zakochany_myszol
15.10.09, 09:56
Po serii awantur, nie porozumień – jak to już opisywałam wcześniej – nie
układa nam się najlepiej. Wczoraj wróciłam do domu pełna nadziei, ale ona mnie
też opuściła z pierwszym słowem. Kolejny raz moje łzy, prośby błagania, że się
zmienię, że razem przez to przejdziemy- żeby nie robić nic pochopnie. W
odpowiedzi natomiast słyszę, że on żyje teraz dniem dzisiejszym, żebym się nie
zmieniała dla niego tylko dla siebie bo on w chwili obecnej nie widzi szans na
lepsze jutro i lepsze stosunki między nami jednak nie wyklucza i nie wie co
będzie kiedyś. Bo życie jest nie przewidywalne. Co to znaczy? Niby jest źle,
niby mu nie zależy ale jednak stara się mi pomóc w obowiązkach i innych
rzeczach. Prosi bym go na siłę nie głaskała i nie przytulała, ale na pytanie
czy raz na jakiś czas mogę to zrobić mówi, że tak. Twierdzi, że wszystko oboje
zepsuliśmy a ja dowaliłam popsuciem swojego charakteru. Nie wiem co mam robić.
Cała ta chora sytuacja zrujnowałam mnie psychicznie i fizycznie tez (w ciągu
dwóch tygodni schudłam 8 kg ).Postanowiłam pójść do psychologa aby pomógł mi
się z takich zachowań wykaraskać. Informacje uzupełniające są w postach z dnia
wczorajszego.
Myślicie, że moja zmiana i ciężka praca nad sobą może przynieść efekty? Czy
jeszcze da się uratować nasze małżeństwo? Małym krokiem do przodu jest to, że
w końcu zaczęliśmy ze sobą rozmawiać troszkę dłużej. Myślicie, że to pozwoli
mi mieć nadzieję? Dziękuję za odpowiedzi.