oktoberka
24.04.06, 10:10
Wybaczcie, gdzie mam to w końcu napisać jak nie tu? Może na forum depresja
lub niezrównoważone 40+ przed klimakterium, cholera wie. Z przyzwyczajenia
piszę tu,a kto nie chce czytać bzdur lub się dołować - niech wyłazi z tego
wątku!
Wczoraj kilka godzin na rowerze, produkcja endorfin poszła pełną parą, rano
słońce i zapowiedź 20C - żyć nie umierać; a ja w tramwaju do pracy zaczynam
ryczeć i wierzcie mi, że gdyby nie resztki przyzwoitości, rozszlochałabym się
na dobre.W pracy oczywiście musiałam najpierw poprawić make up,który spłynął
beztrosko w komunikacji miejskiej i zjeść szybko batona Piknic, którego
zakupiłam zasmarkana wysiadając na przystanku.
Nie jest lepiej, choć łzy nie wylewają się na zewnątrz;dobrze i nie dobrze,że
jestem w pokoju sama. Zaraz wezmę się w karby i trud/znój codzienny przekuję
na wyćwiczone dobre,uprzejme, uśmiechnięte zachowanie. Z każdym dniem
tygodnia jest lepiej ale weekend potrafi wypuścić demony pomimo
uważania...Nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam i czym to się skończy, w
życiu osobistym i zawodowym; czasem wydaje mi się,że wytrzymam do końca
choćby nie wiadomo jaki był,że to kwestia nastawienia, a czasem że nie
potrafię już wyczekać końca spraw czy ich rozwiązania, męczy mnie wizja -
WIEM - jaki będzie koniec - i chciałabym mieć to już za sobą, jednym
skokiem,najgorsze jest czekanie i udawanie,że nie zna się tego zakończenia.
Nie wiem jak wy, ja w ciężkiej pracy oprócz większych zarobków a więc i bytu
dla rodziny szukałam zapomnienia, praca wytyczała jasne i proste cele,
akceptowalne dla wszystkich, mnie trzymała w ryzach normalności. Kiedy to się
chwieje, normalność okazuje się krzywym zwierciadłem a ja zagubionym
dzieckiem, pijanym i we mgle. Nic nie da nam szczęscia jeśli nie mamy go w
sobie, tak? A jeśli nigdy go nie mieliśmy bo brak nam jakiegoś pieprzonego
chromosomu albo może nie tak się białka połączyły, to co, co z tym robić?? I
jeśli tracimy schematy życia, w których tkwilismy tak szczelnie,że nie
widzieliśmy tej wady i nawet o niej zapomnieliśmy, jak dalej żyć?
Jej, tak się staram,ale czasem kończy się to mokrym biletem tramwajowym

Śmieszne dla mnie jest też to,że moi znajomości odbierają mnie jako bardzo
zrównoważoną osobę,mocno stąpającą po ziemi,a ja się ledwo trzymam i jestem
już zmęczona.
No dobra, koniec użalania się nad sobą,nawet nie czytam tych bzdur, wracam i
biorę się do pracy, dzień jak co dzień, dzień kolejnego idiotycznego
Świstaka

)
O.
Przepraszam,I'm very sorry,Izwinicie. Taki tekst jest zamiast krzyku, który
wyzwala,a którego nie ma gdzie wykrzyczeć, zamiast skopania niewinnego psa na
trawniku,zepchnięcia staruszki ze schodów, rzucenia się do gardła np.
szefowi

)
Uśmiechu dla Was wciąż szerokiego