barbaraanna3
29.10.09, 11:49
setny raz poruszany temat, wiem.
Miałam wczoraj rozmowę z TŻ odnośnie wspólnej zrzuty na antykoncepcję.
Faktycznie, w innych związkach zawsze wychodziło pół na pół - mniej więcej.
Mój luby uznał, że skoro nieproporcjonalnie składamy się np. na jedzenie to
mogę za antykoncepcję płacić w całości i generalnie chodzi mi tylko o kasę. Mi
chodziło o podzielenie się odpowiedzialnością, o zainteresowanie - tylko źle
zaczęłam temat. Faktycznie, decyzja jest moja, ja zdecydowałam co biorę iże
biorę w ogóle- on chciałby mieć już dzieci.
Z tej całej rozmowy wyszedł jakiś dramat w stylu - to może podzielmy się
wszystkim na pół (wie, że mnie nie stać na płacenie za pół zakupów, które on
robi) albo oddzielnych półek w lodówce - mojej biedronkowej i jego z delikatesów.
Zdarza mu się wspomnieć przy jakichśtam okazjach, że przecież mieszkam u niego
za darmo i powinnam się cieszyć, że nie muszę z tego tytułu ponosić
dodatkowych kosztów.
To fajny facet ale się zastanawiam, jak będzie w przyszłości, jak będziemy
dzielić wydatki, czy kiedyś przy ew. dziecku nie strzeli "mama to ma farta, bo
mieszka u mnie za darmo".
Zarabia około sześciokrotnie więcej ode mnie. Ok- ma dobre wykształcenie, jest
świetnie wyszkolony. Ja pracuję nad swoim wykształceniem, ale szczerze wątpię,
żebym kiedykolwiek dobiła do zarabiania o "tylko" 3 razy mniej.
ja mam dość konserwatywne podejście do związków, on jest za rozdzielnością
finansową i ok- na zmianę nie będę naciskać, bo czułabym się źle. Czasem się
wkurzam, jak mi opowiada gdzie i na jakim obiedzie/kolacji ni był, podczas gdy
pod koniec mc-a w pracy stać mnie na mały serek.
Tak się chciałam wygadać...