dado11 14.10.05, 00:31 Dostosowując się do prośby, i aby dzisiajek nie wydłużać... Najpierw skopiuję dwa pierwsze fragmenty i potem dołożę następne. Miłej lektury D. Odpowiedz Link czytaj wygodnie posty
dado11 Re: Toskania..urocza...piękna... już tęsknię:) 14.10.05, 00:34 Część 1 Toskania, pierwsza odsłona... Noooo... to chyba zaczynam moją opowieść o spełnionym marzeniu... o Toskanii... o ktorej śniłam, czytałam, myslałam prawie dwa lata. W głowie miałam gotowe, przesłodzone kadry, będące zapewne konglomeratem figli wyobraźni, fotografii z książek, filmów i przyznam, że nawet troszkę bałam się zderzenia z rzeczywistością. Ale właśnie ten sen miał przybrać realne kształty; za jakieś 2000 km, które mieliśmy przejechać samochodem. Spakowani, wyspani i wykąpani wsiedliśmy do samochodu i drogę. Przez Polskę jechało się całkiem nieźle, bez korków; pyszny obiad przed Chyżnem w Spytkowicach (www.karczmarusnakowka.com - naprawdę polecam: miła obsługa, pyszne i niedrogie jedzonko) dodał nam sił i humoru, ale po wjeździe na Słowację okazało się, że nie wygląda to już tak różowo Co chwila roboty drogowe, dziury, i inne zawalidrogi, wąskie zatłoczone drogi bez poboczy, podróż zaczęła się wydłużać ponad plan. Na dodatek stała się rzecz niezwykła - zabrakło w całej Słowacji winiet na przejazd autostradami! Na trzeciej z rzędu stacji w końcu powiedziano nam, że policja wie i nie sprawdza!!! Ufff.... Na ostatnich nogach dowlekliśmy się pod Wiedeń i tam padliśmy owinięci w koce w samochodzie. Nikt nawet nie próbował szukać jakiegoś motelu, marzyliśmy tylko o zamknięciu oczu i wyłączeniu burczącego silnika... Rano, zmarznięci i połamani (było tylko 6st.), przywitaliśmy zimny poranek przy autostradzie, wykupiliśmy po 50c mycie zębów na stacji benzynowej u dwóch najdziwniejszych dziadków klozetowych, jakich mi się zdarzyło oglądać (chyba bracia, ok. 60tki, w białych lekarskich kitlach, nieustannie biegający ze ściereczkami i pachnidełkami) i ruszyliśmy dalej... Piękne widoki na trasie do Grazu-Klagenfurtu-Villach pozwalały zapomnieć na chwilę o ciągnących się kilometrami robotach drogowych, gdzie nawierzchnie pocięte na wąwozy betonowymi blokami, sprawiały wrażenie rynien. Mimo wszystko mieliśmy niezły czas, więc pełni optymizmu wjechaliśmy do słonecznej Italii... Po włoskiej stronie Alpy wyglądały przepięknie, pędziliśmy na przemian wiszącymi nad dolinami mostami i tunelami, perfekcyjnie wydłubanymi we wnętrzach gór. Opłaty za przejazd dość słone, ale porównując do opłaty za nasz nędzny kawałek autostrady w ojczyźnie, nie wydały się zbyt wygórowane. Do Florencji dotarliśmy więc gładko ok. 17 i wydawało się, że jesteśmy tuż... Ale... nieścisłość w opisie trasy podanym przez naszego operatora, fakt że w okolicy Pisy występują dwie miejscowości o tej samej nazwie, no i zmęczenie spowodowały, że zjechaliśmy z autostrady w niewłaściwym miejscu, a próbując zawrócić zapadliśmy się w małe, nieistniejące na naszej mapie miasteczka. Opisy dróg nijak się miały do stanu rzeczywistego, zapadał zmrok, wiedzieliśmy już, że nie zdążymy przed 19 (moment zamknięcia biura) i może się to skończyć pocałowaniem klamki (a tak gwoli ścisłści, była sobota wieczór!). Rozpaczliwy telefon do naszej Fattorii dał nam oddech, bo wiedzieliśmy już, że zaczekają. Ale droga przez trudne do zlokalizowania wioski, kręte, wąskie i kiepsko oznakowane drożyny, zmęczenie (po ciężkiej, źle przespanej nocy, byliśmy już w drodze 12 godzin), noc doprowadzały nas na skraj histerii. Gdy w końcu, po czterech nadprogramowych godzinach krążenia po bezdrożach, z odcinkiem specjalnym z karkołomnymi serpentynami na finiszu, zobaczyliśmy wytęsknioną nazwę naszej miejscowości, prawie nie mogliśmy uwierzyć... Na koniec długi kamienny mur, stromy zjazd tajemniczą w światłach reflektorów cyprysową aleją, uśmiechnięta, pulchna włoszka wręczyła nam klucze i poprowadziła do naszego domku. Ciemności nie pozwoliły wiele zobaczyć, ale koncert na świerszcze i cykady w zaroślach, słodki, wysycony zapach powietrza i cichy szum wody w basenie ukoiły nasze sterane nerwy. Padliśmy jak kawki, tym bardziej, że dwa kieliszki miejscowego wina smakowały jak ambrozja. Niedziela 25.09.05 Szczelnie zamknięte okiennice nie wpuściły dnia do sypialni, więc wyspaliśmy się do syta i... Artur wstał pierwszy, otworzył drewniane drzwi i zaczął wołać , bym szybko przyszła. Naszym oczom ukazał się widok zatykający dech w piersiach... Nasz domek usytuowany na zboczu góry obrośniętej piniowym lasem powyżej, cyprysami i winnicami poniżej, z widokiem na rozległą dolinę, z basenem o błękitnym dnie o kilka kroków, wokół stare murki podtrzymujące zbocza, obsiane pachnącymi krzewami i ziołami. Słońce powoli nagrzewało kryształowo rześkie powietrze, wydobywając z chaszczy stada zwinnych jaszczurek spragnionych ciepła. Staliśmy przez chwilę z niedowierzaniem, nawet jakaś niekontrolowana łza zachwytu zakręciła się niepostrzeżenie pod powieką.... Było po prostu bosko))) cdn... Odpowiedz Link
dado11 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.2 14.10.05, 00:39 Toskania cd. Robiło się coraz cieplej, cicho szemrzący basen wabił, a tu jak spod ziemi wyrósł nieoczekiwany gość. Zapowiedział się głośnym kichaniem i przychaniem. Po chwili z zarośli dostojnym, ale czujnym krokiem przymaszerowała mała kotka, z jednym okiem pokrytym bielmem i brakiem połowy nosa. Nie była z cała pewnością uosobieniem kociej urody, ale wyraźnie obyta w salonach, pognała pod drzwi lodówki i nieznoszącym sprzeciwu ocieraniem się o nogi zażądała jeść... Generalnie jestem odporna na kocie wdzięki, ale sprytne kocisko odstawiło teatrzyk pod tytułem ?Och, jak mnie życie doświadczyło...? i mimo silnego postanowienia, że nie ulegnę, uległam. Mała cwaniara dostała mleko i trochę szynki z polskich zapasów, no i oczywiście została ?naszym, kochającym ten dom zwierzątkiem?. Nota bene, po kilku dniach musieliśmy sobie z futrzastym nachałem pogadać i ustalić granice rozsądku Po tygodniu Panna futrzasta grzecznie czekała na mleczko na progu, nie wchodząc do domu. Wracając do basenu... kąpiel w stosunkowo zimnej wodzie (brrrr...no góra z 18 st.) spowodowała skręt kiszek, więc śniadanie, zaimprowizowane z zapasów, na tarasie z widokiem, smakowało przepysznie. Lekki, powoli nagrzewający się wiatr przynosił zapachy pinii, ziół, nagrzanej wilgotnej ziemi, ale też nieodległego morza, które oświetlone porannym słońcem połyskiwało z oddali. Po południu czekała nas jazda po naszych przyjaciół, których mieliśmy odebrać z lotniska w Bolonii, więc postanowiliśmy najpierw poznać nasze miasteczko. Montecatini val di Cecina, osadzone na szczycie wzgórza, prześliczne, malutkie, z jedną wieżą, otoczone murami, przesiąknięte słońcem i zapachem otaczających wzgórze urodzajnych ogrodów. Pokonywaliśmy kolejne schody i strome uliczki z zachwytem prawie; nieliczni mieszkańcy uśmiechali się do nas z sympatią, słonce przygrzewało coraz śmielej. W pewnym momencie dotarliśmy do skraju murów obronnych, wzdłuż których prowadziła ścieżka obsadzona trochę zdziczałymi figowcami. Staliśmy jakiś czas, bo naszym oczom ukazał się widok niesamowity: jak na dłoni rozległa dolina, z zaoranymi pagórkami, szeroko rozsianymi pojedynczymi domostwami, wszystko spowite lekką, siwą mgłą unoszącej się parnej wilgoci. Poszliśmy ścieżką zbierając i zrywając dojrzałe figi, palce nam się kleiły, a oczy śmiały, trudy podróży poszły w niepamięć. Dotarliśmy do zawieszonego nad urwiskiem starego cmentarza, już nieużywanego, a wokół starych murów ogródek z rzeźbami, wielkimi agawami, i drzewami brzoskwiniowymi. Dwa kroki dalej na skrawku wygospodarowanego tarasu kolekcja kaktusów, wspaniała, między doniczkami wszędobylskie jaszczurki, poza tym cisza i cudowny spokój. Wracaliśmy do samochodu zostawionego na głównym placu wąskimi uliczkami, przez malutkie okienka w średniowiecznych murach słychać już było krzątaninę pań domu, szykujących aromatyczne sosy do kluseczek, które mogliśmy na razie sobie tylko wyobrazić... Do Bolonii dotarliśmy z dwugodzinnym zapasem (no, ma się rozumieć po doświadczeniach dnia poprzedniego, byliśmy jak stare wygi, który spożytkowaliśmy na nieco pobieżny ogląd miasta. Nigdzie oczywiście nic zjeść porządnego, bo szanujące się włoskie knajpy, w porze ogólnie uznawanej za obiadową (15-18) są zamknięte! Mają sjestę! Nawet jak już zupełnie nie jest gorąco! Podpatrzyliśmy więc gdzie największy tłumek konsumentów i zjedliśmy coś co rozgadany, wielki chłop nazywał pizzą, ale bardziej przypominało placek z ciasta jak na pączki, niemożebnie tłustego, z prosciutto i serem. No, pyszne toto nie było, ale przynajmniej niedrogie. Bolonia jest dosyć niezwykłym miastem, nawet chyba dość wyjątkowym jak na Włochy. Całe stare miasto, dosyć rozległe, jest zabudowane dużymi kolorowymi kamienicami z ciągnącymi się na parterach arkadami, osłaniającymi przechodniów przed promieniami słońca czy deszczem. Jedynie na skrzyżowaniach ulic wychodzi się pod gołe niebo. Oczywiście w arkadach sklepiki, knajpki, banki i co kto chce. Ale że sjesta, więc wszystko zamknięte. Zaskoczeniem był dla nas licznie zgromadzony na głównym placu - Piazza del Nettuno tłum mieszkańców miasta, którzy najwyraźnie tam akurat wpadli na pogaduchy. Przekrzykujące się grupki młodych i starych, okupowane do ostatniego miejsca kafejki, jakaś kapela grająca muzykę z epoki baroku - niesamowity koloryt, hałas i ścisk. Mijając grupkę staruszków obwieszonych orderami wychwyciliśmy nazwisko Wałęsy i gen. Jaruzelskiego. Przystaneliśmy by się przysłuchać, ale dyskusja była tak żywa, że niewprawione ucho nic nie pojmowało O ósmej nasi przyjaciele z małą Heleną (rok i 8 miesięcy), szczęśliwie wylądowali, zapakowaliśmy się do samochodu i po 2 godzinach rozkoszowaliśmy się koncertem na tysiąc świerszczy na tarasie pod gwiazdami, z nieodłączną lampką wińska w dłoni Poniedziałek 26.09.05 Wyspaliśmy się połowicznie, okazało się, że nasz domek ma mocno akustyczne stropy (czyli niczym nie wygłuszone, cienkie deseczki), więc wstaliśmy wraz z Helą, nooo... wcześnie Małe śniadanko, głównie kupione w Bolonii u Hindusa (tylko oni tam pracują w sjestę) pomidory z mozarellą, kąpiel w basenie, woda jakby ciut cieplejsza, a potem znów do naszego miasteczka, na oglądanie i zakupy. No może zakupy, to zbyt zamaszyste określenie. W miasteczku tylko jeden sklepik typu Coop, a w nim warzywa, wiecznie twardy, mimo że świeży, kompletnie niesłony chleb, prosciutto cotto (zwykła szynka), prosciutto crudo (suszona), salami, salceson (okropny), mozarella, i pyszne sery typu pecorino i parmigiani, a także wina, przeróżne: tanie i drogie, pyszne i beznadziejne, jak się później przekonaliśmy, nie zawsze cena miała się jakoś do jakości... No i też nieznanego przeznaczenia i składu, różnorakie kolorowe kule, pływające najpewniej w oliwie, chyba... Moja znajomość włoskiego nie wystarczała na dopytanie. Za to atmosfera wprost z Feliniego, stare, pulchne, ubrane skromnie na czarno mammy, rozgadane do nieprzytomności, znające się wszystkie od dziecka, traktujące sklepik jak forum, wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą, wesoło się pozdrawiają i gremialnie żegnają, no coś pięknego. Po kupieniu najpotrzebniejszych artykułów, poszliśmy znów w miasteczko. Kolejne odkrywane zakątki odsłaniały uroki życia w tym niezwykłym miejscu. Pod torre (wieżą) znaleźliśmy całe poletka krokusów! pod koniec września, ale to chyba jakaś jesienna odmiana, nieco masywniejsze od naszych i wyłącznie żółte. Każdy wystający kamień w murach domów przystrojony jakąś doniczuszką z kwiatkiem, wszędzie skrzynki z pelargoniami albo ziołami, starannie wypolerowane klamki, gałki, kołatki w drzwiach pamiętających czasy Napoleona. Wracając natrafiliśmy na rzecz niezwykłą: ze starego muru ograniczającego uliczkę, spośród kamieni wyrastały dorodne grzyby przypominające maślaki. Nazbieraliśmy oczywiście do torebki znalezionej w wózku Helenki, ale potem jakoś nie było chętnych do obierania, tym bardziej że po południu dotarła reszta naszej grupy i tradycyjnie skończyliśmy dzień upojnym wieczorem pod gwiazdami... cdn. Odpowiedz Link
dado11 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.3 14.10.05, 00:42 Wtorek 27.09.05 Ponieważ już wszyscy byliśmy na miejscu, tzn. ośmioro dorosłych i Helena, poprzedniego wieczoru poczyniliśmy wstępne plany na następne dni. Helena, jak przystało na malucha, oczywiście smacznie spała. Wino rozgrzało atmosferę więc i plany dość rozległe, już rankiem uległy weryfikacji. Na pierwszy etap wyznaczyliśmy San Gimignano, określane w przewodnikach mianem perły północnej Toskanii. Rankiem, gdy wszyscy już wywietrzyli głowy po upojnym wieczorze, zjedliśmy wspólnie śniadanie na tarasie, prawie jak liczna włoska rodzina, potem szybka kąpiel w basenie (brrrr...), niektórzy już tylko zamoczyli duży palec od nogi (hi, hi) i w drogę. Odległość od naszego lokum w kilometrach nieduża, ale krętość dróg, ciągle góra-dół, wydłużyla podróż do półtorej godziny. No i oczywiście nie omieszkaliśmy zgubić się troszkę, bo nie w tę drogę udało nam się skręcić. Za to doznania estetyczne przy oglądaniu krajobrazów wynagradzały z nawiązką wszelkie niewygody. Mijaliśmy rozświetlone słońcem pagórki, z rzadka obrośnięte kępami drzew i szpalerami strzelistych cyprysów, za którymi kryły się stare, piękne domy i wille, pamiętające czasy króla Ćwieczka. Równe szpalery krzewów winorośli rozpięte na tyczkach i linach, na wielu jeszcze nabrzmiałe ciepłem fioletowe grona, gdzieniegdzie gaje oliwne, gdzie stalowo-srebrne, przysadziste drzewka odbijały się barwą od soczysto zielonej trawy pod nimi, nad nami błękitne niebo i nieliczne, kształtne chmury. Dojeżdżaliśmy do San Gimignano w zagęszczającym się szpalerze samochodów, ale uprzedzeni o konieczności czujnego szukania miejca do zaparkowania, dosyć zgrabnie umieściliśmy samochody prawie przy samych murach starówki. Na marginesie, przewodnik wydany przez GW okazał się skarbnicą praktycznych rad i pomysłów, no i ukazał się w najbardziej sensownym momencie Skrzyknęliśmy się pod głowną bramą do miasta i w nieprzebranym tłumie głodnych wrażeń turystów weszliśmy przez bramę w imponujących murach do wnętrzatwierdzy prawie. Wąska, główna ulica na full wypchana gawiedzią nie zachęcała do dalszych wysiłków Ale skoro już tu byliśmy... niezbyt elegancko, trochę łokciami, przedarliśmy się do wnętrza miasteczka, tam co raz to zadzieraliśmy głowy w podziwie dla kolejnych kamiennych konstrukcji wybujałych na znaczne wysokości, jedna przy drugiej imponujące kamienne wieże, mające upamiętnić rozmach i fantazję sponsorów. Ponoć w szczytowym okresie dobrobytu miasta było tych wież 72, ostało się tylko 14, ale i tak robiły wrażenie. Pierwszy zakup dokonany w sklepiku za rogiem (księgarni), to szczegółowa mapa Toskanii, absolutnie niezbędna do poruszania się po tym pięknym fragmencie świata. Starszy pan, który nam ją sprzedał, zeznał po chwili miłej rozmowy, że mieszka tu całe życie, a urodził się dwa piętra wyżej... Aż dziw, że żonaty był, przy takiej expansywności? W S. G. chyba najszersza oferta pamiątkowo-suvenirowa (jak się potem okazało), od pięknych skórzanych torebek, poprzez niezliczone odmiany figurek Pinnocchia, ozdobnie malowaną ceramikę do alabastrowych, kunsztownych rzeźb i drobiazgów. Gdy zeszliśmy z głównej ulicy, naszym oczom ukazały się nieprawdopodobnie piękne krajobrazy dookoła miasta, świetnie widoczne w słonecznych promieniach z wysokości (znacznej) okalających miasto murów. Czysta forma klasycznego krajobrazu Toskanii, a na dodatek w ciszy; zauki na podmurzu jakoś oparły się naporowi hałaśliwej tłuszczy Po małym lunchu, umknęliśmy do samochodów i w kierunku domu jeszcze jeden punkt programu - Volterra. To piękne, położone na wzgórzu, oczywiście warowne, miasteczko, z ogromnym zamkiem Medyceuszy na szczycie (obecnie pełni rolę więzienia) miało zupełnie inny charakter. Nieliczni turyści, ale głównie mieszkańcy, gwarne, zdecydowanie mniej zatłoczone, i naprawdę urocze. Przycupnęliśmy na głównej ulicy, w otwartej pizzerii, dostaliśmy całkiem przyzwoite jedzonko, popiliśmy cieniutkim Vino di Tavola i w końcu poczuliśmy się jak na wakacjach Obsługiwała nas niezwykle oryginalna kelnerka, wielbicielka piercingu, z połową głowy wystrzyżoną na jeża-blond, i połową z postrzępionymi, długimi, rudymi kosmykami, ale przemiła Gdy wracaliśmy karkołomnymi schodami wzdłuż murów do samochodu, zapadał zmierzch, zapalono oświetlenie zamku, a wokół miasta, na sąsiednich wzgórzach, w ostatnich promieniach zachodzącego słońca majaczyły strzeliste cyprysy, jak wyprężeni gwardziści, strzeżący starych willi i pałacyków. Wyjeżdżając z miasta trafiliśmy na dobrze zaopatrzony, duży Coop, a to oznaczało pyszną kolację z prosciutto, serami, winogronami i kilkoma gatunkami win Już powoli zaczynałam rozumieć znaczenie włoskiego ?dolce vita?... No i chłodna kąpiel w basenie po kolacji... marzenie Środa 28.09.05 Stała się rzecz niezwykła: od rana lało, zrobiło się chłodno, na moment wyszło zza chmur słońce, nasze wzgórze rozpachniało się aromatem tysiąca ziół. Napawałam się niezwykłymi obrazami i zapachami, szykowaliśmy już tradycyjnie wspólne śniadanie, Artur w międzyczasie pobiegł pomiędzy pinie powyżej domu i za chwilę wrócił z charakterystycznym dla zbieraczy błyskiem w oku... Z kieszeni i dłoni wystawały dorodne kapelusze grzybów, wyglądających mmm...apetycznie. Kto żyw, łapał jakieś torby w łapy i gnał na wskazane terytorium...., a tam, pole, jeden przy drugim, pięknych, złoto-brązowych grzybasów, na starej, nieużywanej drodze do fattorii. I tu dylemat - w planie droga do Vinci, Lucca, Montecatini Terme... nie będzie czasu by się grzybkami zająć, więc może lepiej zostawić...ale żal...no ale jednak...Trudno. Poletko smakołyków trzeba było zostawić, tym bardziej że pogoda taka sobie...Zatem w drogę, poznawać kolejne miejsca urodą i historią słynące Odpowiedz Link
jutka1 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.3 14.10.05, 08:05 Ech, Dado... Rozmarzylam sie )) Czekam na wiecej! Odpowiedz Link
mammaja Re: Toskania..urocza...piękna... cz.3 14.10.05, 19:34 Popodrozowalam z tobą Dado, czuje sie jak bym tam byla! (ale jednak nie calkiem ) Odpowiedz Link
dado11 Re: Toskania..urocza...piękna... już tęsknię:) 14.10.05, 01:07 Tak przy okazji, nieskromnie wspomnę, że na bierząco staram się wklejać w albumie fotki będące ilustracjami do opowiastek o Toskanii. D Odpowiedz Link
skynews Re: Toskania..urocza...piękna... już tęsknię:) 14.10.05, 01:35 Dado, dzeki za super-reportaz Przeczytalem wszystko! Niestety, przez Toskanie przemknalem jak burza spieszac do Livorno na prom na Korsyke a w drodze powrotnej wyladowalem w Genuii. Nastepnym razem trzeba bedzie inaczej to wszystko zaplanowac - warto, Twoj opis swiadczy o tym. Odpowiedz Link
antyproton Re: Toskania..urocza...piękna... już tęsknię:) 16.10.05, 10:37 Ech , Kapuscinski by lepiej nie opisal . Toskania uchodzi za kolebke jezyka wloskiego , dialekt toscanski uznawany jest za czysty wloski . Znajac wloski mozna zachwycac sie niezwykla elokwentoscia toskanczykow. Charakterystyczna jest wymowa c (czyt. k) jako h np. casa (dom) toskanczyk wymawia haza . Do tego dochodzi niesamowite poczucie humoru , mezczyzni przescigaja sie w slownych zartach i docinkach. Przy czym pozbawione jest to zupelnie agresji i wulgarnosci . Oj jakby sie to w Polsce przydalo . To niesamowicie umila i ulatwia zycie ) Odpowiedz Link
dado11 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 18.10.05, 23:57 Dla tych, którzy zniosą moje pamiętnikowe zapiski Punkt pierwszy - Vinci, miasto rodzinne najsłynniejszego Leonarda, z muzeum utworzonym w średniowiecznych murach zamku, gdzie pieczołowicie zrekonstruowano, na podstawie opisów i rysunków mistrza, modele przeróżnych machin i rozwiązań technicznych. O skrzydłach, rowerze, czy pomyśle na helikopter słyszałam wcześniej, ale narty wodne, czy osprzęt dla płetwonurka? Poza tym okazało się, że mnóstwo pomysłów dotyczyło maszyn włókienniczych i budowlanych (głównie dosyć skomplikowane konstrukcje dźwigów). Niestety opisy przy poszczególnych modelach były wyłącznie po włosku i nie wszystko dało się zrozumieć, ale warto było obejrzeć. Samo miasteczko, malutkie, pięknie położone na wzgórzu, wśród winnic i gajów oliwnych. Słoneczko wyszło na dobre, zrobiło się bardzo ciepło, znaleźliśmy przytulną knajpkę a w niej przepyszne caprese (pomidory z mozzarellą, świeżą bazylią i oliwą), niezłe pasty, no i zasłużony odpoczynek. Ruszyliśmy dalej, do Montecatini Terme, ok. 30 km od Vinci, krętą, ładną drogą, mijaliśmy małe senne miasteczka, w jednym trafiliśmy na duży Coop, więc zakupy z głowy. Montecatini okazało się luksusowym kurortem, z zadbanymi pięknymi willami, gwarnymi uliczkami, pełnymi eleganckich sklepów, na wystawach same dobre marki, no i cen nie uświadczysz. Ogrody zdrojowe zadbane, piękne, i kuszące chłodną, świeżą zielenią, domy zdrojowe, termy i hotele przypominały raczej wytworne pałace... Skręciliśmy w jedną z głównych ulic w poszukiwaniu knajpki, po drodze minęliśmy schowany pod arkadami nieduży hotelik, za ladą siedział wypomadowany recepcjonista obwieszony złotymi łańcuchami, a na ladzie recepcji leżał rozpłaszczony, śmiertelnie znudzony biały pudel. Za moment w małym zaułku niezwykle oryginalny skłepik z zabawkami, z ogromnym pluszowym misiem siedzącym na chodniku. Na wystawach sklepów wyłącznie dobre marki: Prada, Dolce&Gabbana, Christian Dior, Cartier....itp. Zawrotu głowy można dostać. Przycupnęliśmy skromnie w kafejce na rogu bocznej uliczki, dostaliśmy przepyszne cappuccino, podglądając życie tego, nieco innego świata Z eleganckich samochodów wysiadali jeszcze bardziej eleganccy ludzie, facet wyglądający na ciut grubszego Elvisa krążył w te i we wte białym Rollsem, dwie długonogie blondynki o typowo słowiańskich rysach w towarzystwie przysadzistego bruneta wychodziły chichocząc obwieszone torbami od Diora...echhh. Ale czas już było wracać, droga powrotna równie krajobrazowa, całkiem nieoczekiwanie w malutkiej miejscowości Santa Maria, trafiliśmy na imponujący pałac, lekko podupadający, otoczony parkiem z cyprysową aleją, widok był niesamowity, tym bardziej że chowające się za pałacem zachodzące słońce sprawiło, że wyglądał niezwykle tajemniczo.Przez stare, kunsztownie kute ogrodzenie, wypatrzyliśmy jednak całkiem nowoczesny, zaparkowany na podjeździe...helikopter Wieczór, tym razem ciepły i rozgwieżdżony przegadaliśmy na tarasie. Czwartek 29.09.2005 To był dzień przeznaczony na lenistwo, opalanie nad basenem, ale chłopcy się skrzyknęli i pojechali w objazd okolicznych winnic, my zaś podreptałyśmy spacerkiem do miasteczka. Obiad miałyśmy ugotować w domu, więc drobne zakupy, partyjka Scrubble, a potem obiad, który potrwał do kolacji. Zadowoleni panowie przytaszczyli baterię win, dumni z siebie, bo niektóre były już ostatnimi egzemplarzami, ceny w winnicach od 4 do 20 euro za flachę, te droższe do zabrania do kraju, te tańsze do degustacji. A propos win, nasz sklepik oferował przepyszne Chianti, stołowe, w 1,5 l butli po ok. 5 euro, i nieco tańsze Vino di tavola, też dobre, za 3 euro. A początkowo myśleliśmy, że będzie to dziadostwo Do spaghetti z tuńczykiem smakowały wręcz wybornie. Piątek 30.09.2005 Piątek był zaplanowanym dniem zwiedzania, tym razem Pisa i Lucca. Dotarliśmy do Pisy ok. 12, mała Helena wyspała się w samochodzie, więc wszyscy w radosnych nastrojach. Znaleźliśmy niezłe miejsce do zaparkowania, chociaż nieco oddalone od centrum, ale piękna pogoda i błękitne niebo umilały spacer po gwarnych , zatłoczonych ulicach. Najwięcej hałasu robiły oczywiście, wszechobecne we Włoszech, skutery, na których niezwykle zręcznie przemieszczają się i młodzi i starzy, przepychając się najmniejszymi szparami w wąskich uliczkach. Parkingi specjalnie wyznaczone dla skuterów, są tak wypchane, setki pojazdów stoją jeden przy drugim, aż dziw, że właściciele są w stanie je odnaleźć Zatrzymaliśmy się na moście nad rzeką Arno, podziwiając panoramę miasta, a po kilku minutach dotarliśmy na Campo di Miracoli, na którym znajdują się atrakcje Pisy, z Krzywą Wieżą w roli głównej. Po wejściu na plac poczułam się jakbym dostała obuchem...niezliczone tłumy turystów, stłoczone w ścieżkach ograniczonych łańcuchami i metalowymi barierkami, jak małpy w klatce, wszędobylscy, obwieszeni podróbkami torebek i zegarków, natarczywi murzyni, hordy Japończyków z kamerami i aparatami, rozwrzeszczani Amerykanie. Chyba odwykłam od tłumu, czułam się tak przytłoczona, że nawet niezwykła uroda katedry, baptysterium i wieży, błyszczących białym marmurem na tle błękitu nieba, nie powstrzymała naszej rejterady. Nawet jeść nam się nie chciało. Szybkim marszem dotarliśmy do samochodów, a potem klucząc po zatłoczonych uliczkach usiłowaliśmy się wydostać w stronę Lukki. Część grupy wybrała opcję autostradą, a my chcąc popatrzec na widoki, bocznymi drogami. Gdy w końcu znaleźliśmy wyjazd, byliśmy zachwyceni, droga prowadziła przez wzgórza, otaczające Pisę od północy. Pisa położona w centrum zupełnie płaskiej doliny widoczna jak na dłoni, a pośrodku, jak białe skały widoczne z daleka dopiero co obejrzane atrakcje. Piękna droga ok. 20 km nie dłużyła się wcale, Lucca, też położona na płaskim terenie, otoczona wysokimi murami obronnymi, można do niej wjechać przez kilka potężnych bram. Samochody należało zostawić na jednym z licznych parkingów umiejscowionych wzdłuż murów i piechotą do centrum. Miasto ma niezwykły charakter, ścisła zabudowa, wysokie, piękne kamienice, na dno wąskich ulic prawie nigdy nie dociera słońce, co chwila jednak wychodziliśmy na kolejne place, rozświetlone i obsadzone starymi drzewami i placyki ozdobione a to starą studnią, a to kolumną na czyjąś cześć. Kiszki nam już marsza grały, grupa, która pojechała autostradą już siedziała w knajpie i po kilku wskazówkach trafiliśmy Do pizzerii ?Antica Drogheria? (Via Elisa5/7) założonej w 1895 roku, wchodzi się przez sklep urządzony w stylu złotej dekadencji; wysokie na 4 m kunsztownie rzeźbione regały z niezliczoną ilością odmian słodyczy, potem wąskie przejście na zaplecze i przestronna, urządzona w stylu rustykalnym sala, ogromny piec na drewno i po prostu pyszne jedzenie. Ceny umiarkowane, ogromny calzone z szynką, grzybami, serem ok. 6 euro, sałatka z mozzarellą 4,5. Po sutym posiłku spacer ulicami miasta, niestety miejscowy targ, pod piękną katedrą był zamknięty, natomiast niezliczone małe sklepiki, o dziwo otwarte od 16, oferowały ogromny wybór drobiazgów i lokalnych przysmaków. Sklepiki z makaronami budziły mój niekłamany zachwyt: tyle fantazyjnych kształtów, kolorów, przepięknie opakowane, ale teź niezliczone dodatki do past: zioła, sosy, oliwy, suszone i marynowane w oliwie warzywa...hmmm...fantazja Przed powrotem do domu siedliśmy na kawę przy rynku i wtedy, spiesząc gdzieś (na piechotę) w towarzystwie osób duchownych różnych wyznań, minęła nas pani premier Suchocka. Pomachaliśmy do niej, ale chyba nie zwróciła na nas uwagi. Żal było opuszczać to miasto, o tak przyjaznej atmosferze i nieodpartym uroku, ale zbliżający się zachód wołał do domu, po drodze trafiliśmy na stary akwedukt doprowadzający wodę do miasta, mijaliśmy wyjątkowo zadbane ogrody z palmami, no i cyprysy, cyprysy, cyprysy... cdn. Odpowiedz Link
skynews Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 19.10.05, 00:11 Fascynujacy opis Dado)) Zaczytalem sie i jakbym czul zapach tych cyprysow Tez lubie poludnie Europy jesienia - mniejsze tlumy, mniej turystow, szkody tylko ze slonce tak szybko znika za horyzontem o tej porze roku, mozna by tyle jeszcze zobaczyc. Odpowiedz Link
jutka1 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 19.10.05, 08:23 Czekam na wiecej Mrumrumru Odpowiedz Link
mammaja Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 19.10.05, 15:10 Dado, czyta sie z rozkosza, wracaja wspomnienia, pisz i pisz! Odpowiedz Link
mantra1 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 19.10.05, 17:20 Dusza mi skowycze z tesknoty, gdy czytam Twoj reportaz. Toskania to jeden z lepszych kawalkow mojego zycia, mlodosci. Czekam na Siene, chociaz wiem, ze juz wtedy calkiem sie rozkleje. Dzieki, Dado. Odpowiedz Link
antyproton Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 19.10.05, 21:21 Hehe Mantra , a z ktorej kontrady bylas ? Odpowiedz Link
antyproton Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 19.10.05, 23:15 No to juz ladnych pare lat dajecie sie przekupic ) W tym roku wygral bruco i torre . Odpowiedz Link
skynews Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 19.10.05, 23:36 "Charakterystyczna jest wymowa c (czyt. k) jako h np. casa (dom) toskanczyk wymawia haza ." Anty, zapytam cosik: a czy oni "h" w ogole wymawiaja bo mi sie wydawalo ze slyszalem "aaza" ? Odpowiedz Link
mantra1 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 19.10.05, 23:49 Wymawiaja, ale na przydechu, troche jak przedwojenni polscy aktorzy "samo ha". Brzmi to mniej wiecej tak: "hoha-hola hon la hannucia e un poho di harne". Dla Polaka nasladowanie toskanskiej wymowy to nic trudnego, my to "h" mamy w genach, mniej, czy bardziej "przydechniete", gorzej dla dla pozostalych tambylcow, dla ktorych gloska "h" jest absolutnie niema. Anty, znasz kawal o byku z Florencji? ) Odpowiedz Link
skynews Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 08:34 Mantra, dziekuje za wyjasnienie Odpowiedz Link
mantra1 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 09:17 Dobra, to ja zapodaje kawal, a Ty przetlumacz pointe, bo ja sie nie podejmuje ) Pewien dzielny byk z Florencji zostal wyslany na corride do Barcelony. Zaczyna sie walka, byk zostaje wypuszczony na arene, publicznosc szaleje. Torreador prezy sie przed nim i zagrzewa go do boju tradycyjnym okrzykiem: "HAHA, TORO !" Na to byk zniesmaczony: "Haha tu, he io ho hà hahato!" )) Odpowiedz Link
skynews Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 09:40 ...jak wpisalem w wyszukiwarce okrzyk byka z Florencji to byly dwie odpowiedzi: ... e il marinaio spiegò le vele al vento, ma il vento non le capì Czy o to chodzi ? Odpowiedz Link
mantra1 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 09:48 Niezupelnie Chodzi o to, ze byk zrozumial okrzyk hiszpanskiego torrero po swojemu, czyli po toskansku. Trzeba pozamieniac "h" na "c"/k/ i wyjdzie po wlosku. A dalej niech sie Anty meczy, bo ja sie wstydze ) Odpowiedz Link
skynews Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 09:58 )) no powiedz, nie wsydz sie bo Anty sie gdzies zapodzial. ...chyba nie zrobil kupy na arenie zamiast walczyc (byk) Odpowiedz Link
mantra1 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 10:04 Nie, nie zrobil, ale jestes na dobrym tropie )) Odpowiedz Link
antyproton Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 12:07 He he he . Radzilbym sky'owi nie wytezac za bardzo wechu na tym tropie ) Co ciekawe w toscani wymawia sie h jezeli po c jest samogloska , natomiast c ze wspolgolska np. che , chiesa itp. wymawia sie normalnie 'kieza' . Roberto Begnini jest jednym z najwiekszych ekspertow i oredownikow toshanskiej wymowy . Mantro , jak odbierasz rai uno , dzis wieczorem o 21.00 daja dlugo oczekiwany i reklamowany program z Adriano Celentano . Jest to wydazenie kulturowe , spoleczne i polityczne we Wloszech. Odpowiedz Link
fedorczyk4 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 12:24 Anty, bardzo go lubiłam dawno, dawno temu, kiedy jeszcze w Polsce był popularny, później widziałam go w kilku filmach. Od wielu lat cisza. Rozumiem że jest to wydarzenie medialne i kulturalne, ale dlaczego polityczne? Wybacz mi niewiedzę, ale nie znam włoskiej sceny politycznej. Odpowiedz Link
antyproton Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 14:11 Od wielu lat Celentano zwiazany jest ogolnie mozna powiedziec z postawa lewicowa i zielonymi.Napisalem z postawa a nie z partiami bo czsto padaja ostre slowa krytyki z jego ust pod adresem politykow. Np. parenascie lat temu zostal usuniety z rai za wypowiedzenie zdecydowanego poparcia dla zaprzestania polowan w przeddzien referendum w tej sprawie. A w tych czasach bylo to naruszenie niepisanej etykiety i narazenie sie poteznemu lobby lowieckiemu. Np. dzisiaj zaprosil do audycji bardzo popularnego dziennikarza i eurodeputowanego zwiazanego z lewica - Micchele Santoro - ktoremu zostal odebrany jego cotygodniowy program w TV i odmawia sie mu prawa do ukazywania sie na antenie na polecenie Berlusconiego , ktorego Santoro jest zagorzalym krytykiem. Odpowiedz Link
mantra1 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 14:23 Niestety, moja kablowka zabrala mi RAI-e, za do dala Katary i Dubaje ( Ale moze cos pokombinuje. 27 pazdziernika gosciem "Rockpolitik" ma byc sam Benigni i juz dyrektory Rai rwa sobie wlosy z glowy co to bedzie, jak znowu wykona swoj slynny show, robiac sobie jaja z Berluski i z Prodiego, tym razem przed publika panstwowej TV. Ogladaj koniecznie, Anty i zdawaj relacje, a najlepiej nagraj ) Odpowiedz Link
mammaja Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 20:55 A gdzie Toskania Dado????????? Odpowiedz Link
antyproton Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 22:22 Nie martw sie mammajo , my tak tylko dygresu jemy w oczekiwaniu na nastepne odcinki. Czekamy, czekamy ... Odpowiedz Link
skynews Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 21:54 )) pozamienialem zgodnie z instrukcja h na c: "Caca tu, ce io co cà cacato" wyszlo z tego Widac wloski podobny do polskiego: jeden nakakl na arene a drugi chyba w spodnie Odpowiedz Link
mantra1 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 20.10.05, 22:32 No coż, Antyproton sie miga, wiec to ja musze zakonczyc ten smierdzacy temat) Nie moge wszak pozwolic, zeby tyle skyowego trudu spelzlo na niczym. Otoz byles, Sky bardzo blisko, bowiem dialog torrero z bykiem brzmial mniej wiecej tak: "Haha toro!" - zakrzyknal po hiszpansku, co byk zrozumial po toskansku, a co po wlosku zabrzmialoby, jak slusznie wydedukowales "caca toro", czyli "sr.j byku!" Na co byk, ktory jak widac skorzystal przed corrida z toalety odpowiedzial (w tlumaczeniu na wloski): "Caca tu, che io ho già cacato", co z kolei w polskim przekladzie brzmi: "Sam sie wys..j, ja juz s...lem" I bardzo prosze, nie pytaj mnie, co oznaczaja te kropeczki ) Dado, bardzo Cie przepraszam, za obs..nie tego pieknego watku ) Odpowiedz Link
dado11 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 21.10.05, 00:21 Cześć kochani)) Popłakałam się ze śmiechu wyobrażając sobie tę lingwistyczną abstrakcję)) Serio Dzięki, że ożywiacie wątek, kiedy ja tkwię po uszy w robocie i nie mam kiedy kontynuowac moich górnolotnych opisów Ale obiecuję, że jutro się sprężę, przed weekendem. Dziś odsiedziałam przed koputrem 10 godzin z hakiem i już nie mogę, a jutro w planie 3 kobylaste opracowania do wysłania przed 17. Chyba wstanę o szóstce Pozdrawiam i dobrej nocy D. Odpowiedz Link
dado11 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.5 21.10.05, 21:18 No to wklejam cd czyli cz. 5 Sobota 1.10.2005 Jako że sobota, trzeba było zrobić zakupy na dwa dni, więc delegacja ruszyła do miasteczka. Nasz, już zaprzyjaźniony, sklepik, jak zwykle pełen plotkujących starszych pań, które nie omieszkały bez najmniejszego skrępowania zaglądać nam do koszyków, głośno komentując, oczywiście, ich zawartość. Moja gimnastyka językowa wzbudzała powszechną wesołość, ale nie pozbawioną sympatii. Zresztą wyglądało na to, że jesteśmy jedną z ostatnich grup turystów, a miejscowi już jakby trochę odetchnęli po sezonie. Po zakupach poszliśmy na kawkę w rynku, do jedynej czynnej kafejki (w sumie są dwa lokale, drugi jakby mniej wytworny w miasteczku. Było dosyć chłodno, ale zza kamiennych murów powoli wyglądało ostre słońce, siedzieliśmy na małym tarasie i mogliśmy popodglądać życie miasteczka. Poniżej tarasu, u wejścia do knajpki, siedzieli rządkiem wyżelowani panowie, przy winku lub kawie, bacznie śledzili każdy ruch na placyku wymieniając niespiesznie poglądy na trudne do ustalenia kwestie. Senną atmosferę przerwało pojawienie się na placu czarnego BMW, z dwoma dobrze umięśnionymi gentelmenami w środku (czyżby mafia?). Wyrażnie ożywione grono uważnie nastawiło uszu, gdy dwóch młodych szybko załatwiało interesy z przybyłymi. Niedbale oparty o framugę baru carabiniere w cywilu (namierzyliśmy go kilka dni wcześniej) zaprzestał żucia wykałaczki i śledził wszystko spod półprzymkniętych powiek. BMW odjechało, atmosfera szybko wróciła do poprzedniego stanu, w drzwiach tabaccerii stanął znudzony młodzian i od czasu do czasu pokrzykiwał coś do pozostałych. W blaszanym, trzykołowym pojeżdzie, niemożebnie hałaśliwym, obwieszonym misiami, zajechał na plac dziadek z psem wywieszonym do połowy przez uchyloną szybę. Kilka młodych mam krążyło w tę i spowrotem z wózkami, starsze dzieci krążyły między nimi wrzeszcząc w niebogłosy. Udzielił nam się nastrój i tacy trochę rozlaźli wróciliśmy do domu. A tu niespodzianka - zamknęli nam basen Pan, chyba zarządca, zaczepiony na tę okoliczność wytłumaczył: ?regolamento di Comuna Montecatini, primo ottobre finito? - zrozumieliśmy - administracyjny nakaz, i koniec dyskusji. Nieważne, że goście chętnie by popływali, nieważne, że piękna pogoda, przepisy i szlus! Na dodatek, zdjęte z basenu drabinki, niechlujnie oparte o murek, stały się zgrożeniem dla małej Heli. Gdy próbowała wspiąć się na nie, te runęły, ale szczęśliwie mały człowieczek zmieścił się między metalowymi szczeblami i skończyło się na paru siniakach i strachu, ufff.... Po obiadku, złożonym z przywiezionych z domu zawekowanych bitek (przed wyjazdem, nastraszeni ponoć niebotycznymi cenami...), pysznych klusek i michy sałaty, wsiedliśmy wszyscy do samochodów i pojechaliśmy do Volterry. Miasteczko właśnie budziło się do życia, na wąskie uliczki wyległy tłumy rozgadanej młodzieży, starsi panowie z kieliszkiem wina w ręku rozprawiali pod kafejkami i wejściami do swoich domów. Otworzyły się wszystkie sklepiki, zapadał zmrok, zapalone wszędzie lampki, latarenki, rozświetlone witryny, tworzyły atmosferę przytulną i ciepłą. Pomyszkowałyśmy z dziewczynami po przepastnych wnetrzach sklepów z torebkami, wyrobami z alabastru, biżuterią, wszedzie gwarny, barwny, przekrzykujący się tłumek, sympatyczni i nienatrętni sprzedawcy, bardzo miło. Swoją drogą do tej pory nie mogę odżałować, że pożałowałam sobie na piękną, alabastrową deskę do serów i niezwykle prostą w kształcie, ale ozdobną lampę z cienko szlifowanych płatków alabastru( Może jeszcze tam wrócę? Perspektywa powrotu do domu naszą koszmarną dróżką (12 km, wąska, bez oznakowań, serpentyna za serpentyną i roboty drogowe!!! wszystko naraz!) po zmierzchu, przyspieszyła odwrót, ale ponieważ to najbliższe od nas miasto, jeszcze tu wrócimy Wieczory coraz chłodniejsze, więc kolacja jeszcze na zewnątrz, ale już owinięci w koce.... Niedziela 02.10.05 Od rana pogoda nie wyglądała najlepiej. Chmurzyło się, przecierało, raz gorąco, raz zimno. W końcu każdy wziął jakieś ubranie na różne okoliczności i ruszyliśmy nad morze do Ceciny. Piękne portowe miasteczko, z niezbyt imponującą plażą, ale ładna zabudowa, bujne ogrody, oddzielone od brzegu i najsilniejszych podmuchów morskich szkwałów zwartym szpalerem pinii i nad podziw wyrośniętych oleandrów. Mimo to wiatr wzmagał na sile, pogoda psuła się z minuty na minutę. Usiedliśmy na chwilę w kafejce na deptaku, przeczekaliśmy pierwsze zacinające krople deszczu. Gdy się troszkę przetarło ruszyliśmy dalej wzdłuż brzegu, trafiliśmy na jarmark, z karuzelą w centrum, i ogromnymi budami na kółkach, gdzie królowała specjalność toskańska - ogromna pieczeń z mięsa wieprzowego (mocno związane płaty schabu i karówki, zdrowo przesypane ziołami i solą, owinięte słoniną i upieczone w całości, najwyraźniej w jakimś ogromnym piecu, gdyż całość miała rozmiar sporego świniaka. Specjalność przepyszna, krucha, soczysta, pachnąca, wręcz wymarzona zagrycha pod ciężkie czerwone wino Na marginesie odkryłam ze zdumieniem, że dominującą przyprawą w Toskanii nie jest wcale, tak przecież włoskie, oregano czy bazylia, ale rozmaryn. Dodają go do grissini, mięsa, sałatek, pieczywa, a do tego rośnie wszędzie, gdzie tylko wywalczy sobie kawałek przestrzeni. A jak pachnie Pomyślałam z czułością o zapomniamym, niezbyt kształtnym krzaku, stojącym w naszym ogrodzie i właściwie traktowanym trochę per noga... Na chwilę rozbłysnęło słońce, morze przybrało kolor turkusu, spienione grzywy fal odcinały się jaskrawą bielą od ciemnego horyzontu... Wsiedliśmy znów do samochodów i klucząc w labiryncie nadmorskich uliczek, dotarliśmy do portu jachtowego. Wszystko wskazywało na to, że za chwilę rozszaleje się sztorm.... cdn. Odpowiedz Link
mammaja Re: Toskania..urocza...piękna... cz.5 21.10.05, 21:52 No wiesz Dado, powinnas dostac jakas nagrode, przynajmniej Pulizera, za te reportaze - perelki Odpowiedz Link
jutka1 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.5 21.10.05, 22:23 Dado, delektowanie sie zostawiam na jutro przy porannym espresso ))) Odpowiedz Link
verbena1 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.5 22.10.05, 00:26 Dado, masz niewykorzystany talent pisarski, tak plastycznie opisujesz ludzi, krajobrazy i sytuacje. Mozemy wedrowac razem z Toba siedzac wygodnie w fotelu. Zdjecia obejrzalam wczesniej i teraz czytajac puszczam sobie film z pamieci :- ))) Mam nadzieje ,ze ciag dalszy nastapi? Odpowiedz Link