowe stoja obok . Sterty jednorazowych
      talerzykow, kubkow i sztuccy.
      - Morda! dawaj pyska! - wrzeszczy na cale gardlo podchmielony z lekka
      solenizant i obsciskuje mojego T.- W ktorym pensjonacie byles? Bo jakos nie
      przypominam sobie?
      (Z opowiesci mojego T. wiem, ze wszystkich uciekonierow z Polski umieszczano w
      obozach dla uchodzcow, a gdy tam juz miejsca zabraklo, umieszczano ich w
      pensjonatach.)
      I zaczyna sie!
      - A znasz Adama? Nie nie pamietasz? On w Colorado teraz, z baba sie rozwiodl,
      bo jej bylo w Colorado za goraco, hahaha!
      - A znasz? - I padaja nastepne imiona, ksywki...przerazajace jest to, ze w tych
      wspomnieniach co chwile padaja slowa : " juz nie sa razem, rozwod".
      - Ja tez nie jestem z moja - kontynuuje solenizant.Glupia c..., wszystko miala,
      a zachcialo jej sie...
      - A ty? - pytanie skierowane prosto do mojego T. Cierpne.
      - Nie jestem gorszy od ciebie, mam druga zone - mowi moje szczescie. I chwala ,
      zmienia temat, pytajac o kogos innego.
      - Lej sobie stary! A co ty? Nie pijesz? - zwraca sie w moim kierunku - nie udaj!
      Przychodza nastepni goscie. Chwila spokoju . Siadamy w kacie, ale nie na dlugo.
      Nowe powitania, okrzyki.
      G. pyta co chwile, czy fajnie sie bawimy. Pewnie, fajnie!
      W glowach gosci szumi coraz bardziej, Wykrzykuja na nisko przelatujace samoloty,
      widac samolot LOTU. "Nowe sprzataczki przylecialy" - slysze komentarze.
      I komentarze o kobietach, jakie to sa , jakie pazerne, jakie przebiegle, jak to
      tylko wychodza za maz po to, zeby miec zielona karte, a potem puszczaja mezow w
      trabe...
      I chwalenie sie tym, co kto ma. jaki dom. Ile bedrooms, ile bathrooms. jaki
      samochod. Ile zarabiaja. Jak sie ustawili w zyciu:
      - Tej sie udalo! Sprzata u milionerow!
      - Ten to zwykly ch... dorobil sie i swoich nie poznaje,

      Rozbolala mnie glowa. G. wola gospodarza i pyta o tabletki przeciwbolowe. Ten
      prowadzi mnie do domu, i z wrzaskiem zwraca sie do okolo
      siedemdziesiecioletniej, kurpulentnej kobiety stojacej przy kuchni.
      - B.....a!!!!!!!!!!!!!!!!!!!daj jej tabletki! Rusz d...!- wrzeszczy i wychodzi,
      zostawiajac nas same...
      Glupio mi, przepraszam ja, a ona patrzy na mnie zdumiona.
      - Chlopy sobie popili i tyle! - ukazuje w usmiechu spocona twarz.- Moj tak
      zawsze, jak wypije, na codzien to dobry chlop.
      Znowu przytakuję.

      Plastikowe stoliki zsunieto do kupy. Robi sie coraz bardziej "familijnie".
      Niewybredne kawaly, przytulanki, sprosne propozycje.B.wychodzi z kuchni z
      pieczonym indykiem, za chwile powraca i przynosi sagan bigodu. Uwija sie jak w
      ukropie.
      - "ten to ma dobrze" - slysze glos sasiada zwracajacy sie do mojego T. -
      Ustawil sie! Z baba nie siedza,wyprowadzil sie. On jest z nia tu, stara d..,
      ale ma chalupy trzy, dwie rentuje, on nie pracuje, a ona jeszcze daje mu kase
      na dzieci.
      Mozna i tak sad
      nachalne spojrzenie goscia z naprzeciwka przewierca mnie nq wylot. Udaje, ze
      nie widze, ale nie pomaga.
      - Ja cie skads znam - wrzeszczy przez stol .- To ty dwa lata temu tak szalalas
      w Salanadrze!
      - Nie znam pana! Nigdy nie bylam w Chicago! - odpowiadam, a ten podnosi sie z
      krzesla, podchodzi do mnie i wyciagajac reke w moim kierunku wrzeszczy:
      - Nie bylas? A z kim ja tancowalem? Dobrze wiem! Glupi nie jestem!
      Moj T. podnosi sie z krzesla i mowi spokojnie:
      - zostaw moja zone.
      - o, to teraz ona twoja zona? - gosc robi dwa kroki w tyl, a nastepnie odwraca
      i mowi:
      - a ja ją mialem pierwszy!
      Nic tu po nas. Robi sie nieciekawie. G. tez to widzi. I chwala Bogu.
      Opuszczamy polish garden party. Nigdy wiecej!!!









    • a.erie Re: Wakacyjna opowiesc Erie 27.07.04, 18:18
      14 czerwca 2004-07-22

      Ambitne plany mamy na dzisiejszy dzien. Z Chicago dojechac do Fargo w North
      Dakota.
      650 mil to kawal drogi.
      Oby wydostac się z Chicago, które przypomina jedno wielkie mrowisko z
      poruszającymi się w nim żółwiami ! (Mrowisko ze wglądu na ilość aut, zolwie,
      bo szybkość. )
      Nasze obawy przeradzaja się w rzeczywistość. Wyjazd z miasta zajmuje nam około
      2 godzin i czujemy ogromna ulge, gdy wreszcie auto nabiera rozpedu.
      Nie chciałabym mieszkac w Chicago.
      Na mojej wsi wiem, ze gdy T. zadzwoni, ze wyruszyl z pracy do domu - ja
      nastawiam ziemniaki na gaz. I wiem, ze gdy wejdzie do domu, to te ziemniaki
      będą w sam raz. A tutaj? Obled! Musiałby jesc zawsze podsmażane 

      .
      Wjeżdżamy na rest area i zmieniamy się za kolkiem. Teraz ja prowadze.
      Pamiętam po przyjezdzie do USA doprowadzałam do pasji mojego T., gdy
      przedstawiałam mu wyższość auta z mechaniczna skrzynia biegow nad tutejszymi
      automatycznymi standardami. Ilez było sprzeczek na ten temat!
      A teraz? Teraz wiem, ze automat to naprawde super sprawa, chociaż glosno nie
      przyznam się do tego nigdy. Kobieca przekora.

      Krajobraz monotonny, gdzieniegdzie pokazuje się farma z charakterystycznymi
      silosami,
      Przejeżdżamy obok typowych amerykańskich miasteczek, ogromnych shoping centers.
      Do takiej jazdy w nieskończoność można przywyknąć. Odległości bowiem wpisane
      są każdego zycie każdego Amerykanina.
      Bawimy się wiec w zgadywanki, szarady, rozdzieramy się śpiewając jakies
      ojdanadajki.
      Wspominamy poprzednie wyjazdy i planujemy nastepne podroze smile.
      Odczytujemy nazwy miejscowości, rzek, i bawimy się w polskie tłumaczenia.
      Wyglada to tak:
      Miejscowość – CHEEPEEWA , to nic innego jak TRZY PIWA smile
      I tak dalej …
      Zamknieci w małym blaszanym pudelku na kolkach jesteśmy skazani tylko na
      siebie. Na godziny siebie, na dni siebie… Ciesze się, ze potrafimy nie nudzic
      się ze soba. Ze miedzy nami panuje harmonia i porozumienie. Ze potrafimy być
      razem.
      W Wisconsin zauważamy pierwsza skalke – teren plaski i ta skalka , mamy
      nadzieje, ze wnet krajobraz się zmieni, ze będzie urokliwiej i ciekawiej, ale
      nic z tego. Jedna jaskolka wiosny nie czyni.
      Poznym popołudniem zbliżamy się do wyznaczonego celu. Fargo.
      Szukamy motelu. Na motel mamy swoja cene. Zawsze. Nie chcemy przekroczyc 50
      dolarow, wychodząc z zalozenia, ze jak zamknie się oczy, to nie widac za ile
      dolarow się spi . I zasade łamiemy , bo motele które odwiedzamy to obraz nedzy
      i rozpaczy. Wyobrazcie sobie, podjeżdżamy pod motel, wokół pelno walających się
      butelek, smieci. Chcemy odjechac, ale zastawia nam droge Murzyn , ogromny, z
      dwa metry wzrostu, w spodenkach z krokiem wiszącym w okolicach kolan,
      wyhaftowany tatuażami i zaczyna nam klarowac , ze jest ok., ze cena ok., i ze
      wszystko ok…
      T. wymysla, ze owszem, przyjedziemy, tylko jedziemy po przyjaciol i wtedy
      dopiero olbrzym robi nam wolna droge.
      Odpuszczamy sobie szukanie i jedziemy do jednego z moteli AAA. Tam wnosimy
      bagaze, szmuglujemy nasz elektryczny czajnik i robimy sobie kolacje . A na
      kolacje polskie zupki z serii Goracy Kubek. Najlepsze .
      Po kapieli klade się na chwileczke tylko i … budze się rano .
      • iwonax Re: Wakacyjna opowiesc Erie 27.07.04, 19:04
        Bardzo podobają mi się twoje teksty, to jak piszesz i o czym piszesz!
        Chętnie wpadnę tu z kawką i papieroskiem. Dzięki twoim opisom, tak jak bym tam
        była. A czy "polonusi" tak szybko się zmieniają i są tacy koszmarni. Mam
        nadzieję jednak, że nie wszyscy, bo już za nich czerwienieją mi uszy ze wstydu!
        Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy.
    • a.erie Re: Wakacyjna opowiesc Erie 27.07.04, 21:11
      15 czerwca 2002

      Pobudka przebiegla bezbolesnie. Odswiezona i calkiem wypoczeta ciagne swojego
      T. na sniadanie. Wreszcie jest w cenie motelu, wiec dlaczego nie?
      Sama nazwa zreszta - „sniadanie kontynentalne”- sugeruje , ze będzie cos
      europejskiego.
      No wiecie, stary kontynent, smaczne chrupiące buleczki, maselko, dzemik,
      odrobina szyneczki, zolty serek… Mniammniasne. Już mi cieknie slinka!
      Przyznam, ze nigdy nie bylam na takim sniadaniu tutaj, zawsze zjadamy wlasne
      zapasy, ale dzisiaj nie popuściłam i schodzimy.
      Kilka stoliczkow, duzy termos z kawa lura , a na tackach poukładane słodkie
      ciastka „nibydrozdzowe” pooblewane lukrem, polane czekoladowa polewa i obsypane
      miniaturowymi kolorowymi cukierkami. I nic wiecej … bleeeeeeeee, mdlo mi się
      robi na sam widok, wypadam stamtąd jak z procy, a T. ma temat do nabijania się
      ze mnie i swoje: A nie mowilem? Mezowi trzeba wierzyc…itp. blablabla”.
      Puszczam te uwagio mimo uszu, przygotowuje nam sniadanie w pokoju i zwijamy
      majdan. Pora w droge!
      Wielkie tablice informuja, ze w tym miasteczku jest muzeum „Bonanzaville”,
      stary, dziki zachod, wiec dojeżdżamy na miejsce.
      Za druciana siatka kilka staych chalup, bryczka... trzeba czekac do 10.oo na
      otwarcie, wiec darujemy sobie te atrakcje, bo już przez oczka siatki widac, ze
      reklama przewyzsza jakość tego muzeum.
      Z naszych poprzednich wędrówek pamiętamy urocze miasteczko Deadwood, żywcem
      wyjęte z westernow i tętniące zyciem oraz „1880 Town” (to nazwa miasteczka)
      zbudowana gdzies na preriach South Dakoty przez ekipe filmowa. Tam krecono
      niektóre sceny „ Tańczącego z wilkami”.

      Rzucamy okiem na licznik. Jesteśmy 1000 mil od domu, w North Dakota. W ciągnące
      się poza horyzont prerie wkradla się cywilizacja.
      Gdzieniegdzie wieze przekaznikowe, smieszne wieze ciśnień, które mój T. uparcie
      nazywa lewatywami.
      I nieodłączne latem na amerykańskich drogach i autostradach roboty drogowe.
      Organizacja tych robot ciagle mnie zadziwia.
      Najpierw , coby jak najmniej utrudniac ruch na drodze kladzie się asfalt na
      pobocze i robi dodatkowa linie, a dopiero potem zaczyna remont jednego pasa.
      Albo zamyka się czesc i przerzuca ruch na „druga strone” autostrady, robiąc z
      niej droge dwukierunkowa.
      Tempo tych prac jest naprawde szybkie. Przykładem niech będzie remont chyba 10
      milowego odcinka drogi niedaleko lotniska w Cleveland, gdzie jezdze na grzybki.
      W zeszłym roku w sierpniu zamknięto mi droge, zrobiono objazd i napisano, ze
      moja droga będzie zamknieta az do 15 wrzesnia (pamiętam, bo to moje urodzinysmile )
      I naprawde 15 wrzesnia droga była wyremontowana i otwarta. Wyremontowana to
      malo! Z drogi dwukierunkowej zrobiono piekna dwupasmowke.

      CD. jutro, bo maz dzwoni, ze wraca z pracy smile
Pełna wersja