sweetkinia
29.11.09, 14:49
Błagam podpowiedzcie co mam robić...Może któraś z was miała taką samą sytuację...
Otóż przed ślubem zamieszkałam razem ze swoim obecnym mężem w domu jego
rodziców(to był największy błąd mojego życia, ale o tym w moim wcześniejszym
wątku...)Cała sytuacja tak mnie przerosła, że stałam się zupełnie inną
osobą...Wcześniej wiedziałam czego chcę, a mieszkając tam straciłam swoją
pewność siebie i osobowość...Nie wiedziałam jak wybrnąć z tej sytuacji-totalna
depresja:(:(:( Chciałam załatwić to tak ,żeby obie strony były
zadowolone...Niestety nie udało się... Byłam jeszcze w ciąży kiedy wróciłam do
swojego domu...Niby razem mieszkaliśmy, ale mąż wracał z pracy , jadł obiad i
jechał do siebie ,a ja zostawałam sama...Wiec jak mogłam sie uśmiechać do
niego jak wrócił(to mi zarzucał że wiecznie bylam zła)skoro wiedziałam że za
chwilę i tak zostanę sama...Urodziło się dziecko, oczywiście nawet dziekuję
nie usłyszałam za wszystkie trudy porodu, o kwiatach mogłam tylko
pomarzyć...Ale to się nie liczy...Dobra tesciowa chciala mi tak pomagać ze
uwazala ze moj synek jest za malutki zebym go kapala wiec do miesiaca czasu
ona przyjerzdzala i kapala( nie chcialam sie denerwowac bo karmilam)Nie wiem
dlaczego sie nie odezwalam, nie potrafie wytlumaczyc co wlasciwie mna kieruje
,kiedy widze swoja tesciowa...Karmilam malego piersia, ladnie przybieral na
wadze ale moj maz i jego mamusia uwazali ze sie nie najada, no coz cos sie
zablokowalo i pokarm zanikl...lato ,w domu 24 stopnie a dobra mamusia kazala
podgrzewac pokój bo synek czkawki dostal,efektem czego mialam prawie 30
stopni, spocone dziecko co szybko odbilo sie to na jego zdrowiu, bo trafiliśmy
do szpitala na zapalenie oskrzeli...Dziecko przegrzane, lekki wiaterek i już
chore. No tak ale to moja wina byla, to ja "załatwiłam" dziecko... Nieważne to
juz minelo..Teściowa sie nie pokazuje a my jeżdzimy tam sporadycznie.
Oczywiście mój mąż chciałby co weekend ale ,że męża siostrzenice wciąż chorują
to zostajemy w domu, dla dobra synka. Ale chodzi o to że po urodzeniu dziecka
dopadła mnie chyba depresja poporodowa a jeszcze docinki ze wciaz cos robie
zle...Mąż mnie negowal a ja stawalam sie wciaż niezadowolona, nic mnie nie
cieszylo... wiadomo dziecko plakalo, niewyspanie itd.Kidy wszystko juz jakos
sie ulozylo i wydawalo mi sie ,ze jest na dobrej drodze... chcialam pojechac z
mezem na zakupy a synka zostawic pod opieka mojej mamy w odpowiedzi uslyszalam
od meza"chyba żartujesz" no to cos peklo...Jego mamunia moze wszystko a moja
to co? mnie nie wychowala??? mial jechac cos zalatwic do miasta, nie pojechal,
bo ja wyszlam z domu i zostawilam go z malym...Wrocilam dopiero
wieczorem...wybuchlam i powiedzialam ze nie bede z nim rozmawiac, zeby sobie
wszystko przemyslal...wyszedl... i juz nie wrocil...poszedl do swojego domu.
Przyjeżdża do dziecka, czasem nocuje, czasemsie kochamy, ale ja chce wiedziec
na czym stoje... Napewno zranilam go wiele razy, bardzo zaluje, ale on nie
pozostawal mi dluzny...zostawil mnie bez srodkow do zycia, i powiedzial ze
bedzie mi pomagal, a nawet nie zapytal czy mam na chleb,. gdyby nie moja mama
to nie wiem co by bylo...Powiedzcie czy walczyć o to co nas laczylo, chociazby
dla dziecka??? Probuje mnie zlamac zebym wrocila do niego, do jego rodzicow...
mowi ze mnie kocha ale nie wie co ma robic...Powiedzialam ze sprobujmy jeszcze
raz a jak nie wyjdzie to sie rozwiedziemy...Przyzejzdza narobi mi nadzieji ze
wroci a potem zostawia z bijacymi sie myslami...zrezygnowalam z planow
mieszkania u niego i budowy na jego dzialce i on teraz nie wie co robic bo jak
cos sobie zaplanujemy to znowu zrezygnuje... owszem marzyl mi sie dom ale nie
kosztem zdrowia...dlatego co ja mam robic???