zainteresowani3
10.12.09, 20:10
jesteśmy ze sobą od pięciu lat...nie było łatwo i na początku wiele nas
kosztowało dogranie się...miałam wrażenie , że obydwoje pracujemy nad naszym
związkiem...miałam bo teraz wiele się zmieniło...może ja się
zmieniłam...czasami zastanawiając się nad sytuacją myślę , że to może we mnie
tkwi problem...może jestem tyranką...despotką...nie chciałabym jedynie
oskarżać...chciałabym wiedzieć jak rozwiązać problem , którego mój partner nie
widzi...zastygł w rzeczywistości z początku naszego związku , a może trochę
się cofnął...nie dba już o mnie jak dawniej...nie zabiega o względy...chyba
wychodzi z założenia , że skoro jesteśmy ze sobą tyle czasu to jestem jego a
gdy pojawiają się wątpliwości to zwykła scena zazdrości wystarczy - nie zawsze
uzasadniona...w domu czuję się jak sprzątaczka...jeśli on coś zrobi to tylko
na wyraźną prośbę - kiedy ma dobry dzień , po awanturze lub po setnej rozmowie
na temat tego jak mało mi pomaga...pracuję , zajmuję się domem , nim się
zajmuję - mam dosyć...od trzech tygodni choruję - nie całuje mnie bo mógłby
się zarazić...rzadko wychodzimy z domu - jest typem przestraszonego domownika
;-) a kiedy gdzieś wyjdziemy to przeważnie kończy się wykładem na temat mojego
- podobno - nie właściwego zachowania...wiele razy obiecywał poprawę , wiele
razy na krótkich dystansach ta poprawa była widoczna ale ja już nie mam siły
walczyć o kolejny raz...nie jest potworem...wiem , że mnie kocha , potrafi być
czuły...zależy mu na mnie...jak mu wytłumaczyć , że wraz z upływem lat ludzie
się zmieniają i zaczynają oczekiwać od siebie innych rzeczy...że potrzeba
dotrzymywać sobie kroku...że zmiany nie są złe i czasami warto podjąć taki
wysiłek...jesteśmy trzydziestolatkami...obydwoje pracujemy...a ja czuję się
jakbym była na emeryturze...żadnych rozrywek - chyba , że za taką uznamy
oglądanie filmu do snu...kino w domu , impreza w domu...ślubu nie po fatum
wisi nad rodziną...stek bzdur........mam ochotę uciec.....