joanna.kochanowska
21.09.09, 15:10
musze chyba to wszystko wypluc z siebie...
poznalam mojego obecnego meza pare lat temu. nie miala (i nie ma) dla mnie
znaczenia roznica wieku - 17 i to ze ma dwojke dzieci. obecnie chlopiec ma 14
a dziewczyna 20
oczywiscie latwo nie bylo,przez pare lat mieszkania. wspolnego. dzieci
mieszkaly tydzien u niego i tydzien u matki swojej. prosze nawet nie
komentujce tego, tak ludzie sobie zdecydowali, lepiej czy gorzej, ich sprawa.
dla mnie to byla meczarnia. ale dumnie dalam rade. sprzatalam, pralam i
robilam papu codziennie. wkurzajac sie strasznie na zachowania dzieci. nawet
nie chodzilo o to ze sa JEGO dziecmi, tylko w jaki sposob zachowuja sie.
jestem wychowana wg pewnego schematu. one zostaly wychowane wg innego. to
wkurza. ale nie narzekalam. ignorowalam ignoracje dziewczyny kiedy bedac zla
na ojca, nie dozywala sie do MNIE, zeby jego ukrac, karajac mnie... nie moge
nie dodac ze normanie to tez czlowiekiem do zycia w domu nie byla.
przychodzila jak do hotelu. nie rozmawiala ze mna. a wiem ze towarzyska jest,
ja przeciez tez. jednak nasze rozmowy wygladaly standardowo:
- co w szkole?
- dobrze.
nigdy nie zapytali co u mnie.
w pewnym momencie dzieci zaczely ignorowac swojego ojca. ustalac warunki z
mama, a on mial sie tylko dostosowac. ciezka atmosfera w domu byla, moj maz
nerwowy krzykliwy strasznie, ja tez nie lepsza. dochodzilo do takich sytuacji
ze ktores z nich powiedzialo cos mamie co tata zrobil, mama smsowala z
wyrzutami do ojca "jak mogles?" ojciec robiac dzieciom o nie powtarzanie robil
awanture i dostawal od matki dzieci smsy "nie rob im awantury"
chore.
ale tak bylo.
ja nie jestem idealna, on nie jest idealnym ojcem, ale staral sie.
w koncu dzieci przeprowadzily sie do matki na stale. chociaz dziewczyna
chciala sie do nas wprowadzic na stale po pol roku. nawet sie ucieszylam. bo
nawet ja lubie. i stalo sie cos, czego nigdy bym nie przypuszczala. nie chce
opisywac w detalach, to nie bylo istotne co zrobila. ojciec jej czegos
zabronil. ona to zrobila a pozniej mowila ze to przeze mnie. ze ja jej
zabronilam. naslala na mnie babcie, matke. wypisywala na mnie bzdury w
internecie. bolalo. piszac bezosobowo. ale wiedzialam ze to do mnie. kiedy po
pol roku przyszla przeprosic (bo zbizal sie termin jej przeprowadzki do nas)
powiedzialam jej NIE. "Ja cie tu nie chce"
i sie zaczal atak na mnie z kazdej strony.
nie mozna wyrzucic dziecka z jego wlasnego domu. a jego dom jest tam gdzie
jego rodzice.
a ja mam przeciez prawo powiedziec co mysle? tyle sie przez ta dziewuche
nacierpialam i uwazam ze zasluzyla sobie na takie moje traktowanie. uwazam ze
jest dorosla i musi brac odpowiedzialnosc za swoje czyny. poza tym moze
mieszkac u mamy (tam gdzie najpierw poszla)
moj maz nie powiedzial nic. moja kara za wyrzucenie jego dziecka z domu jest
jego cierpienie w oczach. nie potrafi sie niczym cieszyc.
uwazam ze zrobilam slusznie.
a jak Wy uwazacie?