oktoberka
26.06.06, 11:41
Przyszła mi do głowy z lekka bolącej po weekendowych ekscesach taka myśl –
czy to bardzo źle mieć taką cechę, którą nazwałabym „wewnętrzne wycofanie” ?
Już wyjaśniam. Cechę tą posiadam, moim zdaniem, od zawsze; nie jest więc
związana z wiekiem. Otóż nie za bardzo lubię dyskutować na dłuższą metę z
ludźmi, nawet tymi znajomymi. Przychodzi bowiem taki moment w dyskusjach, w
którym słyszę i widzę, że nasze poglądy są totalnie rozbieżne, światopoglądy
różne, doświadczenia życiowe odmienne i – jedna strona nie przekona drugiej i
odwrotnie. Zresztą nie zawsze wynikiem dyskusji ma być przekonanie stron,
raczej wymiana poglądów i jeżeli odczuwam dalszą dyskusję
jako „przepychankę”, do niczego nie prowadzącą, wycofuję się. Ograniczam
słowa, coś mruknę, zamilknę w końcu i myślę o niebieskich migdałach. Męczą
mnie po prostu takie sytuacje i ludzie, którzy w takiej sytuacji „nie dają za
wygraną”,choć jasno – w moim odczuciu – dałam do zrozumienia, że mam inne
poglądy.
Nie chodzi o to, że nie lubię opisanych ludzi; mogę lubić ale wolałabym żeby
nie przekonywali mnie do swoich przekonań; nie oznacza to też, że nigdy nie
zmieniam zdania i poglądy mam absolutnie jedyne

) Każda dyskusja o ile nie
składa się z samych wyrazów na K… i podobnych

) rozwija, naświetla
inaczej, weryfikuje. Ale przychodzi ten moment, który już opisałam i – i co
wtedy, jeśli druga strona – a często tak jest – odbiera takie wycofanie się,
za słabość i umykanie z pola walki – i tym bardziej przystępuje do ataku,
myśląc, że właśnie szturmuje moje okopy?

)
Pytanie zasadnicze: czy dobrze robię pozwalając dyskutantowi tak myśleć a w
zamian za chwilowe buczenie nad uchem i święty spokój na czas dłuższy oraz
brak krwi dookoła, kołatania serca i drżenia rąk, który zawsze jednak
towarzysz sytuacji, w której musiałabym wypowiedzieć słowa w rodzaju:
„-słuchaj,ile razy mam powtarzać,że mnie twoje słowa nie przekonują i chcę
zakończyć dyskusję, a ty smęcisz i smęcisz, więc skończy już to pierdolenie i
spadaj, bo męczysz mnie i wk….wiasz zwyczajnie”.
( 40+, mam nadzieję,że nie wytniesz, to ważny element tekstu

)
Czy warto być grzecznym w podobnych sytuacjach? A może to nie grzeczność lecz
jakaś dysfunkcja umysłowa?
Acha, dodam jeszcze bo jakoś mi nie wyszło w tekście,że przeważnie tego
rodzaju dyskutanci są święcie przekonani o swojej racji, wyższości swoich
poglądów nad innych poglądami i nie mogą przyjąć do wiadomości,nie mieści się
im to w głowie,że są dla innych jak brzęczenie muchy; albo odwracając
sytuację - że ci inni mogą myśleć o nich to, co oni myślą o tych innych

)
Więc wydaje się,że pozostaje wycofanie się lub pyskówka, która de facto
przeważnie służy takiemu samemu efektowi

Wiem,bo zdażyło mi się i to, i w sumie to dosyć upajające uczucie, ale - na
krótko. Na dłużej - żal mi tracić energię na takie głupoty.
Ciekawa jestem waszych poglądów i przemyśleń w temacie

))
O.